W tej wojnie nie ma zwycięzców – “Na wojnie nie ma niewinnych” Anety Jadowskiej

Z serią o Dorze Wilk mam jeden zasadniczy problem – dwie pierwsze książki zrobiły na mnie dobre wrażenie, które niestety psuło się wraz ze zwiększającą się cyfrą oznaczenia kolejnego tomu (z wyjątkiem piątego tomu, powracającego do poziomu „Złodzieja dusz”). „Na wojnie nie ma niewinnych” niestety kontynuuje tendencję spadkową całej serii.

Varg, wilkołak, którego munin sparował się z wilkiem Dory, zniknął na terytorium alfy Thornu – Brunona. Panna Wilk podejrzewa, że nie był to przypadek, a sam odpowiedzialny nie zaprzecza, że za tym stoi. Ba, prowokuje wiedźmę do wypowiedzenia mu wojny, co w końcu staje się faktem. Dora musi zrobić wszystko, by odnaleźć swojego partnera – inaczej sama również popadnie w obłęd.

 

Zacznijmy może od tego, że w książce w sumie niewiele się dzieje – niby Dora ma jakiegoś tam questa, czyli w tym wypadku odnalezienie Varga, ale w sumie mocno miota się to w jedną, to w drugą stronę, nie za bardzo wiedząc jak zacząć. To takie udawanie akcji – wiedźma gdzieś idzie, coś robi, z kimś tam rozmawia, ale nie za bardzo to wszystko posuwa fabułę do przodu. Zwrotów akcji tu nie uświadczymy, chyba że za plot twista uznamy nagłe i niespodziewane się pojawienie się elfów i nowe, poboczne zadanie.

 

Przejdźmy jednak do zasadniczego problemu, czyli samej Dory. Przez pięć tomów autorka próbowała robić z niej strong female protagonist (mocno przesadzoną w stronę wszechpotężnej mary sue), która skopie tyłki wszystkim brzydkim gościom, stającym na jej drodze – chociażby byli archaniołami potęgi, bóstwami nordyckimi czy przepotężnymi czarnoksiężnikami. Oczywiście zawsze ma wsparcie w postaci Mirona i Joshui, ale w głównej mierze to ona łoi tyłki innym, rzadko kiedy obrywając. Tymczasem jednak okazuje się, że w tomie szóstym Dora staje się typem damsel in distress – panienką w opałach, która wymaga wsparcia Bjorna, wyręczania w praniu po twarzach a nawet myśleniu (choć miewałam wrażenie, że Dora wymyślać umie tylko obelgi). Co chwila oczywiście narrator przypomina nam jaka wiedźma jest słaba i delikatna – a to drży na myśl o piwnicy (ok, może mieć traumę, ale jej reakcje są przesadzone i nieprawdopodobne w kontekście jej zachowania z poprzednich tomów), a to znów ktoś musi wesprzeć ją ramieniem/uratować jej życie, a to Dora miota się, bo nie wie, co ma robić. Taka nagła zmiana – z silnej niezachwianej niemalże kobiety, która nie tylko dysponuje umiejętnościami policjantki ze stażem, ale arsenałem magicznych mocy (których się u Dory nazbierało: a to zdolności Alfy, a to superszybkość/zwinność i umiejętności władania bronią różnych rodzajów wytrenowane z demonami, a to superregeneracja i wszystkie te dodatki, które uzyskała z nieśmiertelnością i triumwiratem) – w panienkę, która ledwie radzi sobie z utrzymaniem nerwów na wodzy, żeby nie spalić przykrywki, albo co i rusz obrywa po twarzy. I może zrozumiałabym tę zmianę, gdyby nie to, że była to zmiana instant – zalewasz mary sue wodą, odczekujesz chwilę i oto dama w opałach.

 

Cóż mogę jeszcze dodać? Czytanie „Na wojnie nie ma niewinnych” nie sprawiło mi dużej frajdy – przemęczyłam się niesamowicie i momentami miałam ochotę rzucić nią w kąt. Gawędziarski ton Jadowskiej ulotnił się jak kamfora, pozostał tylko męczący słowotok, niezbyt przyjemny dla odbiorcy, a co najsmutniejsze pełny zapożyczeń i paskudnych kalek językowych – jak chociażby potworkowate powiedzonko o deszczu gówna (chodzi o anglojęzyczny zwrot shitstorm i memy dotyczące gównoburzy).

 

I na koniec, ale to już absolutnie na koniec muszę dodać, że strasznie mnie „Na wojnie nie ma niewinnych” rozczarowało – po ostatnim tomie przygód Dory spodziewałam się konkretnej rozróby, mocnego uderzenia, które zakończyłoby całość przygód niepokornej wiedźmy. Ale nie, dostaliśmy mdłą historyjkę, niemalże pozbawioną akcji i charakteru. I cholera, narzekałam, że Dora była superpotężna, ale nigdy nie miałam na myśli takiej zmiany, jakiej dokonała autorka u swojej bohaterki. Ujmując to krócej – nie polecam.

Sharing is caring!

4 thoughts on “W tej wojnie nie ma zwycięzców – “Na wojnie nie ma niewinnych” Anety Jadowskiej

  • 12 stycznia 2015 at 10:27
    Permalink

    Mam z tym tomem podobny problem, był zbyt nijaki, a sama historia też mi nie grała. Tom piąty byłby chyba lepszym zakończeniem serii niż ten.
    I co tam robią elfy?

    Reply
    • 12 stycznia 2015 at 18:39
      Permalink

      Na piątce spokojnie mogłoby się skończyć – byłoby w sam raz. O wiele lepiej się go czytało i bawiłam się nieźle. A tu jakoś tak smutno i nudno…
      Te elfy były wstawione tam tak od czapy, że już w sumie pojawienie się Abbaddona byłoby równie na miejscu 🙂

      Reply
  • 12 stycznia 2015 at 18:52
    Permalink

    Tak jakby spełniły się Twoje oczekiwania. Tylko ze nie.;)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *