Subiektywny rzut okiem – Gra o Tron s04ep07 “Mockingbird”

Do końca sezonu „Gry o Tron” coraz mniej odcinków. W tym tygodniu dostaliśmy kolejny odcinek z serii tych ciekawszych i trzymających niezły poziom, choć i tak kwintesencją wszystkiego była scena finałowa.

Ale od początku – otwierająca rozmowa Tyriona z Jaimem świetnie obrazuje relacje tych dwóch postaci. I choć właściwie dotyczy wszystkiego i niczego naprawdę mi się podobała. Poprowadzona z głową, prowadzi do finałowego pytania o czempiona Cersei w pojedynku sądowym. Pochwalić trzeba, jak pięknie udało się wprowadzić napięcie do tej rozmowy.

 

I sekundę później wyjaśni się, kto jest czempionem królowej regentki. Bo oto na ekranie zagości Gregor Clegane – Góra – w przepełnionej przemocą sceną (jak każda z jego udziałem). Wszystko byłoby tutaj w porządku, gdyby nie to, że w trakcie spotkania Cersei z ser Gregorem koncertowo skopano sprawę perspektywy i w zupełności nie wykorzystano możliwości porównania tych dwojga (a tak na marginesie, wiecie, że to już trzeci aktor, który wciela się w postać Góry?).

 

Od jednego Clegane’a przeskakujemy do drugiego – Sandora i towarzyszącej mu Aryi. Mamy tu trochę gadaniny, w tym trochę o umieraniu i o niczym. A potem trochę szarpaniny, bo jak się okazuje wieść o nagrodzie za głowę Ogara się już rozeszła i ktoś nawet spróbował sił – trochę to smutne, że gość zdołał przegryźć się Sandorowi przez pancerz na obojczyku. Mamy popisówkę Aryi – jest całkiem przyjemnie dla oka i dla kibicujących najmłodszej Starkównie.

 

Scena w Castle Black to chyba najsłabszy moment odcinka w moim odczuciu, choć konkurować może ze sceną Daenerys, ale o tym później. Jon wraca zwycięski z Twierdzy Crastera, ale ser Alliser Thorne nie jest z tego zadowolony. Ani nie jest zadowolony z propozycji Snowa dotyczącej sposobów obrony Muru. Trochę to smutne, ale właściwie sam skazuje Nocną Straż na klęskę w starciu z dzikimi i to z powodu zwykłej niechęci do Jona.

 

Z dalekiej północy trafiamy do przytulnej, ciepłej… celi Tyriona, w której pojawia się Bronn. Dawny towarzysz najmniejszego z Lannisterów odmawia współpracy i ratowania zagrożonej głowy byłego pracodawcy – wybiera życie, ta nie śmierć w walce z Górą, czemu wcale się nie dziwię, wiedząc jakie opowieści w Westeros chodzą o starszym z Clegane’ów.

 

Na szybko udamy się za morze, aż do dalekiego Meereen. Daario odwiedza Dany w jej sypialni, bez zaproszeni i zapowiedzi. Smutne jest to, że lubiany przeze mnie wątek Targeryenówny strasznie mnie obecnie irytuje, choć ta akurat scena była jedną z lepszych, jakie widzieliśmy w tym sezonie – może dlatego, że nie była pełna patosu, wielkich i szumnych zapowiedzi uwalniania niewolników i innych takich. I w końcu, po tylu tygodniach monotonni damskiego negliżu pokazano jakiś kawałek męskiego ciała!

 

Ale dla równowagi są piersi Melisandre, które o dziwo mi w ogóle nie wadzą – może dlatego, że scena, która rozgrywa się między nią a Selys jest taka naturalna i niewymuszona, a nagość Czerwonej Kapłanki w towarzystwie innej kobiety jest właściwie pozbawiona erotyzmu. Sama scena wnosi również kilka ciekawych elementów do kreacji obydwu postaci, jak i również do kreacji całego świata, łącznie z kultem R’hllora.

 

Potem irytująca scena z Dany – no cóż, nieco wyżej wspominałam, że bardzo mocno nie lubię tej postaci, kiedy wygłasza swoje wzniosłe mowy o uwalnianiu niewolników i zabijaniu panów. A to jest właśnie taka scena, choć zaczyna się akcentem humorystycznym. Ale cała lekkość znika, kiedy Emilia Clarke wygłasza kolejną mowę o oswobadzaniu z łańcuchów – nie zrozumcie mnie źle, panna Clarke gra świetnie, to jej postać jest tak poprowadzona.

 

Następnie powrócimy na moment do Aryi i Sandora Clegane’a, żeby usłyszeć po raz kolejny ich rodzinną historię – tym razem z ust samego Ogara. Sporo w tym goryczy i trochę to uzupełnia obraz tej postaci i ładnie pokazuje relacje między Starkówną a jej porywaczem (czy może raczej opiekunem?).

 

Podrick i Brienne w karczmie, która wygląda podejrzanie podobnie do karczmy na rozdrożu, jedzą ciepły posiłek i przypadkiem trafiają na Bułę – jednego z dawnych towarzyszy Aryi. Po nieco zbyt nużącym wykładzie o składnikach pieczeniu mamy milutką i dość symboliczną scenę, pokazującą przywiązanie chłopaka do Starkówny – Brienne otrzymuje do przekazania w ręce dziewczyny ciastko w kształcie wilkora.

 

Tyrion ma niespodziewanego gościa – odwiedza go Oberyn Martell, który przyszedł z bardzo jasną intencją – zamierza wyznać karłowi, że wystąpi w jego imieniu w pojedynku sądowym, aby pomścić. Wyjawia również, że celem jego wizyty w Królewskiej Przystani było wymierzenie sprawiedliwości osobom odpowiedzialnym za śmierć jego siostry. Przy okazji dowiemy się również kilku interesujących szczegółów z życiorysu obu postaci. To świetna scena, ale najlepsze dopiero przed nami.

 

Tymczasem Sansa w Eyrie buduje ze śniegu kopię Winterfell. Po chwili zjawia się Robin, który nieopatrznie niszczy dzieło kuzynki, całe zaś nieporozumienie kończy się policzkiem wymierzonym temu krnąbrnemu dzieciakowi. Sytuacji przyglądał się Baelish, który pojawia się na scenie, gdy tylko dziedzic Doliny ucieka z płaczem. Po czym nie zwlekając długo całuje Sansę, wyznając jej niemalże miłość.

 

Dziewczyna zostaje wezwana przez szaloną ciotkę. Lysa Arryn pokazuje siostrzenicy Księżycowe Drzwi i o mało jej nie zrzuca tamtędy. Ale nagle pojawia się Petyr, który ratuje Sansę i pomaga biednej Lysie zrozumieć jej błąd. W świetnej scenie mówi wdowie po Jonie Arrynie prosto w twarz, że kochał tylko jedną osobę – jej siostrę – po czym spycha w dół przez księżycowe drzwi. Wszystko byłoby pięknie w tej scenie, ale mam małe „ale”. Jak Baelish wytłumaczy śmierć pani Arryn? W książce zrzuca winę na barda, który miał zagłuszać wrzaski Sansy. Tutaj są tylko we troje – Starkówna, Littlefinger i Lysa.

 

Odcinek udany, z ciekawymi wątkami, choć niepozbawiony problemów. Pozostaje czekać na przyszły tydzień i pojedynek Góry z Czerwoną Żmiją. Będzie się działo. Musi.

Sharing is caring!

2 thoughts on “Subiektywny rzut okiem – Gra o Tron s04ep07 “Mockingbird”

  • 29 maja 2014 at 12:45
    Permalink

    Styl pisania przypomina mi te rubryczki z opisem telenoweli typu klan w teletygodniu. Po co pisać wypracowanie o wszystkim co widzieliśmy sami, bez praktycznie własnych opinii i komentarza, z ewentualnym “fajna scena, lubię to”.

    M jak Miłość odc. 1530
    “Tyrion ma niespodziewanego gościa – odwiedza go Oberyn Martell, który przyszedł z bardzo jasną intencją – zamierza wyznać karłowi, że wystąpi w jego imieniu w pojedynku sądowym, aby pomścić. Wyjawia również, że celem jego wizyty w Królewskiej Przystani było wymierzenie sprawiedliwości osobom odpowiedzialnym za śmierć jego siostry. “
    ~podpisano Teletydzień

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *