Sweet Christmas, nie wiem jak ocenić Luke’a Cage’a

Cały sezon pierwszy Luke’a Cage’a już za nami, pora więc podzielić się ze światem opinią. I tutaj następuje ten moment ciszy, niezręcznej dla wszystkich, bo nie wiem, czy mi się ten serial podobał, czy bardziej mnie rozczarował.

Bo taka jest prawda – zupełnie nie wiem, co o najnowszym serialu Marvela powiedzieć. Z jednej strony mam sporo zastrzeżeń, z drugiej nie są one na tyle poważne, by stwierdzić, że serial ssie. Poza tym jest również masa dobrych rzeczy w Luke’u Cage’u.

Tekst będzie podzielony na dwie części – bezspoilerową i taką, która zdradza nieco więcej z fabuły.

Pierwsze co musicie wiedzieć o tym serialu jest to, że pierwsza połowa może was mocno zniechęcić. Początkowo tempo akcji nie powala – niby bywają tutaj momenty dynamiczniejsze, ale głównie odnosiłam wrażenie, że Luke i inni bohaterowie snują się trochę bez celu po tym Harlemie. Ja wiem, że miało to służyć budowaniu skomplikowanych relacji pomiędzy poszczególnymi postaciami, przedstawianiu kolejnych graczy na scenie, ale w moim odczuciu twórcy tak naprawdę nie wiedzieli, jak zawiązać akcję i popchnąć to do przodu.

lc1

Dopiero w drugiej połowie sezonu robi się nieco dynamiczniej i ciekawiej, choć tutaj również dało się zauważyć zmiany tempa. Wyglądało to dość dziwnie, zwłaszcza w przypadku ostatnich kilku odcinków, gdzie serialowa lokomotywa nabiera tempa, by w pewnym momencie wyhamować do zera. Moim zdaniem finał przychodzi przedwcześnie, rozstrzygając wszystko w momencie, w którym pozostał do wypełnienia jeszcze jakoś jeden odcinek.

I wiem, że trzeba było zamknąć sporo wątków, bo Luke Cage jest chyba najbardziej skomplikowanym pod względem fabuły serialem kooperatywy Marvel-Netflix. Wydaje mi się, że trochę przez to traci, bo odczuwa się pewne przeładowanie, zmęczenie materiału. No i brakuje też czasu na lepsze budowanie postaci – widać to zwłaszcza w przypadku samego Luke’a, który na samym końcu sezonu jest tym samym bohaterem, którego widzieliśmy na początku.

Ogólnie mam jakiś taki problem z postaciami w tym serialu – to znaczy są wśród nich świetnie napisane osobowości, ale problem w tym, że reszta jest mocno przeciętna. I wiecie co? Jakoś tak mam wrażenie, że antagoniści znów wypadli zdecydowanie lepiej niż protagoniści. Chociaż dwa najważniejsze czarne charaktery zdecydowanie mi się nie podobały i mam wrażenie, że przynajmniej przy jednym z nich nieco przeszarżowano – stwarzając bardziej karykaturę niż poważnego i groźnego gracza (trochę jakby wzięto go z komiksowych ekranizacji z lat 90., gdzie wszystko ociekało kiczem).

lc2

Od ogółu przejdźmy jednak do szczegółu. Uwaga, w tej części tekstu, którą znajdziecie poniżej, spoilery ścielą się gęsto.

Zacznijmy niejako od końca, czyli od bohaterów, a tych mamy wielu. Bardzo wielu, może nawet zbyt wielu. Na pierwszy ogień pójdzie Luke Cage, bo to w końcu jest jego serial. Co najbardziej razi – to fakt, że tak jak już wspominałam wyżej, Luke jako postać nie ewoluuje. W jednym z pierwszych odcinków mówi „Ain’t no hero” i powtarza to zdanie niczym jakąś mantrę do końca serialu. I ten upór maniaka w nie byciu bohaterem bywa uroczy (zwłaszcza, że wbrew sobie zostaje bohaterem), ale sprawia również, że Luke jako postać stoi w miejscu i w sumie, żeby cokolwiek zrobić potrzebuje kopniaka w tyłek – zupełnie zerowa inicjatywa z jego strony jest męcząca.

Zaraz obok niego mamy Mercedes „Misty” Knight, która nie tylko nie ewoluowała, co właściwie cofnęła się w rozwoju. Na początku jest ciekawą, nieco trudną do rozgryzienia postacią o silnej osobowości, by wraz z rozwojem akcji tracić na charakterze i cofać się w rozwoju, by pod koniec serialu zostać cieniem samej siebie. Jej działania są nielogiczne, a najbardziej irytująca jest w momencie, w którym prowadzi śledztwo w sprawie śmieci Cottonmoutha. Ze swoimi niezwykłymi zdolnościami zapamiętywania, wizualizowania i zauważania szczegółów nie znajduje żadnego dowodu na niewinność Luke’a (a było kilka rzeczy, które mogły świadczyć przeciwko zeznaniu pani radnej Dillard) – z resztą ogólnie to śledztwo jest największą porażką całego serialu, ale o tym za chwilę. Misty jest najbardziej niespójną postacią całego serialu, a że jest równocześnie jedną z najważniejszych postaci skutkuje tym, że wszystkie wady jej konstrukcji widać na pierwszy rzut oka. Nie mogłam się też oprzeć wrażeniu, że twórcy chcieli pokazać jakąś postać „nieidealną”, policjantkę, która popełnia błędy i potem ma czego żałować, ale w pewnym momencie po prostu przedobrzono.

Zupełnie inny poziom reprezentuje Claire Temple – ale tutaj właściwie twórcy nie musieli się wysilać, ponieważ mieli już właściwie gotową postać z bagażem doświadczeń w dwóch sezonach Daredevila i jednym Jessiki Jones. To, że przejmuje pałeczkę głównej postaci żeńskiej od Misty wychodzi serialowi na dobra, bo wreszcie dostajemy postać, która nie wzbudza w nas chęci facepalmowania co chwila. Można trochę narzekać, że jej rola była mocno niewdzięczna – w sumie została taką trochę cheerleaderką Luke’a, która zagrzewała go do boju i zmuszała do kolejnego, jeszcze jednego wysiłku.

Nieco lepiej wypadli antagoniści, wśród których przoduje Shades – świetnie zagrany, bardzo dobrze napisany czarny charakter, którego urok osobisty jest nie do odparcia. I ten styl… Co prawda nie pokochałam go tak bardzo jak Wesleya, ba brakuje mu nieco tej Wesleyowej ogłady, szyku i charyzmy, ale zdecydowanie Shades wyróżniał się na plus na tle wszystkich bohaterów. Przewidujący, starannie planujący kolejne posunięcie jest doskonałą przeciwwagą do nieco nierozgarniętego Cottonmoutha czy strasznie dziwacznego Diamondbacka.

Willis Stryker, czyli wspomniany wyżej Diamondback mógł pozostać w cieniu, nie ujawniać się i działać za pomocą Shadesa. To byłoby całkiem ciekawe rozwiązanie, a sam Stryker jawiłby się nam jako zagadka, tajemnicza osobowość, trzymająca w napięciu, zagadkowa i wprowadzająca do serialu nutkę niepewności. Niestety tak się nie stało i poznaliśmy go i wtedy okazało się, że twórcy wykreowali najbardziej karykaturalną, najbardziej pokraczną i kiczowatą postać, jaką widziałam (wyłączając z tego Jokera Leto, ale o nim zapomnijmy). Szalony syn kaznodziei, który co chwila rzuca cytatami z Biblii i zabija bez mrugnięcia okiem, o stylówie a’la Blade to było dla mnie za wiele. Wydawał się wyrwany z nieco innego kosmosu niż reszta bohaterów.

Mniej problematyczna była Mariah Dillard, która na szczęście okazała się dość schematycznie napisaną postacią pani polityk o przeroście ambicji, rzucającą pustymi schematami i próbująca sprzedawać ludziom kłamstwa. Ale jej schematyczność i pewna przewidywalność nie jest wadą – a przynajmniej ja tego za to nie uważam. Za to Cottonmouth miał na początku jako taki potencjał, ale został skutecznie przytłumiony osobowością Mariah i Shadesa.

W części niespoilerowej wspomniałam o tym, że w Luke’u Cage’u jest za dużo wątków i zdanie to jak najbardziej podtrzymuję. Świetnie, że pojawia się kwestia tego, czy „system” działa jeśli pojawiają się w nim superbohaterowie i samozwańczy mściciele i jak się powinny zachować odpowiednie organy w przypadku zjawienia się takiego vigilante na ich terenie. Fajnie, że przeszłość Luke’a ma wpływ na jego teraźniejszość. Ale do cholery jasnej za dużo było wątków polityczno-społecznych, nadziubdzianych bez ładu i składu. Wojny gangów? Ok. Skorumpowana pani polityk, której rodzina trzęsie ulicą? Całkiem nieźle. Ale kiedy pojawiają się jeszcze daddy issues, bo cały wątek Diamondbacka wokół tego się kręci, kiedy dodamy wątki poboczne każdej z postaci i podlejemy to jeszcze społeczną sytuacją Harlemu okaże się, że to zbyt wiele. Naprawdę. Za wiele.

Za wiele jest też głupich błędów w Luke’u. Weźmy na przykład przywołaną nieco wyżej sprawę śmierci Cottonmoutha. Jak się dowiadujemy z jednego z ostatnich odcinków Shades obił twarz Cornella już po jego zgonie. I co żaden patolog tego nie zauważył? Nikt też nie poddał pod wątpliwość tego, że ślady na klatce piersiowej nie wyglądają na efekt okładania pięściami? Nikt nie sprawdził, czy znalezione u Cage’a zakrwawione gumowe rękawiczki zawierają ślady DNA sprawcy? Naprawdę wyglądało to na taką lipę, że nawet ja byłam w stanie ogarnąć, że właściwie cała ta sprawa jest ostro naciągana.

lc3

 

Ten tekst pozostawię bez podsumowania. Zamiast tego – pytanie: Jak się wam podobał Luke? Czy jesteście mnie w stanie przekonać, że mimo tych wszystkich problemów to był dobry serial? No i pytanie drugie: #teamshades czy #teamshades?

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *