Takie urban fantasy lubię – “Post Scriptum” Mileny Wójtowicz

Zawsze, kiedy piszę o urban fantasy, podkreślam, że jeszcze nie spotkałam się z idealną powieścią w tym podgatunku literatury fantastycznej. Idealną, czyli taką, która umiejętnie będzie dawkowała ilość magicznych/fantastycznych stworzeń na arkusz wydawniczy. Przyznam bez bicia – moja nadzieja na znalezienie takiej pozycji umarła. Dlatego tym większym zaskoczeniem było dla mnie „Post Scriptum” Mileny Wójtowicz, polecone przez Ćmę Książkową.

Sabina, specjalistka od bhp, i Piotrek, coach i psycholog, prowadzą w Brzegu spółkę i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie target, w jaki celują. Otóż ich klientami są osoby nienormatywne, to jest, nie będące ludźmi (a najczęściej należące do gatunków, które zbiorczo zwykło się określać mianem „potworów”). Zatem Sabina prowadzi warsztaty bhp dla różnorakich kultystów oraz zakładów pracy, w których zatrudniają się nienormatywni, a Piotrek, cóż, zdarza mu się coachować duchy, które niezbyt chcą odejść  na drugą stronę. Ich życie zawodowe może nie wiąże się z adrenaliną i ciągłymi zagrożeniami, ale lubią je takim, jakim jest, spokojnym i unormowanym. Ale tylko do czasu.

Zastanawiam się, co zacząć chwalić jako pierwsze. Może zaczniemy od akcji i fabuły. Musicie wiedzieć, że początek „Post Scriptum” jest dość leniwy, ale to nie przeszkadza, bo całość powieści nie oszałamia tempem. Taki sposób prowadzenia akcji bardzo mi w tym przypadku odpowiadał, bo pozwalał na rozwój postaci (o tym niżej) i dokładne przedstawienie świata (o tym też będę pisać). Oprócz jednostajnego i zrównoważonego rozwoju akcji, mamy tu również bardzo logiczną fabułę. I w kwestii tej fabuły mam jedno małe „ale”, które nieco psuje mi idealny obraz „Post Scriptum”. Po pierwsze, kwestia ilości wątków – mam wrażenie, że Milena Wójtowicz nieco jednowątkowo poprowadziła akcję powieści. Po drugie: rozwiązanie fabuły i wyjaśnienie zagadki następuje nieco ex machina, zwłaszcza w przypadku tego faktycznego zamknięcia. Ale jestem skłonna to wybaczyć ze względu na inne walory tego dzieła.

A do nich zalicza się na pewno świat przedstawiony – tak jak pisałam we wstępie, dostałam coś, czego od zawsze oczekiwałam od urban fantasy: odpowiednie stężenie niesamowitości na arkusz wydawniczy. Ilość magicznych stworzeń i potworów nie przytłacza i nie zniechęca. Można uwierzyć, że element nienormatywny jest mniejszością. Można uwierzyć, że świat nie składa się z samych wił, wilkołaków, domowników, strzyg i innych nadnaturalnych stworzeń. Bardzo ciekawie wypada to zwłaszcza w zestawieniu z innymi informacjami z powieści – o tym, że normatywni w większości nie zdają sobie sprawy, że obok nich mieszkają inne, nie do końca ludzkie byty. Owszem istnieje grupa świadomych, ale nie stanowią oni większości. Co jeszcze oferuje świat przedstawiony w „Post Scriptum”? Nawiązania do naszej popkultury. Czytając powieść Wójtowicz natkniemy się na informacje o tym chociażby, że bohaterowie oglądają Supernatural czy grają w Wiedźmina. Stwarza to jeszcze większy pozór realności i daje czytelnikowi poczucie, że jeśli zjawimy się w odpowiednim miejscu i czasie, może uda nam się trafić na joggującego Piotrka czy Sabinę obładowaną słodyczami.

O, ta dwójka też jest mocną stroną powieści. Tak właściwie, to wszyscy bohaterowie są wykreowani bardzo dobrze – autorce wystarczy kilka słów, by zarysować charaktery postaci epizodycznych. Przyjrzyjmy się jednak Sabinie i Piotrkowi, bo to powieść, w głównej mierze o tej dwójce i ich relacjach. Wójtowicz bardzo mocno gra na różnicach ich charakterów, kreując coacha na spokojnego i bardzo harmonijnego, zaś jego partnerkę w interesach na żywiołową i energiczną, lekko niezorganizowaną (ale w swojej pracy – idealnie rozgarniętą). Kolejnym arcyważnym elementem kreacji tej dwójki jest kwestia pewnej tajemnicy, z nimi związanej. Autorka bardzo długo nie ujawnia nam, jakie magiczne gatunki reprezentują – daje nam jedynie podpowiedzi, maluteńkie wskazówki. Mam wrażenie, że dużym zaskoczeniem, podobnie jak dla większości czytelników będzie zwłaszcza tożsamość Piotrka (mi udało się ją zgadnąć chwilę przed ujawnieniem jej przez autorkę).

Co więcej o „Post Scriptum” mówić? Chyba niewiele mogę więcej ujawnić, bez psucia zabawy. A ta jest przednia, zapewniam was. Zwłaszcza, że z całej powieści bije dużo humoru: zarówno językowego, jak i sytuacyjnego, który dopełnia obrazu naprawdę sprawnie napisanego urban fantasy. Szkoda tylko, że to historia tak krótka i tak szybko się ją czyta. I zostawia potężnego kaca książkowego.

Sharing is caring!

2 thoughts on “Takie urban fantasy lubię – “Post Scriptum” Mileny Wójtowicz

  • 17 lipca 2018 at 11:53
    Permalink

    Ładnie, ładnie. Fantastyczne kobiety trzymają się mocno. Podoba mi się też umieszczenie akcji w Brzegu, w którym co prawda nie byłem, ale kojarzy mi się miło bardzo. No i idea warsztatów BHP dla kultystów cudną jest <3

    PS Coś nie zagrało we fragmencie: "całość powieści może oszałamia tempem".

    Reply
    • 25 lipca 2018 at 13:42
      Permalink

      Yup, chyba się coś nam tam zepsuło, już naprawiam. Zjadłam jeden wyraz i urwało od sensu.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *