Wojna, wino, miłość i krew – “Königsberg” Michała Gołkowskiego

Reklama dźwignią handlu, jak to mawiają. „Königsbergowi” zrobiono świetną reklamę – premiera w wielkim stylu, z szampanem i poczęstunkiem, autor opowiadający niesamowicie ciekawie po trochu o wszystkim, uchylający nieco rąbka tajemnicy w kontekście fabuły. Naprawdę reklama była świetna, w związku z czym byłam przekonana, że książka mnie pochłonie…

…i w sumie tak było. Co prawda moje oczekiwania względem najnowszej powieści Gołkowskiego spod znaków Stalowych Szczurów nieco rozminęły się z treścią książki, ale to wyłącznie moja wina. Słysząc słowo szpieg, powieść o szpiegach z pościgami itd. od razu wyobraziłam sobie, że będzie to klasyczna historia, w której bohaterowie będą próbowali złapać szpiega… Moja świadomość jakoś wyparła fakt, że autor na premierze wspominał o tożsamości tajnego agenta i przeżyłam niezły szok, czytając prolog, gdzie Gołkowski wszystko ujawnił. Myślałam, że zepsuje mi to radość z dalszej lektury. Jednak taki sposób poprowadzenia fabuły, by bohaterem uczynić asa wywiadu działającego na terytorium wrogiego kraju, sprawił, że lektura była jeszcze bardziej interesująca.

Jest szampan, jest impreza 😉

Akcja „Königsbergu” dzieje się w roku 1917 w Królewcu, do którego na urlop zdrowotny przyjeżdża z frontu Teodor Grossman, bohater armii pruskiej i walk z Anglikami na froncie zachodnim. Oficjalnie przyjeżdża spotkać się z dawno niewidzianym przyjacielem, Gerhardem Kellerem i zażyć zasłużonego odpoczynku. Nieoficjalnie jest tam, by wyśledzić pruskie Wunderwaffe, które może doprowadzić do wygranej Państw Centralnych w Wielkiej Wojnie. Przy okazji wplącze się w romans z amerykańską gwiazdką niemieckiego pochodzenia, rozkocha w sobie kobietę marzeń swojego przyjaciela i dokona wielu trudnych wyborów. Ale jakich, po co i dlaczego – dowiecie się z lektury powieści.

Najlepszym elementem nowej książki Gołkowskiego jest jej główny bohater – Teodor Grossman, a właściwie Fiodor Grigoriewicz Wielikow, agent rosyjskiego wywiadu pod przykrywką niemieckiego oficera. Dlaczego tak twierdzę? Cóż, autorowi udało się w niesamowity sposób pokazać kryzys jego tożsamości, bo Teo już tak naprawdę nie wie, czy jest Grossmanem czy Wielikowem. Jeszcze na początku swojego pobytu w Królewcu częściej myśli o sobie jako o rosyjskim agencie w niemieckim mundurze, ale w miarę rozwoju akcji coraz rzadziej do głosu dochodzi jego prawdziwa tożsamość. Najważniejsze jednak, że mimo kryzysu i PTSD jest postacią na tyle spójną, że bezproblemowo można w jego istnienie uwierzyć. Przy nim dość barwny Gerhard Keller wydaje się być bezbarwną i pozbawioną życia mimozą.

Kajzerka ze śledziem… Kaserne mit Biscmark Hering 🙂 O dziwo, było pyszne!

Kolejnym bardzo dobrym elementem „Königsberga” jest samo miasto. Gołkowski w powieści podniósł feniksa z popiołów albo, jeśli użyć jego własnej terminologii, wyciągnął Atlantydę z dna oceanu. Z wyjątkową dbałością odtworzył nieistniejące już miasto, odmalowując przed czytelnikami wspaniałą panoramę bogatego i pełnego pokus miejsca. Opisy są tak plastyczne, że na twarzy czuć powiew wiatru znad Pregoły, słychać pokrzykiwania pruskich żołnierzy, gdzieś w oddali po szynach przejeżdża tramwaj. Aż chce się usiąść w sąsiedztwie chłodnych murów zamku krzyżackiego… gdyby nie to, że po zamku nie został nawet ślad. Ani po tym mieście. Niesamowite, jak można odczuwać tęsknotę za miejscem, w którym nigdy się nie było. Brawo, panie Gołkowski!

Szkoda, że tak słabo widać, ale na pierwszym planie, przed Autorem stoi diorama, na której maluteńcy pruscy żołnierze grają w maciupeńkie karty i czytają miniaturowe “Błoto”

Gdzieś za tym, daleko za tym skrywa się akcja powieści. Akcja, która czasami narzuca szaleńcze tempo, by potem zwolnić i wlec się niemiłosiernie, by znów poderwać się wraz z bohaterami do biegu aż po kres wytrzymałości. Problem w tym, że gdzieś tam, pod tym wszystkim gubi się napięcie, gubi się magnetyzm, który powinien przyciągać czytelnika, wciągać go w wir wydarzeń. Ja tymczasem, dzięki wspaniałym, rozbudowanym opisom, wkroczyłam do Königsbergu roku 1917, ale zamiast śledzić uważnie fabułę przyglądałam się sceneriom.

„Königsberg” to powieść nierówna, ale mimo wszystko nadal bardzo dobra. Gdyby tak nieco zbilansować akcję, zbudować nieco więcej napięcia, otrzymalibyśmy powieść bliską ideałowi. Ale i tak polecę go wszystkim fanom autora oraz wszystkim tym, którzy zastanawiają się, od jakiej książki zacząć znajomość ze „Stalowymi szczurami”.

 

Świeżutka książka, ze świeżutkim jeszcze autografem, zdjęcie zrobione tuż po wyjściu z Cytadeli.

 

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Fabryce Słów.

 

Sharing is caring!

2 thoughts on “Wojna, wino, miłość i krew – “Königsberg” Michała Gołkowskiego

  • 15 grudnia 2016 at 12:06
    Permalink

    Pierwszą moją reakcją na takie akcje jest raczej nieufność. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że to bez sensu – zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę stan rynku książkowego. Widziałem już zdjęcia na Facebooku i pozostaje mi nic jak tylko pogratulować pomysłu oraz wykonania.

    Reply
    • 15 grudnia 2016 at 12:23
      Permalink

      Podobno inne premiery nie są aż tak huczne i to raczej nudne imprezki w stylu przyjdzie autor pokazać się z książką i może coś o niej opowiedzieć. Mi strasznie się spodobała ta stylistyka, starająca się mocno dopasować do atmosfery książki, wprowadzić czytelników w nastrój przed lekturą 🙂 Taka opcja nakręcenia jeszcze większej immersji 🙂

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *