Trochę Hannibala, trochę Grenouille’a – o pierwszym sezonie Parfum

Może jeszcze na blogu nie zauważyliście (zapewne nie, bo się z tym aż tak mocno tutaj nie afiszowałam), ale mam swoje językowe kinki. Po pierwsze uwielbiam piękną angielszczyznę, taką wiecie, arystokratyczną. Po drugie, kocham szkocki akcent. Trzecim kinkiem jest mowa naszych sąsiadów zza Odry, co jest o tyle, że w pewnym okresie mojego życia bardzo nienawidziłam niemieckiego. Dlaczego wam o tym mówię? Ano dlatego, że Parfum, o którym będzie ta notka wybrałam kierując się trochę tym właśnie kryterium – językiem, którym władają bohaterowie. Po części dlatego też, że od najmłodszych lat seriale niemieckie w jakiś sposób mi towarzyszą i w jakiś sposób wpłynęły też na to, że seriale oglądam. A po trochu dlatego, że jeden z ciekawszych seriali obejrzanych w zeszłym roku był niemieckojęzyczny (mowa tu o Dark). 

Parfum opiera swoją fabułę na powieści “Pachnidło”, nie można go jednak nazwać ekranizacją ani adaptacją nawet – fabuła wykorzystuje motywy z prozy Suskinda, nie trzyma się jednak ściśle tego, co w książce. Twórcy wzięli dzieło źródłowe i użyli go do stworzenia czegoś o zupełnie nowej jakości. To już nie historia o człowieku, który w poszukiwaniu idealnego zapachu mordował i wykorzystywał ciało ludzkie do produkcji perfum. Ten motyw się też przewija w serialu, a jakże, jednak główną osią jest zupełnie co innego. Pod płaszczykiem historii kryminalnej dostajemy obyczajowy dramat, który pokazuje nam, że pozory bardzo często mylą. To także historia o tym, że przeszłość nigdy tak naprawdę nie zostaje zamknięta i ma wpływ, częstokroć o wiele większy niż sądzimy, na teraźniejszość. W opowieści tej bardzo ważną rolę pełnią również relacje rodzinne, będąc przyczyną ale i również wynikową przeszłości bohaterów. Jest to też serial o pożądaniu, nie zawsze seksualnym, nie zawsze widocznym na pierwszy rzut oka i to pożądaniu takim, które sprawia, że owładnięci nim ludzie są w stanie przekroczyć, wydawałoby się, nieprzekraczalne dotąd dla nich granice.

Esencją tego serialu są jego bohaterowie: barwni, żywi i dobrze napisani. Bardzo złożeni, jeśli chodzi o warstwę charakterologiczną, dzięki czemu widz nie ma wrażenia, że ogląda ożywione archetypy. Najważniejsze jest to, że ciągle się zmieniają, nie pozostają tacy sami, a wraz z tym zmieniają się nasze uczucia związane z nimi. Twórcy już w pierwszym odcinku przedstawiają nam wszystkie dramatis personae i pozwalają sobie wyrobić o nich pewne zdanie: Roman taki zaradny i dobry mąż; Elena taka oddana żona; Butsche to największy dupek z nich wszystkich; a Bezzębnik to taki strasznie smutny, straumatyzowany i pewnie jeszcze w szkole pogardzany chłopak (początkowo myślałam, że ta historia, którą opowiada terapeutce jest o nim); zaś Nadja Simon jest taka profesjonalna, a tak w ogóle to jej nie podskakujcie, a sprawę rozwiąże w trymiga. Tyle że nie… Scenarzyści zabawili się naszym kosztem, już w drugim odcinku rozbijając to, co zbudowali wokół swoich postaci, a potem to już poszło. Aż zacytuję to, co napisałam na fanpage’u “ci, których początkowo zdajemy się lubić, okazują się tymi, którymi na sam koniec gardzimy. I na odwrót”. Naprawdę.

Pozwolę sobie trochę jeszcze o bohaterach powiedzieć, bo cały czas we mnie tkwi podziw, w kwestii tego, jak są zbudowani. Weźmy na przykład Romana i jego żonę Elenę. Z pozoru – dobre małżeństwo, zgrane i zapewne nieźle im się w życiu układa. On wydaje się być troskliwym mężczyzną, współczującym i bardzo opiekuńczym w stosunku do żony i córki. Ona – dobra matka, kochająca żona, kobieta trochę idealna, choć nieco nudnawa. Potem na jaw wychodzą szczegóły: małżeństwo Seligerów to tak naprawdę fasada sztucznych uśmiechów i pozoru wzajemnego szacunku, za którymi kryje się przemoc domowa, gwałty na żonie i wszystkie inne paskudne sprawy, włącznie z przemocą ekonomiczną. Roman okazuje się przemocowcem, który ma zbyt dużą władzę, zbyt dużą wiedzę i szantażuje nią kogo chce i kiedy chce. Elena zaś, z jednej strony jest ofiarą przemocy, ale też sama wykazuje cechy przemocowe – zwłaszcza wobec osób, które są słabsze od niej (vide to co zrobiła z tym chłopaczkiem ze szkoły); lubi też wykorzystywać Bezzębnika. Ma też cechy autodestrukcyjne. Roman na koniec pierwszego sezonu staje się postacią najmniej lubianą.

Zupełnie na innej pozycji startuje Thomas Butsche, którego poznajemy jako wykorzystującego swoją pozycję właściciela domu publicznego, by wyładować swoją frustrację na jednej z pracownic. Jeśli dodamy do tego jego charakterystyczny wygląd (gładki zaczes, dobrze skrojone garnitury, surowy wyraz twarzy) skojarzenie jawi się nam jedno i na pewno nie ma żadnych pozytywnych konotacji. A potem poznajemy go trochę bardziej i dowiadujemy, że on w sumie o te swoje pracownice mocno dba, jest straszliwie troskliwy jeśli chodzi o dzieci i chyba najbardziej ze wszystkich bohaterów ceni wartości rodzinne. To jego historia jest najtragiczniejsza – matka, która go wykorzystywała; kolega a właściwie najbliższy przyjaciel, który go zdradził i doprowadził w sumie do wydalenia ze szkoły, a potem wiele lat później sprzedał najgłębiej tajony sekret prasie. Butsche może i nie potrafi najlepiej radzić sobie z emocjami i gniewem, ale może to wynikać z jego burzliwej przeszłości i tego, że nigdy z nim tego nikt nie przepracował. I to właśnie on na końcu staje się tym, kogo lubię najbardziej.

Gdybym chciała tak analizować każdego z bohaterów, zajęłoby mi to za wiele miejsca, a i pewnie zdradziłoby zbyt wiele smaczków z fabuły. Dlatego Nadja Simon będzie ostatnią osobą, której przyjrzymy się razem szczegółowo. Na wstępie widzimy ją jako skupioną na swojej pracy kobietę, bardzo mocno oddaną temu co robi. Może trochę nudną, ale też na pewno bardzo profesjonalną. I nagle na tym jej wzorowym wizerunku tworzą się paskudne rysy: romansuje ze swoim przełożonym – to nic; gorzej, że próbuje rozbić jego małżeństwo w najpaskudniejszy sposób; ostatecznie łamie prawo i sprzeniewierza się wszystkiemu, co robiła dotychczas, stawiając romans ponad śledztwem. Niektórzy zarzucają twórcom w jej przypadku pójście na skróty i w ostatnim odcinku wyciągniętą na wierzch anosmię, ale widocznie nie oglądali zbyt wyraźnie: brak powonienia zaznaczany był od samego początku – w odcinku, w którym Nadja pije kawę z zepsutym mlekiem; w rozmowie ze specjalistą od zapachów podkreśla, że nie czuje żadnych zapachów; zaś w retrospekcji dowiadujemy się, co było tego przyczyną. Nadja też jest skonstruowana przemyślanie, sprytnie nakreślona i od samego początku zaplanowana. Żaden element jej historii nie pozostaje niewykorzystany, czy wrzucony do treści bez potrzeby.

To właśnie w dużej mierze charakteryzuje cały serial – wszystkie elementy odgrywają w nim jakąś rolę. Nie ma wątków niepotrzebnych, zbędnych nitek, które nie są zakończone i wplecione w obraz. Precyzja, z jaką twórcy napisali i wykreowali ten obraz jest niesamowita, choć niestety delikatnie zepsuta z powodu syna Katheriny, znanej jako K. Dzieciak po spełnieniu swojej roli, znika bardzo szybko, by w ogóle się nie pojawić i tu wątek jest nieco urwany, może mógłby jeszcze coś do fabuły i serialu wnieść. Ale poza nim – dla scenarzystów nie ma zbędnych elementów. Parfum jest trochę jak puzzle, składające się z miliona malutkich elementów, z których każdy ma swoje miejsce w finalnym obrazie, jakim jest wielowątkowa fabuła tego serialu.

Zamiast podsumowania pozwolę sobie jeszcze na refleksję w kwestii samej estetyki. Z jednej strony nie mogłam się oprzeć skojarzeniom z Hannibalem i pięknem tamtejszego turpizmu. Parfum jest utrzymany w podobnej stylistyce, nieco minimalistyczny, ze statycznymi kadrami; z pięknymi choć okaleczonymi zwłokami. I po tak piękny, harmonijny i doskonale spleciony obraz warto sięgnąć. Polecam.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *