Steampunk w Kraju Kwitnącej Wiśni – “Tancerze burzy” Jaya Kristoffa

Czy mieliście kiedyś tak, że myśleliście, że nie zmęczycie danej książki, że zaraz rzucicie ją w kąt, a kilkadziesiąt stron dalej, okazywało się, iż potrafi być całkiem strawna i nawet przyjemnie się ją czyta? W całym moim czytelniczym życiu zdarzyło mi się to tylko raz, przy „Tancerzach burzy” Jaya Kristoffa.

Wielki shogun Yoritomo-no-miya pod wpływem wizji nakazuje swojemu wielkiemu łowczemu odnalezienie i sprowadzenie do stolicy tygrysa gromu – mitycznego stworzenia, nie widzianego od lat w Shimie, a będącego wierzchowcem legendarnych wojowników, wybranych przez samego Hachimana, boga wojny. Masaru-san, wielki łowczy, rusza więc w góry Iishi spełnić rozkaz swojego władcy, zabierając ze sobą dwoje najlepszych przyjaciół i dorastającą córkę, Yukiko. Musi spełnić rozkaz wydany przez shoguna, inaczej spotka go sroga kara, choć istnieje prawdopodobieństwo, że arashitory, podobnie jak inne mistyczne stworzenia dawno już wyginęły z powodu skażenia ziemi Krwawym Lotosem.

Zacznijmy od tego, że to powieść na wskroś przewidywalna, co irytuje niepomiernie. Brakuje tu jakiegoś większego plot twistu, brakuje poczucia, że nie wiemy co czeka bohaterów za kilka chwil. Fabuła idzie prosto od punktu A do punktu B, nie zakręcając nigdzie, nie sprawiając niespodzianek. I nie, nie powinien to być wyznacznik powieści young adult – nastoletniemu czytelnikowi też trzeba rzucić jakieś wyzwanie, sprawić żeby odczuł rosnące napięcie. Niestety w powieści Kristoffa brakuje choć próby zbudowania jakiegoś twistu.

Z tym wiąże się kolejna kwestia, czyli sposób konstruowania bohaterów. Dla nikogo zaskoczeniem nie będzie, że Yukiko okaże się wyjątkową i obdarzoną mistycznymi zdolnościami postacią, która oczywiście zostanie tytułowym tancerzem burzy. Oczywiście, jeśli połączyć jej wyjątkowość z wyjątkowo irytującym sposobem bycia, otrzymamy typową Mary Sue o tragicznej przeszłości. Dopiero pod koniec książki nieco zyskała w moich oczach, nie sprawiło to jednak, że jakoś szczególnie ją polubiłam. I wiecie, bycie Mary Sue może by mnie tak mocno nie raziło, gdyby nie to, że jest to tak schematyczna postać (podobnie jak schematyczna jest fabuła). Z resztą wszyscy bohaterowie wyglądali, jakby wyszli spod jednego szablonu – szablonu nie do końca dobrze napisanych postaci z powieści young adult. Yoritomo-no-miya to typowy zepsuty do szpiku kości władca, który chce podbić wszystko wokół i oczywiście na dodatek jest okrutny dla samego bycia okrutnym (naprawdę, ani na moment w książce nie ma wyjaśnione, dlaczego Yoritomo jest jaki jest).

Świat przedstawiony to chyba jedyny interesujący element w „Tancerzach burzy”. Z jednej strony mamy technologię opartą na Krwawym Lotosie (który jest w sumie trochę takim węglem/eterem/wstaw tu dowolne inne źródło energii i napędu, które jednocześnie zatruwa środowisko i napędza machiny), z drugiej jednak wciąż istnieją tam mityczne i mistyczne stwory, wywodzące się z japońskich wierzeń. Z resztą połączenie Japonii sprzed ery Meiji ze steampunkiem dało naprawdę ciekawe efekty. Problem leży jednak w nadużywaniu w powieści nazw własnych. Naprawdę, czasami ciężko przebić się przez stronę bez kilkukrotnego sięgania do słowniczka, bo Kristoff potrafi bombardować nas określeniami, dotyczącymi ubioru, broni czy pancerza.

Wiecie z czym jeszcze mam duży problem w „Tancerzach”? Ze stylem. Czasami miałam wrażenie, że autor (bądź tłumacz, ciężko rozróżnić, czyja to wina), stara się jak najbardziej zagmatwać zdania, nawtykać w nie jak największą ilość porównań, metafor i innych środków stylistycznych. Przywodziło mi to na myśl stylizację na klasyczną japońską narrację, choć to skojarzenie może być wyjątkowo nietrafione. Pozwolę sobie poruszyć przy okazji tej części rozważań nad powieścią Kristoffa jeszcze jedną kwestię. Na początek weźmy na warsztat to zdanie „Błyskawica musnęła chmury i w jej oślepiającym, monumentalnym blasku Yukiko ujrzała całą scenę: niekończącą się dziką knieję, zagubioną szesnastolatkę i demona z Otchłani, gotowego roztrzaskać jej czaszkę”. Rzeczoną szesnastolatką jest Yukiko, co oznaczałoby, że bohaterka wyszła i stanęła obok. Początkowo wzięłam to zdanie za błąd tłumaczenia lub błąd autora. Dopiero w toku narracji okazuje się, że Yukiko dzięki swoim nadnaturalnym zdolnościom widzi tę scenę oczami arashitory. Cała ta sytuacja od razu nastawiła mnie negatywnie do powieści, bo pierwszy rozdział trochę wyrwany z kontekstu, pełniący rolę prologu, wprowadził element, który można uznać za błąd lub niedopatrzenie autora.

Mogłabym jeszcze powiedzieć o bardzo ekologicznym wydźwięku pierwszego tomu „Wojny lotosowej”, bo to w sumie motyw przewodni całej powieści i prawdopodobnie całego cyklu: walka starego, naturalnego oraz mitologicznego z nowym, które zatruwa środowisko i coraz bardziej niszczy świat. Shima cierpi z powodu zanieczyszczenia Krwawym Lotosem, który nie dość, że zatruwa powietrze, kiedy używany jest jako paliwo, to jeszcze uprawiany prowadzi do skażenia gleby i ziemi. W Shimie nie ma już ptaków i dzikich zwierząt, bo albo zginęły z powodu polityki Gildii i państwa, która zniszczyła ich środowisko, albo zostały zabite przez łowczych na rozkaz shoguna. Mitologiczne stworzenia też gdzieś zniknęły, choć jeszcze kilkanaście lat temu można było je spotkać w najdalszych prowincjach. Cała powieść obrazuje, że postęp technologiczny, jaki stał się udziałem Shimy, odbył się kosztem zniszczenia środowiska naturalnego oraz kosztem setek tysięcy żyć ludzkich.

„Tancerze burzy”, którzy na początku mnie zirytowali (a to głównie z powodu dziwnego stylu autora i/lub tłumacza), okazali się powieścią nie tak do końca złą. Mniej więcej od połowy zmienili się w całkiem niezłe czytadło, mało jednak ambitne i mające wszystkie przywary gatunku yound adult: a więc schematycznych do bólu bohaterów i fabułę, której daleko jest do wybitności.

Sharing is caring!

2 thoughts on “Steampunk w Kraju Kwitnącej Wiśni – “Tancerze burzy” Jaya Kristoffa

  • 30 stycznia 2019 at 10:15
    Permalink

    Czytałem jeszcze z obowiązku recenzenckiego i miałem dość podobne odczucia. To jest całkiem znośne czytadło z niezłą kreacją świata. Wydanie drugiego tomu się mocno opóźniło, ale w sumie nie miałbym wiele przeciwko, by poznać kontynuację historii.

    Reply
    • 30 stycznia 2019 at 11:19
      Permalink

      Ja mam zbyt wiele zalegających potencjalnie lepszych książek na półce, żeby mierzyć się z kolejnymi częściami tego cyklu.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *