To już jest koniec… tej części sezonu – The Walking Dead S05E08 “Coda”

Wiedziałam, że po obejrzeniu tego odcinka będę smutna, bo to już połowa sezonu i zobaczymy się z bohaterami The Walking Dead dopiero w lutym przyszłego roku. Jednak po zakończeniu „Coda” płakałam. Pierwszy raz w historii mojego oglądania tego serialu płakałam ze smutku.

Zaczyna się od Lamsona uciekającego w stronę szpitala. Chyba. Przed ścigającymi go zombiakami. Albo jak się okazuje nieco później – Rickiem, który nie zważa na wałęsających się umarlaków i goni biednego uciekiniera. Grimes w końcu wsiada do radiowozu, dogania uciekającego policjanta, a kiedy ten się nie zatrzymuje – wymusza na nim zatrzymanie się. I na nic zdają się tutaj tłumaczenia „Chciałem wam pomóc” (że jak? uciekając i docierając do Dawn ze swoją wersją historyjki?) i Lamson ginie z rąk Ricka (który i tak okazał mu łaskę – mógł zostawić go na pożarcie zombiakom).

 

Gabriel tymczasem doczłapał do szkoły, pod którą obozowali ludzie z Terminus. Nie mam pojęcia, po co (doszły mnie słuchy, że podobno poszedł szukać dziennika Garretha, ale znalazł tam tylko biblię Mary i przypieczoną nogę Boba, w której zdążyły zaląc się już robaki. Księżulo ma pecha – zombiaki, które akurat do tej pory były zamknięte w szkole w końcu wybijają szybę i wydostają się na wolność. Gabriel musi uciekać, więc wraca prosto do kościoła, zwabiając tam małą hordę. I Michonne wraz z Carlem oraz Judith muszą kościół opuścić, bo właściwie wpuszczając księdza do środka wydali wyrok na swoją siedzibę.

 

W Atlancie Sasha jest na siebie zła (i ma za co, bo okazała się naiwna, co mogło kosztować Carol i Beth życie). Rick wraca do kryjówki bez Lamsona, a Shepherd i Licari wykazują się tą odrobiną rozsądku, że oboje od razu układają sobie śpiewkę o tym, jak ich były partner został zagryziony przez zombie. To zadziwiające, że tak szybko sobie to wymyślili i kiedy to zobaczyłam byłam pewna, że wyjdą z tego niemałe kłopoty.

 

W szpitalu Beth asystuje Dawn, tak jak robił to niegdyś Noah. Biedna pani policjantka dostaje szału, bo jej podopieczni nie dają znaku życia. A potem mamy okazję wysłuchać zbyt długich i zbyt skomplikowanych wyjaśnień o tym, co stało się z Hensonem. Właściwie Dawn nie mówi nic konkretnego i po prostu kończy stwierdzeniem, że chciałaby być szanowana przez swoich podopiecznych (biedactwo ma strasznie mały autorytet i to ją boli najbardziej).

 

Tymczasem pod kościołem Michonne, Carl, Judith i Gabriel stoją i w sumie obserwują. Właściwie prowizoryczne zamknięcie, jakie zrobili powinno pomóc na tyle, żeby Michonne powybijała te zombiaki, ale tej się wyraźnie nie spieszy do tego, a martwi w końcu rozwalają barykadę. Ale wtedy skądś, nie wiadomo skąd pojawia się wóz strażacki naszej dzielnej waszyngtońskiej ekipy. Są wylewne powitania, dobre („Maggie, pojechali po twoją siostrę. Beth żyje”) oraz złe wieści („Eugen nas okłamał, nie zrobi lekarstwa”). Yay, w końcu siostry się odnajdą. Ale nie pojadą razem do Waszygtonu, bo nie wiadomo co ich tam czeka.

 

W szpitalu tymczasem O’Donnell nęka jednego z pacjentów. Swój gniew skierowałby pewnie też na Beth, ale Dawn ratuje ją z opresji. Potem widzimy córkę Hershella siedzącą nad szybem windy i toczącą niezobowiązującą pogawędkę z pani oficer. Nic by się pewnie nie stało, gdyby nie to, że w Dawn przyznaje, że wie o przyczynie śmierci Gormana, a całej rozmowie przysłuchuje się O’Donnell. I tak jakoś wychodzi, że pani oficer musi się zmierzyć ze swoim podwładnym. No i tak jak podejrzewałam Lerner w ogóle sobie nie radzi – daje sobie wytrącić broń i omal nie pozwala się zabić – gdyby nie pomoc ze strony Beth. Potem mamy scenkę w sali zajmowanej przez Carol, w której mamy znaczące wyznania z ust obu kobiet. Dawn próbuje przekonać Betsy do pozostania w szpitalu (dziewczyna jest w tym momencie jej jedynym oparciem). Co ważniejsze – budzi się Carol.

 

Rick spotyka się z policjantami ze szpitala. Początkowo może się wydawać, że mają przewagę, ale jeden strzał oddany przez Sashę zupełnie załatwia tę sprawę – cudownie było widzieć, jak jeden z nich poci się straszliwie na myśl o towarzyszach Ricka ukrytych poza zasięgiem ich wzroku. Grimes grzecznie proponuje wymianę i już scenę później mamy ekipę wraz z zakładnikami w szpitalu. Wszystko przebiega gładko – a już myślałam, że jak tylko Shepherd i Licari pojawią się po swojej stronie zakrzykną zaraz, że Rick zabił Lamsona. Ale nie, są grzeczni i potulni. Całą sytuację niszczy Dawn, przeklęta Dawn, która jeszcze chce odzyskać Noaha. I chłopak jako ta własność, jako ten potulny niewolnik wraca do swojej pani, wszyscy są gotowi do wyjścia, ale Betsy postanawia pożegnać się z panią oficer. Podchodzi do Dawn i mówi jej, że teraz rozumie, po czym wbija jej w brak nożyczki, które schowała na tę okazję pod swoim gipsem. I w tym momencie, celowo czy przypadkiem, tego nie wiem, wypala pistolet, który Lerner trzyma w ręce (niezabezpieczony?! czy ona planowała strzelić Rickowi w plecy, kiedy ten się tylko odwróci, żeby pokazać, kto tu rządzi na dzielni?) i Betsy ginie. Gnie bezsensowną śmiercią, bo cała ta pogoń, poszukiwania nie mają w tym momencie sensu. Dawn ginie tuż po niej, z ręki Daryla (choć widziałam, że Rick próbował go powstrzymać, ale zrobił to niezbyt szybko, więc zaraz mamy dwa trupy). I dwie grupy mierzące do siebie z niewielkiej odległości. To mogło zakończyć się masakrą, gdyby nie przytomna i szybka decyzja Shepherd, która wstrzymuje obie grupy (chyba wiemy, kto obejmie władzę w GMH).

 

Tymczasem ekipa waszyngtońska podjeżdża pod szpital. I mamy przed nami najsmutniejszą scenę całego Walking Deada. Nie płakałam po Shane’ie (bo i po co, skoro zasłużył?), Sophii (w sumie zginęła przez to, że się nie posłuchała), Lori (ta to mnie irytowała straszliwie), Hershella (w sumie trochę mi było go szkoda) i Boba (a ten mnie w ogóle już tak jakoś mało obszedł). Ale po tej scenie, w której Daryl wynosi ciało Beth ze szpitala wprost na pełną nadziei Maggie – płakałam. To było tak przejmująco smutne, że aż strach.

 

Nie ma co, twórcy wiedzą, jak podkręcić emocje. Ta połowa sezonu była świetnie zbilansowana – było sporo akcji, napięcia i emocji. Nie nudziłam się i muszę przyznać, że z nadzieją czekam na drugą połowę, choć ta dopiero w lutym. I pewnie będzie w niej więcej Morgana (który niczym klamra spina odcinek pierwszy z ósmym). Tymczasem idę pogrążyć się w smutku po Beth (ostatnie odcinki sprawiły, że ją polubiłam) i z powodu przerwy w emisji.

PS. I kto teraz będzie w tym serialu śpiewał? O.o

Sharing is caring!

7 thoughts on “To już jest koniec… tej części sezonu – The Walking Dead S05E08 “Coda”

  • 8 grudnia 2014 at 19:25
    Permalink

    Tego się nie da inaczej opisać…
    http://mrwgifs.com/wp-content/uploads/2013/04/Gross-Sobbing-My-Reaction-When-Gif.gif
    Też płakałam. I chyba mało kto się przynajmniej nie wzruszył. Ale to też pewnie tak mocno zadziałało na wskutek szoku i zaskoczenia – ludzie się spodziewali, że ktoś zginie (najpewniej Carol, bo poświęcono jej ostatnio dużo czasu i można powiedzieć, że doszła do końca swojej przemiany) wskutek strzelaniny jak w jakimś akcyjniaku, a tu takiego. Spokojnie, niemal intymnie, z mnóstwem napięcia i emocji. Takiego rozwiązania to chyba nikt się nie spodziewał. A przynajmniej ja się nie spodziewałam, że Rick zgodzi się na wymianę zakładników na terenie wroga, w ciasnym korytarzu, ale cóż, może się nie znam na takich rzeczach i to nie jest aż tak nielogiczne i dziwne.
    Jeszcze co do Beth. Totalnie było wiadomo, że ona coś zrobi z tymi nożyczkami, ale kurczę, Beth, ciołku, W GARDŁO! Dobrze, że przynajmniej w jakiś dziwny sposób została postrzelona w głowę, bo “dobijanie” jej przez kogoś z grupy byłoby ponad wytrzymałość psychiczną zarówno widzów, jak i samych bohaterów. Co do Noaha, co jak te cielę zgodził się zostać w szpitalu – pewnie spodziewał się, że jeśli odmówi, to szefowa wyciągnie broń i może się zacząć strzelanina, nawet przez przypadek, i po prostu nie chciał jej prowokować odmową. Chociaż nieprzyjemna to była rozmowa, jak o jakimś przedmiocie. :/
    Też w zasadzie nie rozumiem po co Gabriel polazł do tej szkoły, ale hej, to nieco zwichrowany ksiądz, kto wie jakimi tajemniczymi ścieżkami jego wiara podąża. ;d Ale była tam scena, uwaga, bardzo ważna scena, bo wali młotem w podwaliny zawieszenia niewiary. Jak sama zauważyłaś, upieczoną nogę Boba już przejęło padlinożerne robactwo. To czemu u licha ciężkiego te wszystkie zombiaki jeszcze sobie łażą, zamiast zostać już dawno przerobione na kompost przez robaczki? Albo czemu przynajmniej nie chodzą cale w tych paskudztwach, skoro owady wciąż istnieją? A przy takiej ilość pożywki to właśnie one powinny być chyba większym problemem niż same trupy. No ej.
    I jeszcze Morgan. Nie wiemy jak bardzo w tyle jest za naszą grupą, i nie wiemy jak szybko się z nimi spotka, skoro znalazł mapę z Waszyngtonem oznaczonym jako celem, a bohaterowie są totalnie gdzie indziej, i jeśli się gdzieś ruszą, to w innym kierunku.

    Krakatoa

    Reply
    • 8 grudnia 2014 at 21:07
      Permalink

      Ja w każdej chwili spodziewałam się, że padną strzały, zwłaszcza jak Shepherd i Licari przeszli w ręce Dawn – przecież nic ich nie powstrzymywało, by krzyknąć: Hej, ci ludzie zabili Lamsona! Chociaż z drugiej strony nie wiadomo czy Dawn nie popłakałaby się ze szczęścia, bo przecież był zagrożeniem dla jej władzy w Grady Memorial. To była tak nieprzewidywalna baba, że można było się spodziewać po niej wszystkiego.
      Ciasny korytarzyk to tak naprawdę niezła sprawa – oboje Rick i Dawn są policjantami więc zdają sobie sprawę z jednej jego właściwości: strzelanina na nim byłaby mordercza dla obu stron. Więc oboje będą powstrzymywali się przed rozpoczęciem jakiejkolwiek ostrej akcji – bo mogą stracić wielu ludzi, zupełnie niepotrzebnie.
      Może Beth po prostu chciała zranić Dawn, dać jej do zrozumienia, że nie jest słaba i jest w stanie odpłacić jej za wykorzystanie (bo pani policjant się nią posłużyła), ale Betsy nie przewidziała, że ta głupia cipa będzie miała odbezpieczoną broń (dlaczego ona w ogóle miała ją w ręce? chciała zastrzelić Ricka, Beth czy może Noaha?) i że nawet głupi impuls nerwowy wywołany nożyczkami w barku sprawi, że mimowolnie jej się omsknie palec na spuście.
      Noah został potraktowany trochę jak taki czarnoskóry niewolnik – który uciekł panu z plantacji. Z resztą miałam wrażenie, że Dawn go tak traktowała. Traktowała tak wszystkich pacjentów. A oni niczym grzeczne owieczki to znosili, bo bali się, że ich powystrzela, albo co gorsza otworzy drzwi i pozwoli wejść zombiakom.
      Co do nogi Boba – być może robaki zalęgły się w niej dlatego, że była w jakiś sposób przyrządzona, że to tak ujmę. No i co innego jednak poruszające się organizmy, z których po prostu takie robactwo by wypadało, a co innego noga leżąca ot tak gdzieś. Poza tym – zombie zjadane przez robaki byłyby chyba zbyt groteskowe jak na poważny serial, za jaki próbuje uchodzić TWD.
      No właśnie mnie zastanawia, czy jednak Rick nie zdecyduje się ruszyć jednak do tego Waszyngtonu. Ewentualnie czy znów nie osiądą gdzieś w okolicach Atlanty, a wtedy Morgan mógłby jednak ich odnaleźć. Albo Rick z ekipą znów zatoczą jakieś dziwne koło i wpadną na Morgana w zupełnie niespodziewanym momencie. W ogóle chciałabym zobaczyć mapę wędrówki ekipy Ricka – pewnie wyglądałaby jak przypadkowa plątanina linii.

      Reply
  • 16 grudnia 2014 at 06:29
    Permalink

    w ostatnim zdaniu powinno być raczej “I pewnie będzie w niej więcej Morgana (który niczym klamra spina SEZON pierwszy z ósmym”, a nie “odcinek” 😉

    A co do fabuły, to ironia losu – cokolwiek bohaterzy robią, okazuje się nie mieć sensu. Mieli do Terminusa iść. Miało być wybawienie. I co? Okazało się to gniazdem kanibali. Mieli do Waszyngtonu ść. Miało być lekarstwo. I co? Kolejne kłamstwo. Żadnego lekarstwa nie ma. Mieli uratować Beth, ale nawet to okazało się bez sensu, bo naszli się, przeszli tyle kilometrów do tego szpitala, robili te podchody, a Beth i tak jak nie ma tak nie ma, bo została zabita.

    Poza tym ciekawe są postacie typu Eugene albo Gabriel. Co oni w ogóle robią. Bić się nie umieją, i tylko ich trzeba niańczyć. Eugene przynajmniej dobrze kłamał. A Gabriel to troublemaker. Wyszedł z pokoju przez dziurę w podłodze ot tak, żeby popatrzeć na zombie. Nawet broni nie wziął żadnej.

    No i przemiana Ricka przez cały cykl serialu. Z sezonu na sezon, staje się coraz bardziej bezwzględny, i gotów zabijać “na wszelki wypadek” każdego, kto potencjalnie może być zagrożeniem. Nie ma przebacz. Tamten mu zaczął uciekać, to dogonił go i z premedytacją dokonał egzekucji. Oj zmienił się nasz stary Rick, zupełnie jak Walter White w późniejszych sezonach Breaking Bad.

    Reply
    • 16 grudnia 2014 at 07:11
      Permalink

      Morgan spina niczym klamra początek i koniec sezonu, a więc odcinek pierwszy z ósmym 🙂

      Pójście do Terminus okazało się mieć sens – bo przynajmniej nie szwędają sie teraz grupkami, tylko są wszyscy razem, cała Rickowa gromadka (za wyjątkiem tych, co umarli). A że nie było tam ratunku? Cóż za ironia losu.

      Postacie, które nie potrafią walczyć są w takich serialach potrzebne – bo to stwarza pozory realności, przecież nie każdy musi koniecznie chcieć/umieć walczyć. W poprzednich sezonach też były takie osoby, chociażby Beth, która nabrała nieco charakteru dopiero w połowie poprzedniego sezonu i przestała być dzieckiem, które trzeba chronić i które sobie nie poradzi. Dla mnie Gabriel jest nieco irracjonalny w swoim zachowaniu, ale to może wynikać z jego kompletnego nieprzystosowania i jego religijnej natury.

      Rick zmienia się, owszem, ale nie uważam, że jest gotów “zabijać na wszelki wypadek”. Jest ostrożny, bardzo ostrożny, bo zależy mu na życiu jego ludzi i jego rodziny. A świat z TWD staje się coraz bardziej nieprzyjazny i coraz mniejszej ilości osób można zaufać. Dlatego takie ostrożne, ale nieprzesadzone jeszcze podejście.

      Reply
  • 16 grudnia 2014 at 19:36
    Permalink

    faktycznie 😉 8 sezonu nawet nie ma jeszcze, pomyliło mi się z innym serialem. Ale mimo wszystko Morgan był również w pierwszym sezonie, a potem pojawiał się co jakiś czas, więc dlatego odniosłem takie wrażenie, że piszesz o tym, że spaja to początek całego serialu z tym co jest teraz 🙂

    Reply
  • 29 grudnia 2014 at 03:04
    Permalink

    Widziałaś scenę po napisach?
    —-
    Zrobisz nam analizę Hobbita?

    Reply
    • 29 grudnia 2014 at 08:57
      Permalink

      Jeśli chodzi o scenę z Morganem – tak. Jeśli jest jeszcze jedna scena po napisach to nie 😀

      A o Hobbicie będę pisać – dużo i obszernie (cały czas muszę jeszcze napisać o rozszerzonej wersji Pustkowia Smauga), a pewnie jutro albo może nieco później dzisiaj pojawią się wrażenia na gorąco z Bitwy Pięciu Armii, którą zanalizuję dogłębnie i dokładnie nieco później 😀

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *