Subiektywny rzut okiem – Gra o Tron s04ep10 “The Children”

Od premiery ostatniego odcinka czwartego sezonu Gry o Tron minął tydzień, podczas którego jakoś nie mogłam znaleźć dość czasu, by napisać o nim tekst. A potem był długi weekend spędzony wyjątkowo aktywnie i z dala od komputera, więc wrażenia z odcinka opiszę dopiero teraz.

Epizod rozpoczyna się od Jona Snow maszerującego do Nawiedzonego Lasu na spotkanie z Mance’em Rayderem. Jego misja, jak wspominałam o tym w poprzednim tekście, jest idiotyczna i zupełnie w ogóle oderwana od rzeczywistości. Ale Snow maszeruje sobie, dociera wreszcie do Króla za Murem i co? Siada z nim do stołu, rozmawia z nim i pije. Nie jest to ani interesujące, ani szczególnie dobre, zwłaszcza, że Ciaran Hinds nie wygląda jak Ciaran Hinds, no i brakuje mi w nim tego charyzmatycznego przywódcy, którym był w sezonie trzecim. Niestety przy okazji tego spotkania jakoś nie wydaje mi się, by Rayder był kimkolwiek szczególnym. Całe szczęście tę żenującą rozmowę (notabene fatalnie napisaną – zupełnie bez polotu i pomysłu) przerywają rogi, bo oto niespodziewanie zjawiła się hiszpańska stannisowa inkwizycjaarmia. Mamy kilka chwil walki, potem Rayder poddaje się i opuszcza broń. Wejście armii ostatniego żywego Baratheona do akcji jest mocne i muszę przyznać, że szalenie mi się podobało, z resztą podobnie jak wejście samego Stannisa.

 

Zza Muru przenosimy się do Królewskiej Przystani, gdzie maester Pycelle i Qyburn starają się nie dopuścić do śmierci pupilka Cersei – Gregora Clegane’a, znanego bardziej jako Góra. Rany wyglądają okropnie, ale zastanawia mnie ich umiejscowienie – oglądamy bok rycerza, ale ja nie przypominam sobie, by Oberyn ranił go w bok, wydawało mi się raczej, że Góra został raniony w brzuch. Pozostawiając już kwestię ran tego rycerza, to cóż, wydaje mi się, że ta scena miała jednoznacznie dać nam do zrozumienia, że późniejszy obrońca i czempion królowej-regentki (ser Robert Strong) to przywrócone do życia zwłoki Gregora Clegane’a. Zastanawia mnie jednak jedna kwestia – czy Qyburn odetnie mu głowę, czy twórcy w ogóle pominą kwestię głowy Góry przesłanej księciu Doranowi Martellowi w Dorne.

 

Potem mamy całkiem ciekawą dyskusję Tywina i Cersei o rodzinnych wartościach, o ślubie i obowiązku. W trakcie tej rozmowy Cersei wyznaje ojcu, że od zawsze Jaime był jej bardzo bliski, ba nawet tak bliski, że był jej kochankiem. To świetnie zagrana scena między Leną Headey i Charlesem Dance’em. Jej kontynuacją jest rozmowa bliźniąt-kochanków, która ma dość nielogiczny przebieg – zaczyna się od wyrzutów Jaime’a na temat rychłej śmierci Tyriona, potem przeradza się w namiętny i dziki seks, bo Cersei przyszła i powiedziała, że poinformowała ojca o jej wyborze, o jej kochanku i o tym, ze z nim zostaje. Wizerunek tych dwojga rozpada się na kawałki, bo z jednej strony jest ta pamiętna scena gwałtu w sepcie, a z drugiej strony właśnie to – Cersei z ochotą oddająca się Jaime’owi.

 

Przenieśmy się jednak za Wąskie Morze i popatrzmy jak sobie radzi Dany. Jak się okazuje wyzwolenie niewolników spod władzy panów nie służy wszystkim niewolnikom – przed obliczem Daenerys Zrodzonej z Burzy, Niespalonej, Królową Meereen, Królową Andalów, Rojnarów (wreszcie sobie twórcy o ich istnieniu przypomnieli!) i Pierwszych Ludzi, Khaleesi Morza Traw, Wyzwolicielką z Okowów i Matką Smoków (dłuższej tytulatury nie mogła sobie wymyśleć?) staje stary niewolnik, który wyznaje, że wyzwolenie przyniosło korzyść jedynie młodym, pełnym sił ludziom, a starcy stracili dom i szansę na jakąkolwiek przyszłość (podobno w placówkach otwartych na rozkaz Dany dochodzi do aktów agresji wobec starców i dominuje tam raczej wyścig szczurów, niż atmosfera wzajemnej pomocy, o której marzyła młodziutka królowa). Wobec braku możliwości rozwiązania tego problemu (początkowo ma zamiar wysłać Nieskalanych by zaprowadzili porządek, ale to był głupi pomysł)n pozwala na zawarcie kontraktu pomiędzy byłymi panami a niewolnikami. Następnie do sali wmaszerowuje człowieczek ubrany w nędzne pasterskie szmaty (chyba to ten sam pasterz, który ostatnio dostał od Dany odszkodowanie za zjedzone owce – a przynajmniej wygląda identycznie) i narzeka na zbrodnie popełnione przez Drogona. Co zatem robi nasza Matka Smoków? Zamyka dwa niczemu nie winne smoki w jakichś lochach. Jaka z ciebie matka? Muszę powiedzieć, że kiedyś kibicowałam Daenerys, ale jej postępowanie mnie irytuje i coraz mniej lubię tę postać.

 

Zza morza wróćmy znów na Mur, gdzie obejrzymy sobie pogrzeb tych kilkudziesięciu braci z Nocnej Straży, którzy zginęli w walce z dzikimi. Zwłoki spalono, a nad stosem pogrzebowym swoje spojrzenia wymienili Jon Snow i Melisandre. Chyba twórcy chcą nam coś zasugerować, ale nie mam pojęcia co. Następnie Jon idzie do Tormunda, który w rozmowie sugeruje bękartowi Neda urządzenie Ygritte pogrzebu „na prawdziwej północy”. Snow do rady się stosuje i buduje stos pogrzebowy swojej kochance w zagajniku, w którym rosło drzewo-serce (przy którym najprawdopodobniej Snow składał przysięgę). To w sumie bardzo ładna scena i dość smutna.

 

Skoro jesteśmy już na północy, to może zajmijmy się na moment Branem, który wreszcie dotarł do ogromnego drzewa-serca z wizji, którą przekazała mu Trójoka Wrona. Niestety szczęście młodego Starka wyczerpało się i zamiast bez żadnego problemu dotrzeć do celu swej podróży, w ostatniej chwili piętrzy się przed nim nowa przeszkoda – nieumarli. Jest gorąco, bo nikt z młodzieży nie ma przy sobie valyriańskiej stali ani smoczego szkła, a zatem walka ich z góry skazana jest na porażkę. I właściwie są już bardzo blisko niej (Jojen Reed ginie w rękach nieumarłych), ale z groty pod drzewem-sercem wyłania się Dziecię Lasu, które rzuca fireballami na lewo i prawo – pomaga wydostać się Meerze, Branowi i Hodorowi uciec w głąb groty pod drzewem-sercem. A tam czeka na Brana Trójoka Wrona (jak spekulują niektórzy – lord Brynden Rivers), która w rozmowie nawiązuje do snu młodego Starka, nieuwzględnionego chyba w serialu (wybaczcie, nie pamiętam czy był ten fragment o lataniu, o cienistych postaciach itp.).

 

Pozostańmy przy Starkach, bo oto Arya wraz z Ogarem trafią na Brienne i Podricka. W wyniku tego wywiązuje się najpierw niezbyt inteligentna dyskusja, a potem walka pomiędzy Cleganem i Briennem. To chyba najgorsza walka w tym serialu, jaką widziałam. Hej, ludzie, przecież potrafiliście dać nam cudo takie, jak ta walka Oberyna z Górą, to dlaczego nie dacie nam podobnego poziomu w walce drugiego Clegane’a z Brienne z Tarth? To było słabe, tak słabe, że aż serce kroiło mi się z żalu. Całe szczęście zmagania przerwane zostały, bo Ogar spadł ze skały, więc Brienne wobec tego, że Arya jej umknęła, rusza dalej. Ogar jest mocno poobijany, ma złamaną nogę, raczej nie nadaje się już do walki, więc kiedy znajduje go młodsza córka Neda, błaga ją o skrócenie jego mąk. Dziewczyna odpłaca jednak Sandorowi po prostu zostawiając go bez mieszka. Sama odjeżdża na koniu w nieznanym kierunku. Jak się okazuje dociera do przystani, w której wsiada na statek płynący do Braavos, czego dowiaduje się od kapitana (pierwotnie chciała płynąć na Mur), więc płaci mu żelazną monetą i wyrusza na szkolenie do Ludzi Bez Twarzy.

 

I w ostatniej już scenie trafiamy z powrotem do Królewskiej Przystani, w której to Jaime ratuje Tyriona z lochu na polecenie i za pomocą Varysa. Jednak karzeł zamiast iść prosto do celu, otwiera tajemne przejście (skąd wiedział?!) i trafia do Wieży Namiestnika. W łożu swego ojca znajduje Shae, która przez sen mamrocze coś o Tywinie, Tyrion więc zabija swoją byłą kochankę, po czym idzie szukać ojca. Zgodnie z przewidywaniami wszystkich tej sceny w serialu nie zmieniono – głowa rodu Lannisterów siedzi sobie bezpiecznie i zupełnie zapewne komfortowo w ustępie, kiedy najniższy z jego synów dopada go z kuszą w ręku. Między tymi dwoma rozgrywa się całkiem ładna scena, Tywin przyciśnięty do muru gotów jest zrobić wszystko, ale Tyrion mu na to nie pozwala i po uprzednim ostrzeżeniu zabija go. Następnie Tyrion ucieka do Varysa, który przygotowuje go do podróży do Wolnych Miast. Ostatecznie Pająk odpływa wraz z karłem.

 

To był średni odcinek, ba można powiedzieć, że słaby, bo poza paroma naprawdę dobrymi fragmentami trafiło się sporo elementów nudy i kilka fatalnych scen. Z ciężkim sercem żegnam również Charlesa Dance’a, Rose Leslie i prawdopodobnie Rory’ego McCanna, którzy nie pojawią się już w przyszłym sezonie. Mam również wrażenie, że bardzo niewielki udział Ciarana Hindsa też się kończy na tym odcinku, ale oby nie była to prawda.

 

Sam sezon raczej nie należał do najbardziej udanych – pierwszemu nie dorównał, choć momentami bardzo dobrze mu to szło. Zdarzyły się naprawdę dobre odcinki, ale poza nimi są też odcinki, którym bliżej do nizin trzeciego sezonu, niż do poziomu sezonu numer dwa. Zobaczymy jak to będzie z sezonem piątym, który pewnie i tak obejrzę – bardziej z przyzwyczajenia, niż z powodu ciekawości.

 

PS. Być może wkrótce moim subiektywnym okiem spojrzę na inny serial.

Sharing is caring!

8 thoughts on “Subiektywny rzut okiem – Gra o Tron s04ep10 “The Children”

  • 24 czerwca 2014 at 08:07
    Permalink

    Wreszcie ktoś napisał, że nie był to dobry sezon. Ja po prostu oglądam i czekam aż coś się będzie działo w tym serialu. Chyba powoli tracę cierpliwość. Jedni idą na północ, inni na południe. Idą i idą. Nie wiadomo w zasadzie po co ktoś idzie w danym kierunku, ale jest czas, żeby odcinek poświęcać jakimś dziadom w zamku 😉

    Reply
    • 24 czerwca 2014 at 15:34
      Permalink

      O wreszcie ktoś zauważył, że serial (z resztą tak samo jak jego książkowy pierwowzór) nie ma jakiejś spójnej fabuły. Ludzie tam coś robią, nie wiadomo po co pchają się na ten głupi tron, inni sobie odpuścili walkę o tron, ale pozostają w grze, bo przecież muszą zaszkodzić innym. Cholera, strasznie to poplątane i pokićkane.

      Reply
  • 7 sierpnia 2014 at 21:45
    Permalink

    Kobieta w Czerwieni matką Jon’a Snow’a?

    Reply
    • 8 sierpnia 2014 at 17:44
      Permalink

      Może była inna zanim ją oświecił Pan Światła.

      Reply
    • 8 sierpnia 2014 at 22:01
      Permalink

      Może, aczkolwiek Melisandre przybyła ze wschodu Ashai, a więc raczej matką Snowa być nie może. Jest inna, moim zdaniem ciekawsza teoria związana z matką Jona.

      Reply
    • 9 sierpnia 2014 at 09:03
      Permalink

      O tym, że matką Jona był nie kto inny jak Liana, siostra Neda.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *