Subiektywny rzut okiem – Gra o Tron s04ep08 “The Mountain and the Viper”

Ósmy odcinek „Gry o Tron” wprawił mnie w żałobny nastrój. Nie płakałam po śmierci Neda – powiem szczerze, że jakoś mnie to nie wzruszyło, w sumie nawet stwierdzam, że to mu się należało. Nie płakałam po Robbie. Omal nie zapłakałam nad Joffreyem. Po tej śmierci będę ronić łzy.

To musiał być gif – przepraszam, po prostu to musiało się ruszać, bo Oberyn z włócznią jest cudowny <3
Odcinek zaczyna się w Mole’s Town, ale w pierwszym momencie myślałam, że pomyliłam filmy i oglądam Władcę Pierścieni i Bree, nie zaś Grę o Tron. Mamy burdel, mamy dziwki i bardzo dziwny konkurs na odgadnięcie wybekiwanej piosenki. Cóż, jakie towarzystwo, takie rozrywki. Potem mamy rozmowę jednej z pań lekkich obyczajów z Goździk, która kończy się w momencie ataku Dzikich na miasteczko. Ygritte, Tormund i Styr wraz ze swoimi ludźmi mordują bez litości – czy to kobieta, czy mężczyzna. Jednak kochanka Jona Snowa pokaże ludzką twarz i nie zgładzi małego Sama i Goździk. To w sumie takie słodkie, że twarda, dzika kobieta okazała łaskę ukrywającej się córce Crastera.

 

Następnie przenosimy się do Czarnego Zamku do rozmowy prowadzonej przez Jona i jego towarzyszy – rozmowa niestety troszeczkę w początkowych momentach przynudza, ale jest naturalną konsekwencją wydarzeń z poprzedniej sceny. Twórcy wprowadzają jednak do niej nieco humoru w postaci kwestii dotyczącej Goździk i jej szans na przeżycie. Czyż nie roześmialibyście się słysząc, że „przeżyła walkę z Innym, do kurwy nędzy, może i to przeżyła”?

 

Potem mamy scenę kąpieli Nieskalanych i Szarego Robaka podglądającego Missandei w kąpieli. Ta scena jest dziwna! Rozumiem, że Szary Robak pewnie nigdy żadnej kobiety nie widział nago, ale szczerze mówiąc jest okropnie słaba. Po czym następuje nie mniej żenująca rozmowa Dany, która posługuje się eufemizmami takimi jak kolumna i kamienie na określenie męskich narządów płciowych. Jak to brzmi: „włóż twą kolumnę aż po same kamienie!”?! Następnie mamy scenę rozmowy Missandei z Szarym Robakiem, która też do najlepszych nie należy.

 

Z Meereen przenosimy się do Fosy Cailin, pod którą stoją oddziały Ramseya Snowa – sam bękart Boltona instruuje Fetora, jak ma się zachowywać w forcie, który właściwie stanowi klucz do Północy. Theon na koniu majestatycznie, z białą flagą w ręce, przejeżdża przez bagnisko wypełnione truchłami koni i ludzi (jedno z lepszych ujęć, jakie widziałam w tym serialu!), po czym już w zamku pertraktuje poddanie się załogi. I pewnie wszystko skończyłoby się inaczej, gdyby zmęczona załoga nie zabiła jedynego faceta z jajami w tym miejscu, czyli Kenninga. Cóż, skończyło się to jak się skończyło, czyli Ramsey po raz kolejny dał ujście swojej krwiożerczości. Biedny Theon, którego Snow sobie niczym psa wytresował.

 

Jeśli w zeszłym odcinku zastanawialiście się, jak się dla Littlefingera skończy sprawa śmierci Lysy Arryn (kompletnie zmieniona w stosunku do książki) będziecie mieli okazję przekonać się teraz – Baelish przesłuchiwany jest przez Lordów Doliny i wciska im zupełnie bezproblemowo bajeczkę o samobójstwie kobiety. Dla potwierdzenia jego słów wezwana zostaje Sansa, która ujawnia swoje prawdziwe imię i opowiada ze łzami w oczach historię zbliżoną do opowieści Petyra, jednak różniącą się w kilku szczegółach. Panowie (i jedna pani) Doliny przyznają jej rację i kupują tę wersję. A ja pytam – jakim cudem to przeszło tak szybko? Jest dość nielogicznie, historyjka ledwo się trzyma kupy i choć Lysa była dość oryginalna, ba, była dziwaczką, to raczej nie uwierzyłabym w popełnienie przez nią samobójstwa – prędzej oskarżyłabym już Sansę o jej zamordowanie. Jednak mina Baelisha w momencie, kiedy Sansa odgrywa swoje przedstawienie jest bezcenna. Potem mamy jeszcze krótką rozmowę o tym, jakie kroki warto podjąć w wychowaniu Robina – śmiem twierdzić, że młodego lorda powinno się bacznie obserwować, czy przypadkiem nie zejdzie z powodu zatrucia, przypadkowego upadku z konia (a o te nietrudno) czy innego „wypadku”.

 

Barristan Selmy otrzymuje list z pieczęcią Namiestnika. Jest to ułaskawienie Joraha Mormonta przez Roberta Baratheona za zasługi, jakie oddał szpiegując Dany. Skąd ono się wzięło w Meereen i dlaczego dotarło tam tak późno? Nie wiem, najprawdopodobniej po prostu jest to intryga Tywina Lannistera. Niemniej jednak Selmy idzie z tym pismem najpierw do samego Mormonta, po czym po krótkiej rozmowie, w której ser Jorah nie jest w stanie niczego wyjaśnić staremu kapitanowi gwardii królewskiej. Później staje przed obliczem samej khaleesi i wysłuchuje tyrady o tym, jak bardzo Dany czuje się zdradzona. Nie docierają do niej żadne argumenty, więc skazuje na banicję jedynego doradcę, który był w stanie sensownie jej doradzać i naprowadzać na właściwe tory. Ser Jorah odjedzie w siną dal w smutnej scenie, za której tło robią mury Meereen.

 

Ramsey Snow przekazuje Roose’owi Boltonowi wiadomość o zdobyciu Fosy Cailin. W podziękowaniu za wiadomość zostaje usynowiony – jeśli Ramsey jest w jakichś scenach uroczy, to na pewno są sceny z jego ojcem. Przy okazji obserwując jego zachowanie doszłam do wniosku, że jego traktowanie Theona i tresura, jakiej go poddaje nie różni się prawie od tego, czemu Roose zapewne poddawał jego – widać to po pokornej postawie przy ojcu, niepewności w wypowiedziach i oddaniu. Po scenie rodzinnej wojska Boltonów odjeżdżają w stronę Winterfell.

 

Następnie trafiamy na krótką acz dziwaczną rozmowę między Sansą a Littlefingerem – szczerze mówiąc, spodziewałam się czegoś więcej po tej rozmowie, a tu po raz kolejny lord Petyr pokazuje jak to bardzo nie powinien mu nikt ufać, nawet Sansa.

 

Potem bardzo szybko przeskakujemy do Ogara i Aryi, którzy dotarli właściwie do Eire. Tych dwoje naprawdę dobrze się ze sobą czuje, bo gawędzą jak starzy towarzysze, przekomarzając się i właściwie są tak zaabsorbowani rozmową, że nie zauważają, że dotarli niemal do celu podróży. Tam jednak czeka na nich zaskoczenie – Lysa Arryn nie przyjmie ich, bo nie żyje. Arya jest tutaj cudowna – z zaskoczenia (i chyba z ulgi, bo ciotki Lysy nawet nie znała) wybucha śmiechem.

 

I wracamy na moment jeszcze za mury Eire, by wysłuchać rozmowy Littlefingera i Robina Arryna, w trakcie której Baelish wyznaje młodemu dziedzicowi Doliny, że właściwie to śmierć może dosięgnąć go wszędzie – na nocniku, w łóżku czy przy stole, więc opuszczanie zamku nie jest w sumie tak bardzo niebezpieczne. Nie wiem, czy to ja jestem przewrażliwiona, czy to po prostu tak słychać, ale dla mnie Petyr brzmi jakby najzwyczajniej w świecie groził Robinowi. Po tej rozmowie widzimy przemianę Sansy – przefarbowała włosy i zmieniła się niemal nie do poznania i jeszcze bardziej przypomina Catelyn.

 

Potem mamy Tyriona i Jaime’a w nieco sentymentalnej scenie rozmowy – młodszy z Lannisterów wspomina lata dziecięce i rozpamiętuje największą z zagadek dzieciństwa: dlaczego głupawy kuzyn Orson tłukł żuki. Mamy tu piękny popis gry aktorskiej Dinklage’a w naśladownictwie upośledzonego krewnego. Sama rozmowa właściwie prezentuje bardziej bezsensowną paplaninę w stresie, niż jakąkolwiek sensowną rozmową. A może jest próbą rozliczenia się z przeszłością, człowieka, który jest niemal pewien swojej śmierci? Cóż, pewnie wiedzą to twórcy, nam natomiast wypada przejść do ostatniej sceny.

 

Na placu pojedynkowym jest już Oberyn Martell w lekkiej skórzanej zbroi, który pije w towarzystwie Ellarii Sand. Niedługo po wprowadzeniu Tyriona, na miejscu pojawia się Góra, który imponuje nawet bez zbroi, więc tutaj, w pełnym niemalże rynsztunku robi na widowni piorunujące wrażenie. Nie jest w stanie przerazić Czerwonej Żmii, który zaskarbia sobie przychylność tłumu akrobatycznym wejściem na pole pojedynkowe. Rozpoczyna się walka, piękna, bardzo elegancka w wykonaniu i zrealizowana ze sporym rozmachem. Gregor Clegane jest niemalże bez szans, bo jego przeciwnik jest prawie nieuchwytny. I rzeczywiście Oberynowi udaje się zranić kilkukrotnie Górę, dość dotkliwie i właściwie mógłby wygrać, gdyby nie nakręcał się swoim gniewem – bo ten wstrzymywany przez wiele lat właśnie znalazł upływ teraz i Martell upojony nim i alkoholem, który wypił popełnia jeden jedyny błąd, który kosztować będzie go życie. UWAGA scena śmierci Oberyna jest bardzo drastyczna! Widzowie ze słabszymi żołądkami raczej powinni jej pominąć. Śmierć Martella oznacza wyrok skazujący wobec Tyriona, choć Góra również nie ujdzie z tego pojedynku z życiem, jest już właściwie umierający na arenie. I wiecie co mnie wkurzyło najbardziej? Uśmieszek triumfu na twarzy Cersei. Po prostu miałam ochotę go jej zetrzeć z twarzy.

 

I jest mi cholernie smutno z powodu tego odcinka. Bo Oberyn był gwiazdą tego sezonu, jego jasnym punktem i jego pojawienie się potrafiło podnieść poziom nawet w najsłabszym odcinku. I cholera jasna, to była śmierć, o której wiedziałam, a która zabolała bardziej niż śmierć wszystkich Starków na raz. Tylko Tyriona byłoby mi tak szkoda, jak jest mi szkoda Oberyna. Nadzieją pozostają jego córki – ciekawe czy Piaskowe Węże okażą się równie ciekawe i kolorowe jak ich ojciec.

Sharing is caring!

6 thoughts on “Subiektywny rzut okiem – Gra o Tron s04ep08 “The Mountain and the Viper”

  • 3 czerwca 2014 at 15:33
    Permalink

    “Nadzieją pozostają jego córki – ciekawe czy Piaskowe Węże okażą się równie ciekawe i kolorowe jak ich ojciec. “
    Cycki, burdele i seksy. Córeczki pewnie są tak samo wyzwolone jak tatuś, więc co innego twórcy mieliby z nimi zrobić? Niby zawsze można być dobrej myśli, ale to GoT, tutaj takie rzeczy nie działają.

    Krakatoa

    Reply
    • 3 czerwca 2014 at 15:53
      Permalink

      Wiążę spore nadzieje, zwłaszcza z wątkami Lady Nym i Tyene, bo one mogą namieszać. I w ogóle interesuje mnie scena, w której ser Balon Swann przyniesie głowę Góry do Dorne na ucztę.

      Reply
    • 6 czerwca 2014 at 01:23
      Permalink

      Lepiej poczytaj książkę!Cycki na pewno będa – w końcu to dziewuchy!

      Reply
    • 6 czerwca 2014 at 08:46
      Permalink

      A jedna z nich dodatkowo jedna z nich jest córką dziwki z OldTown

      Reply
  • 6 czerwca 2014 at 01:21
    Permalink

    Mnie także mocno poraziła scena w której Oberyn ginie…a przecież czytałam książkę.Cholerna szkoda zarówno postaci Oberyna ( baardzo interesującej) jak i Pedro Pascala,który świetnie się w niego wcielił i prywatnie okazał się przesympatycznym człowiekiem.Jak dla mnie jest to najdrastyczniejsza śmierc spośród wszystkich sezonów!Ned Stark miał szczęscie,że mu tylko łeb ucięto.

    Reply
    • 6 czerwca 2014 at 09:12
      Permalink

      No Starkowie mieli szczęście, że Martin raczej nie skazywał ich na żadne męczarnie. A szkoda, bo za ich głupotę (Ned był idiotą, a Robb już kompletnym kretynem) się im należało, bardziej niż komukolwiek w serialu/książce.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *