Tańczący z wikingami – “Wikingowie. Najeźdźcy z północy” Radosława Lewandowskiego

Pierwszy tom cyklu „Wikingowie” Radosława Lewandowskiego nie bardzo mi się spodobał. Przede wszystkim miałam ogromny problem z wczuciem się w opowieść i przywiązaniem się do bohaterów. Nic więc dziwnego, że do „Najeźdźców z Północy” podchodziłam bardzo ostrożnie, nie wiedząc czy jest lepiej, czy może wręcz odwrotnie.

Oddi, syn Asgota z Czerwoną Tarczą, ucieka. Po raz kolejny splamił swój wikiński honor – uciekł z pola bitwy ratując swoje życie i przedkładając je nad chwalebną śmierć w boju. Jednak w ten sposób młody wiking nie tylko ratuje swoją własną skórę, ale i wiele innych istnień – los bowiem stawia na jego drodze młodą Indiankę z plemienia Beothuków, wciągając go w grę, której stawką jest życie wielu osób. Jak poradzi sobie w nowym otoczeniu Oddi? Tego dowiecie się z „Najeźdźców z Północy”.

Skupienie się tylko na jednym bohaterze wyszło Lewandowskiemu na dobre – przede wszystkim jesteśmy w stanie przywiązać się do postaci i przejąć się jej losem. Dzięki temu zyskuje również fabuła – nie wydaje się tak rwana jak w przypadku „Wilczego dziedzictwa”, ma spójną konstrukcję i sprawia wrażenie dobrze przemyślanej. Jednocześnie widać, że autor, dzięki ograniczeniu liczby postaci i wątków fabularnych zyskał czas i miejsce na rozwijanie charakter Oddiego. Ale po kolei.

Fabuła jest przewidywalna, sztampowa i oparta na znanych schematach – chociażby na tropie obcego przyjętego do społeczności tubylców, mimo że pierwotnie obie strony były wrogo do siebie nastawione (jedną z pierwszych powieści wykorzystujących ten motyw jest „Winnetou” Karola Maya), a później jeszcze rozwija go w klasyczny niemal przykład tego, jak pomiędzy obcym a przedstawicielką tubylców rozkwita wielka miłość. Mamy też oczywiście wkomponowany w to wątek rywala, który chce zabić konkurenta do serca dziewczyny. Ale wiecie co? To nie przeszkadza. Ta schematyczność (nie wiem czy celowa) pozwoliła Lewandowskiemu skupić się szczególnie na psychologii głównego bohatera i trzeba to przyznać, zrobił w tej kwestii naprawdę dobrą robotę.

W „Wilczym dziedzictwie” Oddiego trochę poznaliśmy, ba zaczęliśmy nawet odczuwać do niego specyficzny rodzaj sympatii, zwłaszcza że przedstawiony został przez autora jako typowa ofiara gniewu ojca, niesłusznie szkalowany za bycie niedostatecznie wikińskim. Niemniej jednak mimo nadania mu pozoru bycia żywą istotą w pierwszym tomie cyklu był on jedynie szkicem. Jednak tenże szkic został bardzo ciekawie rozwinięty w „Najeźdźcach z północy”, całkowicie skupiających się wokół jego losów. Oddi nadal nie należy do najbystrzejszych z bystrych, jednak samodzielność, jaką uzyskuje w związku z początkowymi wydarzeniami pozwalają mu się rozwinąć charakterologicznie. Widzimy, że nie brak mu charyzmy, nie brak mu sprytu i specyficznej odwagi. Obracając się wśród północnoamerykańskich Indian w pewnym momencie przyjmuje ich punkt widzenia, ale wciąż tkwi w nim mocno wikiński pogląd na świat i wszystko dookoła. Oddi niemal przez pół powieści przeżywa kryzys osobowościowy, próbując pogodzić dwa sprzeczne światopoglądy, co nadaje mu jeszcze więcej głębi i prawdopodobieństwa.

W „Najeźdźcach z północy” widać ogromny progres w stosunku do tego, co prezentowało sobą „Wilcze dziedzictwo”. Zarówno pod względem fabularnym (przypomnę, że pierwszy tom nie miał jednej zwartej fabuły, tylko trzy dość luźno związane ze sobą opowieści), warsztatowym, jak i językowym. Ciężko powiedzieć, na czym polega ta ostatnia różnica, ale lektura „Najeźdźców” sprawiła mi dużą frajdę i nie było to już żmudne przebijanie się przez tekst. Gdyby jeszcze poświęcono więcej czasu na redakcję, by ustrzec się zmartwychwstania pewnej postaci[1] oraz literówek wciąż licznie występujących w powieści, byłabym całkowicie ukontentowana. Ale nie można przecież mieć od razu wszystkiego, prawda?

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję wydawnictwu Akurat.

[1] Zwróćcie uwagę na str. 309 oraz 345.

Sharing is caring!

6 thoughts on “Tańczący z wikingami – “Wikingowie. Najeźdźcy z północy” Radosława Lewandowskiego

  • 26 stycznia 2017 at 01:30
    Permalink

    Wikingowie, a w zasadzie to i wczesne średniowiecze w ogóle, jakoś nigdy specjalnie książkowo mnie nie chwyciło. Może jeszcze nie trafiłem na coś odpowiedniego? Choć jeśli nie szukam, to trudno, żeby znalazł.

    Ale aż trudno mi uwierzyć w przypadkowe zmartwychwstanie… To coś jak wpadka z mokrą koszulą w filmie, ale do kwadratu.

    Reply
  • 17 lutego 2017 at 01:57
    Permalink

    Oj tam, ten akurat gość miał konszachty ze światem po drugiej stronie, może jakoś się przemknął. 🙂

    A co do książki, to mam jeden, mocny zarzut. Za mało Wikingów!

    Reply
    • 17 lutego 2017 at 08:00
      Permalink

      Ja za to w sumie jestem usatysfakcjonowana ilością Wikingów. To znaczy podoba mi się ten odskok w stronę Ameryki. Tak na marginesie doszłam do wniosku, że jestem teraz w strasznym konflikcie. Ponieważ lubię Oddiego, ale i konung Eryk wzbudza moje pozytywne emocje. I biedny Ramiro (dobrze pamiętam?) też się pozytywnie kojarzy…

      Reply
      • 21 lutego 2017 at 13:35
        Permalink

        Zdaje się, że teraz będzie Ramiro na tapecie. Ale wnioskuję tak tylko z tego, że akcja w trzecim tomie przeniesie się w jego rodzinne rejony.

        Reply
        • 21 lutego 2017 at 19:28
          Permalink

          Mam wrażenie, że jednak Ramira nie będzie (chyba, że mylę postaci, co jest możliwe), ale będzie syn konunga Eryka.

          Reply
          • 25 lutego 2017 at 02:18
            Permalink

            Nie upieram się wcale. Jak uda mi się przeczytać tom trzeci, to wtedy się dowiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *