Wilkołak i uprzedzenie – “Bezgrzeszna” Gail Carriger

Tempo pożerania książek z cyklu „Protektorat parasola” mnie przeraża. Albowiem zaledwie dwa dni temu skończyłam tom drugi, a dzisiaj pożegnałam ostatnie słowa tomu trzeciego. I choć o spadku formy w przypadku pani Carriger nie można mówić, to jednak (żeby nie było za słodko) ponarzekam sobie na „Bezgrzeszną”.

Alexia w związku z wydarzeniami na zamku Kingair zmuszona była wrócić do Londynu i zamieszkać z matką, ojczymem i przyrodnimi siostrami. Jednak tam też nie może być spokojna, bo do gazet trafiła już wieść o jej niemożliwym błogosławionym stanie i gazety zaczęły plotkować o rzekomej zdradzie. Na dodatek staje się celem wampirów, a jedyny jej orędownik lord Akeldama znika z miasta.

 

Po „Bezgrzesznej” został mi spory niedosyt – przede wszystkim zbyt rzadko pojawiali się w niej moi ulubieni bohaterowie: hrabia Conall Maccon, jego beta profesor Lyall czy lord Akeldama. Równie mało było uroczej i roztrzepanej Ivy, obecnie pani Tunstell. Postać Alexii troszeczkę też przygasła i zdała się być mniej błyskotliwa i gotowa do ciętej riposty, co jednak jest logiczne i bardzo zrozumiałe (w końcu ukochany hrabia Woolsey potraktował żonę, jak potraktował i nie uwierzył w jej niewinność, woląc iść po najmniejszej linii oporu). Niestety książce uroku nie dodawała niemalże stała obecność madame Lefoux, której awanse wobec lady Maccon stały się wręcz nie do zniesienia.

 

Całość była dość przygnębiająca, choć autorce udało się przemycić sporą ilość  żartów sytuacyjnych (lord Maccon upijający się formaliną), sporo dowcipu w utarczkach słownych (ach, Lyall stawiający Conalla do pionu) i mnóstwo rozczulających momentów, ale całość przedstawia dość ponury obraz. Przede wszystkim ze względu na podły nastrój Alexii, okropnych templariuszy i jeszcze gorszego niemieckiego naukowca Lange-Wilsdorfa (z jego ulubionym określeniem na lady Maccon: „Okaz Żeński”). Początek na dodatek nieco przynudzał, a przez pierwsze sto kilkadziesiąt stron miałam ochotę kopnąć pewnego wilkołaka w dupę za to, że okazał się być takim upartym dupkiem (jednak zmieniłam nieco zdanie kiedy dowiedziałam się, co stało się z Channingiem Channingiem z Channingów chesterfieldzkich).

 

„Bezgrzeszna” pod pewnym względem przypomina mi „Nefrytowy tron” z cyklu Temeraire – obie książki pokazały, że sytuacja poza krajem, w którym dotychczas rozgrywała się akcja jest zgoła odmienna. W ten sposób „Bezgrzeszna” wnosi wiele do uniwersum – przede wszystkim z bliska możemy przyjrzeć się frakcji antynadprzyrodzonej czyli templariuszom, o których kilkakrotnie wspomniano przelotnie w poprzednich tomach, dodatkowo uchylona rąbka tajemnicy z życia Alessandro Tarabottiego.

 

I choć początek książki mocno mnie wymęczył (och, ciężko było znieść te ponure pierwsze rozdziały i zasmuconą Alexię) i znużył pozorem bezruchu, to i tak nie mam na co narzekać, bo „Bezgrzeszna” to wbrew moim narzekaniom nadal bardzo dobra lektura, a co najważniejsze – udany mariaż steampunku (którego coraz więcej) z urban fantasy. I na pewno polecam Protektorat Parasola wszystkim z całego serca.

Sharing is caring!

5 thoughts on “Wilkołak i uprzedzenie – “Bezgrzeszna” Gail Carriger

  • 4 stycznia 2015 at 08:31
    Permalink

    Ja w ogóle uwielbiam tę serię i głęboko żałuję, że nie zostaną wydane dalsze tomy.

    Reply
  • 4 stycznia 2015 at 09:34
    Permalink

    Skacząc po blogach w blogosferze uświadamiam sobie jak dużo książek muszę jeszcze przeczytać. Ta na pewno trafi na moją listę 🙂

    Pozdrawiam, Mz.Hyde

    Reply
  • 4 stycznia 2015 at 10:16
    Permalink

    Czepnę się – nie po najmniejszej linii oporu, tylko po linii najmniejszego oporu.;P

    Tak właściwie to wyszło na to, że wszystko na co narzekasz to jednak zalety, nie wady. Bo piszesz o ogólnym podłym nastroju początku, który psuł Ci humor. A to tylko oznacza, ze autorka posługuje się piórem na tyle sprawnie, zebyś przejęła nastroje jej bohaterów.;) Więc w sumie dobrze o niej świadczy.

    Reply
    • 4 stycznia 2015 at 14:39
      Permalink

      Wiesz, że musiałam ponarzekać na coś, bo inaczej byłoby zbyt słodko i lukrowo. Aczkolwiek jestem w stanie docenić panią Carriger za to, że wywoływała we mnie takie emocje.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *