Subiektywny rzut okiem – Gra o Tron s04ep09 “Watchers on the Wall”

Wróciliśmy do nadawania po krótkiej technicznej przerwie!
I oto za nami dziewiąty odcinek „Gry o Tron”, już przedostatni w tym sezonie. W porównaniu z zeszłym tygodniem nie będzie na pewno aż tak smutno (biedny, biedny Oberyn), ale będzie się działo. Cały odcinek spędzimy na Murze.

Odcinek rozpoczyna scena z Samem i Jonem na szczycie muru – Nocna Straż wyczekuje ataku dzikich pod wodzą Mance’a Rydera. Snow i Tarly rozmawiają o kobietach w dość niezręcznej scenie, która szczerze mówiąc średnio mi podpasowała – twórcy w ten sposób chcieli przypomnieć o wątku miłosnym Jona i Ygritte, bo w tym odcinku znajdzie on zwieńczenie. Niemniej jednak bękart Neda jest szalenie nienaturalny w tej rozmowie i stąd wypada ona śmiesznie słabo.

 

Z Muru przeskakujemy na tereny pod Czarnym Zamkiem, który szpiegowany jest przez warga Thennów. Tam, niemal pod murami twierdzy Nocnej Straży, Dzicy pod wodzą Thormunda Zabójcy Olbrzymów przygotowują się do natarcia. Nastrój przed bitwą nie jest zbyt dobry, bo między ludźmi zza muru dochodzi do sporów – Ygritte najpierw wyżywa się na Thormundzie, nie pozwalając mu dokończyć anegdotki, potem wdaje się w spór z przywódcą Thennów – Styrem. W międzyczasie bokiem przemyka Goździk z małym Samem na rękach – szczęśliwie nikt z dzikich nie zwrócił na nią uwagi.

 

Tarly tymczasem siedzi w bibliotece i czyta księgi o dzikich. I tak zastaje go Maester Eamon. Pomiędzy nimi wywiązuje się ciekawa dyskusja, w której twórcy uchylają rąbka tajemnicy dotyczącej jego młodości – zanim jeszcze został zaprzysiężonym Czarnym Bratem Maester przeżył swoją wielką miłość, o której żywo opowiada Samowi. Ta rozmowa w porównaniu z tą otwierającą jest o wiele bardziej urocza i ma w sobie więcej naturalizmu. I doprawiona jest dowcipem, w przeciwieństwie do smętnego tonu wypowiedzi Jona.

 

Sam po rozmowie z Eamonem opuszcza bibliotekę i udałby się spokojnie na spoczynek, gdyby nie to, że po drodze dostrzegł u bramy Goździk, błagającą o pozwolenie na wejście. Tarly w obliczu zagrożenia życia ukochanej wykazuje się niesamowitą jak na niego stanowczością i nakazuje Pypowi przy bramie otworzyć ją i wpuścić córkę Crastera do środka. Deklaruje również, że od tej pory pójdzie zawsze tam, gdzie ona. Przeurocza, pełna ciepła scena, która naprawdę fajnie wygląda i pozwala mieć nadzieję, że w tym brutalnym świecie istnieje odrobina niewinności i dobra.

 

Rogi oznajmiają nadchodzącą armię, co potwierdza również warg Thennów. Na murze Jon Snow dostrzega ogrom armii dzikich. Nocna Straż przygotowuje się do odparcia natarcia. Godna uwagi jest scena rozmowy ser Allisera Thorne’a z Jonem – ten sceptyczny człowiek, który jeszcze niedawno nie wierzył w słowa Snowa, widząc na własne oczy pojmuje ogrom swojego błędu. Mówi też o ciężarze dowodzenia, który leży na jego barkach i dokonuje swoistego pojednania z Jonem. Po tej rozmowie, przyznam szczerze, przychylniejszym okiem spojrzałam na obecnego Lorda Dowódcę.

 

Sam prowadzi Goździk do bezpiecznego schronienia, gdzie pozostawia ją ukrytą przed wzrokiem wszystkich. On jednak, zamiast pozostać przy jej boku, tak jak obiecywał, decyduje się wrócić do swoich braci, by wspomóc ich w obronie. Aby uargumentować swoją decyzję Tarly zdobywa się na wyżyny erudycji i to jest kolejna bardzo fajna rozmowa, dzięki której Sam jeszcze więcej zyskuje w moich oczach. Scena kończy się długo wyczekiwanym pocałunkiem.

 

I wiecie co? Dochodzę, że nie ma sensu opisywać bitwy scena po scenie, bo działo się bardzo dużo, wspomnę jednak o elementach, które bardzo mi się podobały i pewnie o kilku rzeczach, które mnie wkurzyły.

 

Sam, zanim jeszcze zaczęła się bitwa, przeprowadza rozmowę z Pypem. Pomiędzy nim a Tarlym toczy się jedna z ciekawszych rozmów tego odcinka. Czarni Bracia rozmawiają o naturze odwagi i o strachu w obliczu bitwy, po raz kolejny Sam ma szansę wykazać się erudycją i niemałą inteligencją. A mi po raz kolejny przychodzi do głowy, że cholera, on jest dużo fajniejszą postacią, niż Jon Snow.

 

Walka z ludźmi Thormunda na dole Czarnego Zamku jest niesamowicie chaotyczna – w sumie prawie nie widać, kto kogo zabija, kto wygrywa, kto przegrywa, a trup ściele się gęsto, tak gęsto, że zaczynam wątpić, że twierdzy broni o wiele więcej osób niż tylko setka Czarnych Braci. Zdarzają się jednak w scenach z walki wewnątrz Czarnego Zamku istne perełki – bardzo cudowne ciągłe ujęcie, pokazujące niemal panoramicznie całą bitwę.

 

Niesamowite wrażenie robi obrona bramy przed olbrzymem przez garstkę obrońców pod wodzą Grenna. Przede wszystkim moment, w którym dla dodania sobie otuchy, kiedy olbrzym zaczyna rozbieg, by ich staranować, zaczynają recytować wspólnie przysięgę Nocnej Straży tak cudownie buduje klimat, że przyznam szczerze, miałam gęsią skórkę, kiedy ich słyszałam.

 

Natomiast walka Jona z dzikimi i zwieńczenie wątku Ygritte jest głupie. Jon zbiega na dół, dołącza do walczących, przebija się przez szeregi wrogów, prawie nie patrząc, czy bije swojego czy wroga. Potem drogę zastępuje mu jeden z Thennów i toczą ze sobą ładną acz mocno chaotyczną walkę, w której Snow ma więcej szczęścia niż umiejętności, a twórcy wyraźnie mu pomagają. I kiedy Thenn pada z młotkiem wbitym w czaszkę, już ma dojść do rozwiązania wątku z Ygritte, już dzikuska ma do niego strzelić, ale ginie z ręki zupełnie randomowego chłopca, którego wprowadzono specjalnie chyba po to by zabił kochankę Snowa. Dziewczyna ginie w idiotycznej scenie, Jon przypada do niej i jest z nią do ostatnich chwil – do ostatnich „You know nothing, Jon Snow”.

 

Potem jeszcze tylko Jon wyrusza na idiotyczną, nieuzasadnioną i źle przygotowaną samobójczą misję. I nawet jeśli zginie – nie będzie mi go szkoda, bo jest głupcem i nie wie nic, jak to mawiała jego kochanka, w czym miała cholernie dużo racji. I tak kończy się dziewiąty odcinek, który miał lepsze i gorsze momenty, choć pod względem akcji w końcu fajnie było zobaczyć coś tak dynamicznego i nie poszatkowanego przebitkami na inne lokacje. A wiecie czego brakowało mi najbardziej? Mance Raydera osobiście. No cholera, Mance’a gra Ciaran Hinds, niesamowicie wyrazisty aktor, a twórcy w ogóle go nie pokazują. Ile razy Mance pojawił się w serialu? W trzech odcinkach?! I co z tego, że ma pojawić się w finale sezonu? To zdecydowanie mało!

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *