Tańczący z duchami – “Szamański blues” Anety Jadowskiej

Witkacy w trakcie lektury „Heksalogii o Dorze Wilk” był jednym z jaśniejszych punktów wśród plejady postaci wykreowanych przez Jadowską. „Ropuszki” nastroiły mnie do tego bohatera jeszcze bardziej przychylnie, choć pojawił się tam tylko w jednym opowiadaniu w raczej drugoplanowej roli. Niemniej jednak, do „Szamańskiego bluesa”, rozpoczynającego „Szamańską Serię”, podchodziłam z bardzo pozytywnym nastawieniem. I trochę się zawiodłam.

Ciężko jest jednoznacznie określić czas akcji względem całości Thorn Universe, choć jak wnioskować można z jednej ze scen – „Szamański” rozgrywa się już po zakończeniu „Heksalogii”. Witkacy od jakiegoś czasu jest w pełni wyszkolonym szamanem, jednak cały czas odwleka inicjację (w czasie której duchy przodków sprawdziłyby, którą kość ma podwójną). Nadal pracuje w policji, jednak po godzinach odsyła duchy do zaświatów. Kiedy na jego progu pojawia się niewidziana przez piętnaście lat dawna miłość, może oznaczać to tylko kłopoty.

Na początek warto zaznaczyć, że pisanie „Szamańskiego” musiało być nie lada wyzwaniem dla Jadowskiej, przede wszystkim ze względu na przestawienie się na narrację z męskiego punktu widzenia. W tym właśnie leży największy problem pierwszego tomu cyklu o Witkacu – wejście w psychikę płci przeciwnej toruńskiej autorce nie do końca wyszło, bo dostajemy obraz mocno przesiąknięty stereotypami. Nasz szaman-narrator nie może powstrzymać się od wzdychania na widok tyłka swojej byłej, a w jego głowie od samego początku do końca książki trwa gonitwa myśli o charakterze jednoznacznie erotycznym. Wygląda to tak, jakby autorka założyła sobie, że mężczyźni myślą tylko i wyłącznie o seksie i o niczym innym. Po pierwszych kilku stronach perwersyjne myśli narratora zaczynają irytować.

Można byłoby to uznać za element kreacji postaci, gdyby nie było to tak częste. Witkacy przy Konstancji nie myśli o niczym innym. To aż nienaturalne i przerysowane, a także do bólu stereotypowe, jeśli dorosły, trzydziestopięcioletni mężczyzna skupiał się tylko na seksie i bezgłośnym komentowaniu poszczególnych przymiotów ciała byłej dziewczyny. Cała kreacja Witkaca skupia się właśnie na erotycznej stronie jego natury, nie pozostawiając wiele miejsca na inne przymioty (poza wymuszoną zazdrością o byłą, której nie widział przez piętnaście lat). W drugiej części książki na szczęście to się trochę zmienia, sprawiając, że bohater dojrzewa i staje się bardziej odpowiedzialny a to wszystko za sprawą pewnej, bardzo ważnej fabularnie niespodzianki.

Inne postaci są niestety bardzo słabo zarysowane – Konstancję, byłą Witkaca, poznajemy właściwie tylko i wyłącznie poprzez jakieś luźne uwagi rzucone przez bohatera-narratora. Wiemy na przykład, że jest dobrze zorganizowana i lubi mieć plan, opiekuńcza i to właściwie tyle. Poza tym stanowi tylko i wyłącznie pretekst do popchnięcia fabuły na przód, wprowadzenia na scenę nowej zmiennej. To postać-wydmuszka, pusta skorupka bez charakteru. Z Katią, pojawiającą się w drugiej połowie książki, jest zdecydowanie lepiej – charyzmatyczna, pełna energii, odróżnia się od bezbarwnej Konstancji.

Pod względem fabuły „Szamański blues” znacząco różni się od powieści z „Heksalogii o Dorze Wilk”. Nie ma żadnego spisku pradawnych bogów czy wielkiej afery, w którą zamieszana jest połowa Starszyzny. W pierwszym tomie przygód Witkaca mamy do czynienia z dwiema sprawami o lokalnym charakterze – odesłaniem upiora czyhającego na życie dzieci w toruńskim szpitalu i odkryciem, kto stoi za dziwnym zachowaniem duchów. Nie są to wyzwania z cyklu „kolejny raz uratuj świat przed apokalipsą” i całe szczęście, bo to mnie w „Heksalogii” najbardziej irytowało.

Świat „Szamańskiego bluesa” pasuje mi bardziej od Dorowej części uniwersum – jest mniej różnorodny, co stanowi zasadniczą zaletę (ilość ras pojawiających się w książkach o pannie Wilk czasami mnie przerażała, a głównie doprowadzała do zawrotów głowy), a także bardziej uporządkowany. Duchy sklasyfikowane są ze względu na ilość zgromadzonej energii, zaś ich występowanie ściśle usankcjonowane. To łatwe i klarowne zasady, zdecydowanie bardziej przejrzyste niż te, które panują w miejscach, w których zazwyczaj przebywa Dora Wilk.

Problem z męskim narratorem wpływa również na stylistykę książki. Język, jakim napisany został „Szamański blues” też niestety uległ stereotypom, przez co zdania są krótkie, pojedyncze lub złożone. Bardzo rzadkimi przypadkami są zdania wielokrotnie złożone, czy rozbudowane za pomocą środków stylistycznych. Ta surowość wypowiedzi z jednej strony pasowała do milczącego i dość posępnego Witkaca, z drugiej jednak odczuwałam, że Jadowska trochę przesadziła z tą stylizacją, przez co narrator wypadł mocno karykaturalnie.

Początek serii o Witkacu nie przedstawia się najgorzej, jednak nie jest też najlepiej. Wartka akcja, ciekawa fabuła i nowy, do tej pory nieeksplorowany fragment uniwersum to zdecydowanie najmocniejsze strony „Szamańskiego bluesa”, które niestety ciężko jest zauważyć zza stereotypowego do bólu Witkaca. Mam jednak cichą nadzieję, że w kolejnym tomie przygód jego postać przejdzie znaczącą ewolucję.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Sharing is caring!

4 thoughts on “Tańczący z duchami – “Szamański blues” Anety Jadowskiej

  • 2 lutego 2016 at 15:36
    Permalink

    Konstancja chyba miała być femme fatale z filmów noir, tylko średnio to wyszło.
    Mi bardzo brakowało w tej książce Thornversu. Autorka właściwie odcięła Witkaca od środowiska, w którym poruszał się w serii o Dorze, ale nie dostajemy nic w zamian (poza zaświatami, które byłyby ciekawe, tylko ten koszmarny Sęp).

    Reply
  • 2 lutego 2016 at 19:18
    Permalink

    Och, tylko Konstancji do bycia femme fatale zabrakło… całego charakteru?
    Ja z druegiej strony cieszę się, że Witkacy jest od Thornversu odcięty, bo mi się trochę świat magicznych przejadł i najbardziej zawsze podobały mi się te książki, które działy się na jego pograniczu. Choć tęsknię trochę za Leonem, to do szczęścia mi właściwie potrzebny jest Witkac (ale taki, jakim się prezentował w “Ropuszkach” albo w tomach heksalogii), Katia i… bardzo chętnie poczytałabym więcej o Bognie.
    Za to mam dość Wikty po tych pierwszych spotkaniach. I w sumie Sępa też, choć z drugiej strony chętnie dowiedziałabym się, kim on jest, że trzęsie tak mocno zaświatami.

    Reply
    • 3 lutego 2016 at 11:05
      Permalink

      Ja przez Thornverse rozumiem cały świat Jadowskiej, nie tylko ten magiczny wycinek :). Braowało mi Bogny, pokazania jak Witkac teraz sobie radzi w pracy, kiedy już wi co mu jest i jakoś to kontroluje. I jak sobie radzi z innymi magicznymi. Dla mnie Róża z drugiego opowiadania wyskoczyła trochę jak diabeł z pudełka (jeśli była w serii o Dorze to jej zupełnie nie pamiętam), zabrakło dla niej kontekstu.
      Wikta, o dziwo, nie irytowała mnie tak jak Sęp. Chyba mam większą tolerancję na przefajnione nastolatki niż na dupków (aczkolwiek też z chęcią się dowiem kim on jest).

      Reply
      • 4 lutego 2016 at 00:26
        Permalink

        Jedyna Róża, jaka pojawia się w Heksalogii to uzdrowicielka, która ma swój krótki epizod w trakcie odbijania placówki, w której Rafael trzymał dzieciaki z mieszanych związków.

        Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *