To nie jest opowieść o duchach, czyli Serenity o wrażeniach związanych z Crimson Peak

Crimson Peak był produkcją, na którą czekałam niemalże cały rok. Kto uważnie śledzi fanpage bloga widział zapewne, że już od lutego czekaliśmy z Turelem z niecierpliwością na najnowszą produkcję del Toro, choć o jej produkcji wiedzieliśmy od dłuższego czasu. Atmosferę jeszcze bardziej podkręcał fakt, że jedną z głównych postaci zagrać miał Tom Hiddleston, którego jak wiecie uwielbiam. Jesteśmy świeżo po seansie i co tu dużo powiedzieć – film spełnił nasze oczekiwania co do joty.

Zanim przejdę do właściwej analizy filmu pragnę zwrócić waszą uwagę na pewną małą rozbieżność w informacjach. Dystrybutor kinowy reklamuje Crimson Peak jako horror. Wywnioskować, że będzie to straszny film można było również z wypowiedzi mistrza horroru Stephena Kinga na jego twitterze, gdzie określił go jako „Gorgeous and just fucking terrifying”.

Tymczasem Guillermo del Toro od samego początku zapowiadał romans gotycki, a nie horror. Podstawową różnicą między tymi dwoma gatunkami jest fakt, że drugi z tych gatunków ma za zadanie nas przestraszyć używając istot i zjawisk nadprzyrodzonych, podczas gdy pierwszy z wymienionych zaś używa tych elementów jako narzędzia do opowiedzenia historii. O tym, że mamy do czynienia z romansem gotyckim wspominali również aktorzy w rozlicznych wywiadach. Dlatego proszę, nie piszcie w komentarzach: „ten film nie jest straszny, słaby horror, nudziłem się dwie godziny w kinie”, bo uznam, że po prostu poszliście na ten film przypadkiem. To tak tytułem absolutnie koniecznego wstępu.

Historia przedstawiona w Crimson Peak nie jest może zbyt skomplikowana, ale ma w sobie dużo uroku. To opowieść o miłości: między Alanem i Edith (widać, że on ma się ku niej, choć ona tego nie dostrzega – zupełnie jak w przypadku Ani z Zielonego Wzgórza); Edith i Thomasa (można spodziewać się tego już po ich pierwszym spotkaniu) oraz Thomasa i Lucille (nie tylko miłość rodzeństwa, ale i również zakazana kazirodcza miłość). Miłość jest głównym motorem napędowym filmu i na niewiele innych motywów pozostaje w filmie miejsce, bo del Toro wyraźnie nie chce przepakować produkcji wątkami. Oczywiście nie braknie tajemnicy: zarówno Allerdale Hall, jak i sami Sharpe’owie stanowią ciężki do zgryzienia sekret, który odsłania się wraz z rozwojem fabuły.

I w tym miejscu muszę zrobić małą dygresję – Crimson Peakowi zrobiono krzywdę. Jak? Materiałami promocyjnymi. Zbyt dużo historii odsłonięto, za mało tajemnicy pozostało, by fabuła nie wydawała się przewidywalna. Już trailery powiedziały bardzo dużo o filmie, a kolejne materiały promocyjne, włącznie z klipami coraz bardziej odzierały produkcję del Toro z kolejnych zagadek i niespodzianek. Trochę szkoda, bo być może wielu z was odebrało ten film tak a nie inaczej właśnie z tego właśnie powodu.

Crimson Peak
Posiadłość przytłacza swoim rozmiarem i rozmachem. I już od pierwszego spojrzenia dostrzegasz w niej coś dziwnego i nie do końca określonego

Mimo jednak odarcia Crimson Peak z nimbu tajemnicy i mimo odkrycia niemalże wszystkich kart na długo przed premierą, film del Toro aż ocieka klimatem. Podejrzewam, że to zasługa naprawdę niesamowitych planów – Allerdale Hall, czyli właśnie tytułowe Wzgórze Krwi (geez, jak ja nie cierpię polskiego podtytułu), wzbudza niepokój od pierwszego wejrzenia. Wielkie domostwo wykonane zostało z dbałością o detale – wypłowiałe tapety, długie i mroczne korytarze czy pęknięcia, którymi wypływa czerwona glinka świetnie oddziałują na widza. I jeśli dodać do tego wszystkie efekty dźwiękowe, jakie może wydawać stare domostwo – skrzypnięcia, jęknięcia czy westchnięcia, wiatr hulający korytarzami – to nie można nie poczuć gęsiej skórki. I można uwierzyć w każdego ducha, którego się tam zobaczy, bo Allerdale Hall MUSI być nawiedzone.

Obok przepięknych scenerii muszę wspomnieć również o niesamowicie zrealizowanym udźwiękowieniu. Rezydencja Sharpe’ów wydaje własne odgłosy, jak prawdziwy i bardzo stary dom. W całość doskonale wpisuje się muzyka, która jest naprawdę świetnie dobrana do klimatu filmu. Crimson Peak bardzo ładnie operuje dźwiękiem i ciszą – naprawdę to jeden z niewielu filmów, które tak dobrze radziłyby sobie z tym elementem. Jedynym chyba minusem ścieżki dźwiękowej jest to, że żaden z utworów zaprezentowanych w filmie nie zapadł mi w pamięć, mimo że świetnie zgrywały się z obrazem.

Przejdę teraz do najbardziej dyskusyjnej części filmu – bohaterów. Wielu widzów i recenzentów zwracało uwagę, że to jeden ze słabszych (obok przewidywalnej fabuły) elementów Crimson Peak. I tu się nie zgodzę, bo każda z postaci jest wyjątkowa i uważam, że taki a nie inny casting pozwolił wydobyć z nich wszystko, co reżyser chciał pokazać.

Postać Edith Cushing z zapowiedzi wydawała mi się być trochę taką damsel in distress, która zakocha się w nieodpowiednim mężczyźnie i którą będzie musiał uratować zakochany w niej przyjaciel. A tu jednak niespodzianka, bo wbrew pozorom ta postać ma w sobie o wiele więcej siły niż możemy ją o to podejrzewać. I mimo, że nie lubię Wasikowskiej jako aktorki, tak w Crimson Peak poradziła sobie bardzo dobrze – zwłaszcza od połowy filmu jej postać nabrała rumieńców i charakteru, dzięki czemu z konfrontacji z zaborczą i szaloną Lucille wychodziła obronną ręką.

lannisterowie dwazero
Z rodzeństwa Sharpe’ów to Lucille jest silniejszą postacią. Biedny Thomas tańczy tak jak mu siostra zagra.

Z rodzeństwa Sharpe’ów to właśnie grana przez Jessicę Chastain siostra miała więcej do powiedzenia i prezentowała zdecydowanie mocniejszy typ charakteru. Od samego początku widzimy w niej zimną, zdolną do wszystkiego kobietę, a im dalej fabuła brnie w las, tym pokazuje się ciemniejsza strona Lucille. Wychodzi z niej powoli szaleństwo, poznajemy jej nieobliczalną twarz i zdecydowanie możemy stwierdzić, że to ona, a nie jej brat, jest czarnym charakterem w tej produkcji. Co warte zauważenia – ta postać jest właściwie jednością z posiadłością Allerdale Hall i poza nim traci wiele ze swojego mrocznego uroku.

Z kolei Thomas Sharpe jest postacią zdecydowanie mniej wyrazistą, niż jego siostra i niż pierwotnie można byłoby się spodziewać. Jednak zdecydowanie jego urok polega na byciu tym rozdartym w miłości do siostry, z którą spędził całe życie, a miłością do Edith, w której wbrew temu, co może sądzić Lucille, naprawdę się zakochał. Poza tym co wyraźnie widać – jest po prostu pantoflarzem i boi się sprzeciwić jedynej krewnej, nawet jeśli nie do końca się zgadza z jej postępowaniem. Wydaje się,  że grany przez Hiddlestona bohater postrzega siebie jako potwora, całkowicie odrzucając przy tym fakt, jak wielkim monstrum jest jego siostra.

Crimson Peak
Przecież między nimi aż iskrzy od napięcia…

Część osób zarzuciła, że między Hiddlestonem a Wasikowską nie czuć chemii – wydaje mi się, że jest to dość niesłuszne oskarżenie. Już od samego początku, od pierwszego spotkania iskrzy między nimi i tak jest aż do sceny przyjazdu do Crimson Peak (świetnie tę chemię oddaje scena na schodach w posiadłości Cushingów), gdzie wszystko kończy się jak ucięte nożem. Thomas wydaje się być zbyt zaabsorbowany swoją maszyną, by dostrzegać świeżo poślubioną małżonkę. Edith też nie szuka zbliżeń – jest zafascynowana i jednocześnie przerażona Allerdale Hall, a nocne przygody z duchami skutecznie odciągają jej uwagę od małżonka. Później ta chemia jednak wraca, skutecznie jednak wstrzymywana przez zaborczą Lucille, nie mogącą się pogodzić, że Thomas mógłby kochać jakąś inną kobietę.

Cóż jeszcze powiedzieć o Crimson Peak? Del Toro zafundował nam prawdziwą ucztę dla zmysłów i gdybym tylko mogła jeszcze raz popędziłabym do kina, by przeżyć to jeszcze raz. Uwielbiam tempo tego filmu – leniwe i niespieszne przez dwie trzecie czasu i przyspieszające dwu- albo trzykrotnie w końcówce. Podoba mi się klamrowa konstrukcja fabuły i narracja prowadzona z perspektywy Edith. Tylko montaż trochę mnie w pierwszym momencie zbił z tropu – przejścia pomiędzy scenami niekoniecznie mnie do siebie przekonały i uważam je za najsłabszy element filmu.

A wy, widzieliście już Crimson Peak? Podobał się wam czy należycie do grona krytykujących tę produkcję? A jeśli nie widzieliście, to czy wybieracie się do kina?

PS. Właśnie się zorientowałam, że zupełnym przypadkiem zatytułowałam niemalże identycznie jak Mysza. Zrobiłam to podświadomie – to znaczy nadałam mu taki, a nie inny tytuł, a nie skopiowałam go od Myszy. Mimo wszystko, Myszo, przepraszam.

Sharing is caring!

6 thoughts on “To nie jest opowieść o duchach, czyli Serenity o wrażeniach związanych z Crimson Peak

  • 26 października 2015 at 14:10
    Permalink

    Nie ma za co – tytuł narzuca się sam, bo to jednak najistotniejszy bodaj cytat z filmu 🙂
    Zgadzam się, że między Edith i Thomasem nie brakuje chemii – choć jest ona bardzo specyficzna, przytłumiona i jakby niepewna – i podoba mi się interpretacja, że Edith jest zbyt zafascynowana tajemnicą domu, a Thomas swoją maszyną (i jednak lękiem przed siostrą) by myśleć o swojej drugiej połowie (choć widzimy, że Edith brakuje obecności Thomasa u boku, jak na męża przystało). Mam wrażenie, że niektórym osobom umknęło, że brak wielkiego erotycznego naładowania scen między Edith a Thomasem może wynikać nie tylko z jej braku doświadczenia (możemy chyba założyć, że jest dziewicą?), ale także tłamszonej seksualności Thomasa (film sugeruje, że Thomas nie sypiał z innymi żonami, a jednak kazirodcza relacja z siostrą od zawsze leżała mu na psychice, jest to dość oczywiste). Stąd w scenach między nimi wahania i brak jakiegoś wielkiego ognia namiętności. Podoba mi się, że ich miłość była bardziej intelektualna – że znaleźli w sobie bratnie dusze, że troszczyli się o siebie (Thomas wszak w końcówce jednak wybiera Edith, mimo że pozwalała Lucille ją podtruwać).
    Ogólnie mam wrażenie, że odbiór Crimson Peak zależał w dużej mierze od dwóch rzeczy: wrażliwości widza i nastawienia. Niektórzy spodziewali się chyba jakiegoś wybitnego, przewrotnego, strasznego dzieła, a del Toro jednak opowiadał historię operując głównie klimatem i symboliką (jedynie czasem akcentowaną brutalnością jak np. w scenie śmierci ojca Edith). Ja nadal nie jestem przekonana co do tych “akcentów”, swoją drogą, ale sam film i tak mi się podobał 🙂

    Reply
    • 26 października 2015 at 22:03
      Permalink

      Śmierć ojca Edith rzeczywiście była nadspodziewanie brutalna, aczkolwiek to musiało mieć to coś na celu i obstawiam, że dodanie tak krwawej sceny (choć równie krwawy jest koniec Thomasa Sharpe’a – aż przymknęłam oczy jak Chastain wbijała ten pilnik czy to co to było w Hiddlesa, a nie należę do szczególnie delikatnych widzów) miało pokazać właśnie to szaleństwo i okrucieństwo Lucille. I to, że jest zła do szpiku kości, tak zepsuta, że jest gotowa zamordować każdego, każdego kto stanie na jej drodze do szczęścia (włącznie ze swoim ukochanym braciszkiem). I tu bardzo trafne jest twoje porównanie estetyki, którą zastosował w filmie del Toro do serialowego Hannibala.

      Reply
      • 28 października 2015 at 12:08
        Permalink

        W sumie interesujące jest, że film tak mocno podkreśla brutalność Lucille, postaci żeńskiej. Z jednej strony korzysta ona z typowo kobiecego, “delikatnego” sposobu zabijania – bo podtruwa żony Thomasa – z drugiej, mamy pokazane, że nie stroni od rozwiązań siłowych. Myślę, że to jeszcze bardziej podkreśla dualistyczną (ale spójną) naturę Lucille: delikatna i potrzebująca opieki, ale samodzielna; lojalna, ale aż do przesady; itd.
        Być może jest też ziarno słuszności w interpretacji, że tak jak gotyckie romanse miały szokować ówczesnych czytelników, tak del Toro brutalnością szokuje współczesnych widzów (dla których takie sceny to nie pierwszyzna). Ewentualnie, że to jego sposób na podkreślenie, jak kruche jest ludzkie życie – ten element też był wszak obecny w gotyckiej literaturze.
        Ogólnie, im dłużej nad tym myślę, tym bardziej widzę w CP kolejne interesujące warstwy interpretacyjne 🙂

        Reply
        • 28 października 2015 at 12:58
          Permalink

          Bardzo mi się podoba ta Twoja interpretacja tych brutalnych scen, Serenity, bo przyznam, że i mnie one “nie leżały” w ogólnej estetyce filmu. Ale to też tłumaczy może ten mój odbiór, że Chastain gra jakby w innym filmie niż pozostała dwójka.

          Za to zastanawiam się jeszcze nad tym brakiem erotyzmu: bo o ile w scenie na poczcie Twoja, Myszo, interpretacja by mnie przekonała, o tyle scena na strychu miała chyba jednak mieć pewien ładunek, ale coś tu nie zagrało. I znowu: nie wiem, czy celowo, czy tak wyszło w praniu. No bo jednak nie bez kozery dostajemy dwie czy trzy sceny, kiedy Edith budzi się w nocy, obraca i widzi, że Thomasa nie ma?

          Reply
          • 28 października 2015 at 13:07
            Permalink

            W przypadku tej konkretnej sceny Pyzo, mam taką interpretację (choć nie wiem czy nie nadinterpretuję): erotyzmu i chemii tam nie ma, bo Thomas robi to bardziej z poczucia obowiązku wobec siostry (albo i nawet chęci chronienia Edith przed Lucille, bo przecież ta druga jest strasznie zazdrosna) i zaczyna sobie uświadamiać, że jednak siostra nie pociąga go fizycznie. Albo idąc jeszcze dalej – Lucille cały czas go przymuszała do tych zbliżeń i w mniejszym lub większym stopniu dokonywała na nim gwałtów. 1

        • 28 października 2015 at 13:01
          Permalink

          Lucille jest naprawdę interesującą i wielowarstwową postacią, mnie natomiast jednak bardziej pociąga interpretacyjnie jej brat – jest interesujący z tą swoją prawie impotencją, z dziecięcym niemal zapałem w projektowaniu i budowaniu maszyny, która i tak nie zadziała (albo i tak nie odniesie sukcesu). I cały czas zastanawia mnie, gdzie w jego związku z Edith skończyło się wyrachowanie a zaczęła miłość. Choć podejrzewam, że cała fascynacja tą postacią to wynik Hiddlesa z miną zbitego psiaka.

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *