Subiektywny rzut okiem w cztery seriale na raz (po raz drugi)

Z oglądaniem seriali na bieżąco jestem ostatnio nieco na bakier, więc robię sobie maratony oglądania, na których nadrabiam to czego nie udało się obejrzeć w normalnym trybie. I w takim właśnie trybie pojawiać się póki co będzie subiektywny rzut oka w seriale. Oczywiście oglądamy masowo, cztery seriale na raz. W tym tygodniu dostaniecie notkę aż o ośmiu odcinkach.

Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. (sezon 3, odcinki 7 i 8)

Odcinek 7, czyli “Chaos Theory” wypadł bardzo dobrze w porównaniu z poprzednimi. Przede wszystkim pokazano genezę Lasha. Równocześnie podrzucono widzom wytłumaczenie faktu, dlaczego w bazie nikt nie dowiedział się też od razu, że z wynikami jego krwi jest coś nie tak. Strasznie słabe wytłumaczenie, bo one po prostu zniknęły, czyli usunął je sam zainteresowany. Nie mógł tego zrobić będąc nieprzytomnym, więc dziura logiczna nadal istnieje i została tylko częściowo załatana. Trochę to przykre, że scenariusz akurat tak ważną i wyraźną sprawę pominął i nie zauważył.

Po drugie zaczęło się w końcu coś ciekawego dziać między duetem Fitz-Simmons. Ta para ma trudny okres za sobą i prawdopodobnie jeszcze trudniejszy przed sobą. Tutaj twórcom serialu idealnie udało się zagrać na uczuciach widzów – Fitz oglądający nagrania Simmons z planety, na którą wyrzucił ją portal, był naprawdę niesamowicie emocjonalnym widokiem. Co ciekawe – wzruszyłam się bardziej niż przy odcinku „4,722 Hours”, w którym rozgrywała się cała akcja z Jemmą.

Rozwiązanie kwestii Lasha to osobna sprawa – czy May zawsze musi robić wszystko sama? Czy nie mogła nikomu powiedzieć? Bobbi w samolocie, Skye w bazie? Ok, potwierdziła swoją teorię, ale nie musiała lecieć na samobójczą misję ratowania swojego kochanka. Z drugiej strony mamy jeszcze Lincolna wyskakującego ex machina z informacjami, których w sumie mieć nie powinien. Potem robi się jeszcze obława z ATCU jako wsparciem, które niby miało czekać na rozkaz Coulsona, żeby strzelać, ale ostatecznie to po prostu olewają. I co się dzieje? Ostatecznie May musi uratować wszystkich starając się wycisnąć łzy z oczu widzów. Końcowa scena z Malickiem i Roz dała mi mocno do myślenia na temat naszej nowej organizacji.

Z kolei „Many Heads, One Tale” od razu sugeruje co będzie głównym tematem odcinka. Właściwie całość dzieli się na trzy wątki: poszukiwania prowadzone przez duet Fitz-Simmons, akcję infiltracyjną obiektu ATCU (połączoną z przesłuchaniem Roz w bazie SHIELD) oraz poszukiwania prowadzone Warda. Co ciekawe wszystko ładnie skumuluje się w jedną całość i odcinek pięknie zazębi się fabularnie.

Para naukowców przewija się raczej epizodycznie, choć to oni będą mieli najwięcej do powiedzenia, jeśli chodzi o finał. Fabuła kręci się co prawda bardziej wokół ich relacji (w końcu się pocałowali!), niż dookoła poszukiwań informacji na temat misji kosmicznej wysłanej przez NASA, a finansowanej przez tajemniczą organizację, która wcześniej posiadała Obelisk (nawiązania do odcinka drugiego).

Akcja w siedzibie ATCU całkiem mnie rozbroiła, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę Huntera jako hakera-nerda. W międzyczasie Coulson pokazywał bazę SHIELD Rosalind i byłam pełna obaw, jak postąpi, okazało się jednak, że ma głowę na karku i nie daje się omamić słodkim słówkom szefowej ATCU. Dzięki odkryciu, które poczyniła Bobbi w siedzibie zdemaskowane zostają wszystkie kłamstwa drugiej agencji, no i najważniejsze – powiązanie z Hydrą w osobie Malicka. Szkoda tylko, że Roz okazała się być tą dobrą. Teraz pewnie czeka nas połączenie niedobitków ATCU z SHIELD. I może jednak wyrośnie potem z tego SWORD?

Ward tymczasem próbuje grać z większą rybą od siebie. Oczywiście ze wszystkich opresji wyszedł cało, choć nie bez obitej twarzyczki. Trochę mnie cieszyło, że Malick okazał się sprytniejszy od tego cwaniaczka, bo już zaczynały mnie wkurzać jego wszystkie sukcesy. Na koniec starszy pan z Hydry wyciąga asa z rękawa i informuje, że organizacja jest dużo starsza niż Grant myślał. I ujawnia również, że Zło z „4,722 Hours” wcale nie jest efektem zbyt długiego odosobnienia.

iZombie (sezon 2, odcinki 6-7)

„Max Wager” to bardzo fajny odcinek, mocno łączący się z epizodem poprzednim. Przede wszystkim ktoś zabija oskarżonego z „Love & Basketball”, a my dostajemy Liv o osobowości nałogowego hazardzisty. Ogólnie oprócz kwestii trupa dnia mamy również kontynuowaną akcję prowadzoną przez Payton przeciwko organizacji Stacey’go Bossa, który wpada do naszej pani prokurator, żeby powiedzieć cześć. Blaine po wizycie ojca jest załamany, a przede wszystkim zdeterminowany, by wyrwać się spod kontroli ojca. I tu następuje najsmutniejsza scena w całym epizodzie – zabija swojego dziadka, by podać jego chory mózg Angusowi. Najgorszy jest jednak fakt, że okazuje się, że właściwie cały jego misterny plan poszedł w p…, bo Major porwał jego ojca. Ale całe szczęście okazuje się, że go nie zabił, więc może Blainie będzie miał jeszcze szansę na to, by nafaszerować tatkę mózgiem dziadka.

Kilka rzeczy w tym odcinku mnie dziwi – przede wszystkim: dlaczego Ravi jeszcze nie doszedł do wniosku, że Blaine i Major po podaniu serum zaczęli produkować antyciała, które są w stanie zwalczać wirusa? Może warto to przetestować?

Za to odcinek „Abra Cadaver” był trochę bardziej creepy. Przede wszystkim z powodu trupa odcinka i cech, które Liv od niego przejmuje. To całe gadanie o śmierci, brrr. Ale spokojnie, znalazło się w tym odcinku sporo elementów komicznych – przodują w nich Ravi i Payton. Mamy również włam do mieszkania pani z FBI i Liv, która nie dostrzega podobieństwa nowego psa Majora do zdjęcia załączonego do akt zaginionego zombie. A może zauważa, tylko wypiera to z siebie? Dodając do tego świetny plot twist, związany ze sprawą trupa odcinka i kilka nowych wątków – epizod można udać za bardzo udany. W ogóle fajnie, że tak bardzo ten serial się rozwija i nie skupia się tylko na samej Liv, ale też na innych postaciach.

Erm, czy Liv wprowadziła się do Raviego i Majora oraz pomieszkującej tam Payton?

The Walking Dead (sezon 6, odcinki 5-6)

I tu mamy chyba największy progres, jaki został w ogóle poczyniony w oglądanych serialach – poziom skoczył w górę, twórcy dali nam naprawdę dwa ciekawe epizody. Po naprawdę słabych odcinkach 3 i 4 dostaliśmy w końcu kilka ciekawych rzeczy.

Epizod 5 skupia się właściwie całkowicie na Alexandrii, znajdującej się w oblężeniu – tym razem przez zombie, do którego doprowadził atak Wilków na miasto. Mieszkańcy Alexandrii po raz pierwszy znaleźli się w sytuacji dość przykrej, ale nadal nie będącej jeszcze patową. Problemem jest jednak to, że prawie wszyscy mieszkańcy osiedla myśleli, że w sumie są bezpieczni, a świat tak naprawdę się nie skończył i w obliczu zagrożenia po prostu zaczynają wariować – biorą się chociażby do łupienia magazynu z zapasów przed czym powstrzymuje ich Spencer, jeden z niewielu ogarniętych ludzi w miasteczku.

Zdecydowanie warto zwrócić tutaj uwagę na wątek Maggie, która nie może pogodzić się z tym, że Glenn może nie wrócić. Przede wszystkim jej postawa – „wyjdę sama i go poszukam” jest głupia i nieprzemyślana. Dodatkowo, zdecydowanie bardzo nieodpowiedzialna, zwłaszcza że jest jednym z fundamentów społeczności w Alexandrii i przede wszystkim, jest w ciąży z Glennem. Cieszy zatem fakt, że Aaron idzie z nią i po przeprawie w kanałach dochodzą wspólnie do wniosku, że to jednak nie jest dobry pomysł z tym wyjściem i szukaniem Glenna. Później wspólnie z Aaronem ścierają imię Nicholasa i Glenna ze ściany upamiętniającej poległych.

Czego zabrakło mi w tym odcinku? Cóż przede wszystkim chciałam zobaczyć Ricka wracającego do Alexandrii, zobaczyć jak udało mu się uciec z kampera i jak przebiegł całą drogę do domu. To byłoby dość interesujące, zwłaszcza, że nie pokazano również powrotu Michonne, Heatha i Scotta. Dodatkowo rozśmieszyła mnie ta akcja z Denise, która najpierw nie wie co robić, potem robi najbardziej oczywistą rzecz na świecie, a na koniec jeszcze całuje namiętnie Tarę.

Kolejny odcinek skupia się na Abrahamie, Sashy i Darylu i też jest całkiem niezły, choć mocno fejspalmogenny. Po udanej akcji cała trójca wraca do Alexandrii, kiedy zostają zaatakowani przez grupę uzbrojonych ludzi. Ostrzał kończy się rozdzieleniem grupy – Daryl zmuszony zostaje do ucieczki w las, a Sasha i Abraham rozprawiają się z atakującymi ich, jednak tracą auto.

Daryl uciekając przed pościgiem trafia do lasu, w którym zalicza przepiękny upadek i decyduje się na dalszą podróż piechotą. Wygląda na trochę skołowanego i cholera jasna, albo Dixon zmiękł, albo imperatyw nakazywał, by po prostu zachował się jak ofiara losu i wpadł wprost w zasadzkę. Trafia w łapki trójki uciekinierów, którzy nie przyjmują żadnego tłumaczenia i ciągną go ku… magazynowi, w którym Daryl był z Aaronem?

Wtedy Daryl otrząsa się ze stuporu, wyrywa swoim porywaczom i ucieka, zabierając im worek z dobytkiem. Odzyskawszy kuszę i radio, odkrywa również, że w torbie jest insulina. Wiedziony odruchem serca wraca na skraj lasu, gdzie zostawił swoich niedoszłych porywaczy i zwraca im insulinę. Oczywiście zaprzyjaźniają się i razem idą w las, w którym zupełnym zbiegiem okoliczności zjawiają się ludzie poszukujący naszej wspaniałej trójcy porywaczy. Daryl oczywiście przygotowuje się do obrony nowo poznanych, ale grupa poszukująca rezygnuje z polowania, kiedy jeden z nich zostaje ugryziony przez zombie (jak świetnie opanowali sprawne usuwanie zainfekowanej kończyny).

Później wędrując sobie przez las (wuj wie w jakim kierunku i po co) natrafiają na zniszczoną szklarnię i zmumifikowane w niej dwa ciała. Jak się okazuje, to byli jacyś przyjaciele naszej trójki, więc najmłodsza, ta która choruje na cukrzycę, postanawia uczcić ich pamięć kwiatkami. Bum! zombie wyrywają się ze swoich kokonów i zabijają młodą na miejscu. Jakie to było głupie! A reszta jak te pipy stały i gapiły się, jak dziewczyna ginie. Później przy kopaniu grobu Daryl zadaje blondaskowi trzy pytania rekrutacyjne Ricka i w sumie decyduje się go zabrać do Alexandrii. Jednak oczywiście coś musi pójść nie tak! Bo czemu by nie, prawda? Okazuje się, że po śmierci młodej pozostała przy życiu parka stwierdza, że mogą wrócić do obozowiska, z którego uciekli. Przy okazji zabierają Darylowi kuszę i jego motor. Shame on you, Dixon!

Tymczasem Sasha i Abraham dochodzą do wniosku, że nie ma sensu tropić tropiciela, dlatego zostawiają Darylowi wyraźne znaki i idą się gdzieś zabunkrować, żeby być bezpiecznymi. Okazuje się, że trafiają prawdopodobnie do jakiegoś ośrodka, w którym przebywali wojskowi, bo Abraham znajduje mundur, z przypiętymi do niego gęsto wstążkami odznaczeń. Ale właściwie nie to jest ważne, bo Abraham nie mogą znieść bezczynności idzie się rozejrzeć po mieście. I traf chce, by znalazł wojskowy transporter, na którego pace leżą: pociski do RPG oraz pudełko cygar. A niedaleko, zwisa również RPG, wraz z zombiakiem, który je trzyma. W związku z tym Ab postanawia wziąć sobie zabawkę, nie daje jednak rady, ale ożywiony jego obecnością wojskowy-zombiak wkrótce urywa się z imprezy, pozostawiając RPG zawieszone nad przepaścią.

Abraham zadowolony, z cygarem w ustach (dopełniającym wizerunku Duke Nukema), odzyskuje RPG i wraca do Sashy, z którą wdaje się w pogaduszkę o tym, że chętnie poznałby ją bliżej. Rosita już mu się znudziła?

Daryl pozostawiony sam sobie w lesie odnajduje ukrytą ciężarówkę, którą bez trudu udaje mu się odpalić. Później spotyka się z Abrahamem i Sashą i zabiera ich w podróż powrotną do Alexandrii. I na zakończenie odcinka słyszą „help” przez krótkofalówkę. Po odcinku miałam trzy podejrzenia – że to albo tamta dwójka zabrawszy krótkofalówkę Daryla wzywa pomocy, bo zostali niezbyt ciepło przyjęci w swoim domu; że Rick wzywa go, bo w Alexandrii znów są problemy; że to może być Glenn, bo fanowska teoria mówiła, że to nie jego zjadały zombiaki, a ciało Nicholasa, które upadło na niego.

A jako ciekawostkę dodam fakt, że grupa, która zaatakowała Daryla, Abrahama i Sashę to prawdopodobnie byli Saviors. Jednak. Tak przynajmniej twierdzi The Walking Dead Wiki, choć oni zdają się być całkiem nieźle poinformowani. A do końca tej połowy sezonu pozostały dwa odcinki – już wyszły co prawda, jednak nie bardzo miałam sposobność je obejrzeć. Jak tylko zobaczę to wam wszystko pięknie podsumuję.

Ash vs. Evil Dead (sezon 1, odcinki 2-3)

Pierwsze, co muszę powiedzieć – odcinki Asha są zdecydowanie zbyt krótkie. Trwają tylko dwadzieścia kilka minut i to za mało!

Drugi odcinek uważam za bardzo udany – Kelly próbuje namówić Asha do uratowania swojego ojca, do którego przybyła prawdopodobnie powstała zza grobu matka. Nie udaje jej się to, więc odjeżdża sama, a Pablo decyduje się na powiedzenia Ashowi, że zabrała księgę. Wściekły mężczyzna chcąc nie chcą rusza na ratunek. W domu Kelly okazuje się, że mamusia twierdzi, że tak naprawdę nie zginęła, tylko straciła pamięć, a teraz ją odzyskała. Ash jednak jest czujny i pilnie obserwuje zachowanie kobiety. Jak się w końcu okazuje, Williams ma rację i mamusia tak naprawdę wróciła zza grobu, zaczyna się więc walka – bardzo fajnie poprowadzona i odpowiednio krwawa. W międzyczasie dostajemy jeszcze raz migawkę na policjantkę z pierwszego odcinka, która zjawia się w poprzednim miejscu zamieszkania Asha i znajduje wizytówkę antykwariatu, do jakiego chciał się udać nasz bohater. Oczywiście trafi tam przed naszymi cud miód pogromcami zła. I tak na marginesie – czy portret pamięciowy Asha nie wydaje się wam być wspaniałą krzyżówką wizerunku Bruce’a Cambpella i Arnolda Schwarzennegera.

Trzeci odcinek zaczyna się od Lucy Lawless, która zjawia się w domu Kelly i ekshumuje zombie tatka, po czym poddaje go przesłuchaniu. Wydaje mi się, że grana przez Xenę postać będzie głównym antagonistą w całym tym serialu. Tymczasem trójka naszych zabójców zombie w końcu dociera do „Books from Beyond” i oczywiście są już spóźnieni, bo policjantka już tam jest. Mamy trochę zamieszania z powodu próby aresztowania Asha, ostatecznie jednak policjantka kończy nieprzytomna i przykuta do kaloryfera, a bohaterowie mogą zająć się odczynianiem nieopatrznie wywołanego bałaganu. Antykwariusz nie może jednak znaleźć odpowiedniego zaklęcia (no jak to, przecież to Klaatu Barada Nikto, Ash! Tylko wymów to poprawnie), więc decydują się na szalony krok – wezwą pomniejszego demona, by zdradził im przepis na to, jak odesłać zło z powrotem do piekła. W międzyczasie dostajemy również przepiękną animowaną scenę z historii Necromoniconu. Jak myślicie, co się dzieje? Lionel zabezpiecza miejsce przywołania kręgiem i w sumie wszystko wyszło by całkiem ładnie gdyby nie narwana pani policjant, która o mało nie zastrzeliła Asha, doprowadzając do przerwania kręgu. Uch, akcja z demonem była całkiem fajna, choć efekty jego działania przywodziły na myśl nieco X-Raye z Mortal Kombat. Antykwariusz ginie, a Kelly odkrywa, że całkiem skutecznym sposobem na odesłanie demona skąd przybył jest uderzenie go księgą przez łeb. Ciekawe tylko, czy całe zło się tak uda się tak przepędzić. Ash zostawia policjantkę w antykwariacie, a wraz ze swoją watahą odjeżdża w siną dal – a dokładnie do wujka Pablo, który jest szamanem. Zło wciela się w antykwariusza, więc biedna policjantka będzie miała problem? Aczkolwiek mam podstępne wrażenie, że nagle zjawi się tam Lucy Lawless i ją uratuje.

Sharing is caring!

One thought on “Subiektywny rzut okiem w cztery seriale na raz (po raz drugi)

  • 2 grudnia 2015 at 01:01
    Permalink

    Z tych seriali oglądam tylko Agents of S.H.I.E.L.D. Kibicuję parze Fitz-Simmons i czekałam na ich pocałunek, ale jakoś mnie rozczarował… Wydawał mi się taki nie na miejscu.
    Będę śledzić tego bloga 🙂

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *