Powrót do Meekhanu – “Pamięć wszystkich słów” Roberta M. Wegnera

Na czwarty tom „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera czekaliśmy długo. Premiera pierwotnie zapowiadana na XXIX. Polcon, przesunęła się z niezależnych przyczyn na maj bieżącego roku. Kiedy w końcu przeczytałam „Pamięć wszystkich słów” okazało się, że nie jest tym, czego bym się spodziewała. Nie oznacza to jednak, że książka mi się nie podobała.

W zaułku anonimowego miasta spotykamy Yatecha i Kanayoness, toczących grę z przedstawicielką Pani Losu. Zaraz potem przenosimy się w Annary do osady rodziny d’Kllean, by wraz z Deanną (poznaną w opowiadaniu „Gdybym miała brata” zamieszczonym w tomie „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe”) zmierzyć się z osądem starszyzny; by chwilę później trafić na Amonerię, wyspę na Oceanie Szarym, gdzie w towarzystwie Altsina przemierzać będziemy ulice Kamany. Akcja powieści toczy się wielotorowo, a historie bohaterów przeplatają się ze sobą – Yatech raz jeszcze spotka swoją siostrę i wspomoże ją w walce, zaś Kanayoness skrzyżuje swoje drogę z wędrującym i poszukującym rozwiązania boskiego problemu złodziejaszkiem. Wraz z bohaterami przemierzymy Dalekie Południe, zawędrujemy także w dzikie ostępy Doliny Dhawi, gdzie rzadko zapuszczają się zwykli śmiertelnicy.

„Pamięć wszystkich słów” w sposób znaczący poszerza budowane przez Wegnera uniwersum Meekhanu. Wątki Deanny mocno skupiają się na filozofii jej ludu, dodają całości kolorytu i pozorów prawdziwości. Czytelnik nie tylko poznaje kolejne zwyczaje Issarów, ale również ma szansę na lepsze zgłębienie ich mentalności. Jednocześnie fabuła doprowadza do zderzenia się dwóch kultur – z jednej strony surowej issarskiej filozofii ze sposobem myślenia mieszkańców Dalekiego Południa, co pogłębia jeszcze niesamowicie skrupulatnie tworzony świat. W rozdziałach poświęconych Altsinowi przyjrzymy się za to kwestiom politycznym i historycznym, jednak nie pominiemy również wątków związanych z religią. Wegner umiejętnie żongluje tematami, wplatając je do narracji i rozważań bohaterów. Dzięki temu powoli odkryć można kolejne elementy fabuły cyklu i zapowiedzi przyszłych wydarzeń. Nie należy również zapominać o interludiach z Yatechem i Kanayoness w rolach głównych, które z jednej strony odpowiadają na część pytań, jakie gotów jest sobie zadać czytelnik w trakcie lektury, zaś z drugiej  w zamian za udzielone odpowiedzi wprowadzają jeszcze więcej niewiadomych. Dodatkowo, świetnie łączą ze sobą wątki Deanny i Altsina, tak różne i pozornie ze sobą niezwiązane.

Czwarty tom „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to nie tylko budowanie uniwersum – ważne są również postaci. Czy to zapomniane i odkurzone dopiero teraz jak wspomniana wyżej Deanna, czy dobrze znane i oczekiwane, jak Altsin, Yatech i Mała Kana. Wszyscy bohaterowie przechodzą przemianę i ciężko mi powiedzieć, kto z nich zmienił się najbardziej, bo tego zmierzyć się nie da. Wojowniczka z rodu d’Kllean stopniowo dochodzi do wewnętrznego spokoju, odkrywając równocześnie nową drogę dla siebie, a jej rozwój mocno wiąże się z lepszym zrozumieniem praw swojego ludu. Bohaterka  częściowo pozbywa się również naiwności osoby mieszkającej niemal poza obrębem cywilizacji. Altsin, jak dla mnie, zmienia się nie do poznania – pamiętałam go raczej jako osobnika o dość lekkim usposobieniu, martwiącego się tylko o dzień obecny. Tymczasem, w Kamanie obserwujemy go w nieznanej do tej pory roli – jako gościa klasztoru Wielkiej Matki, wyciszonego i skupionego na pomocy braciom zakonnym. Oczywiście, ma również przebłyski dawnej wesołkowatości, zachowuje swój cięty język, aczkolwiek w „Pamięci wszystkich słów” widzimy jego bardziej ponurą i poważną stronę. Wszystko przez cząstkę boskiej duszy zagnieżdżoną w ciele złodziejaszka, czasem manifestującą się nagłym wybuchem gniewu czy niespodziewanie pojawiającą się refleksją. Yatech przy Małej Kanie dorośleje, a dzięki jej twardym naukom odrzuca naiwność jaka cechuje Issaram, jednocześnie ostatecznie godząc się ze swoim losem i porzucając finalnie narzucone mu wcześniej prawa ludu, w którym się wychował.

„Pamięć wszystkich słów” to nie tylko starzy i dawno niewidziani znajomi, bowiem Wegner wprowadza również nowych bohaterów. Bardzo blisko poznamy dwóch mieszkańców Białego Konoweryn, z których żaden nie okaże się być tym, za kogo się podaje. Dodatkowo, pojawi się jeszcze pewien truciciel oślepiony swoją wizją, tajemnicza Królowa Niewolników i kilkoro pomniejszych, aczkolwiek równie ważnych, osobistości. Dużego znaczenia również nabiorą postaci niekoniecznie śmiertelne: bliżej zapoznamy się z Oumem, bożkiem Seehijczyków, służki Eyfry będą mieszać szyki wszystkim bohaterom, zaś na Dalekim Południu, Agar Czerwony będzie musiał dotrzymać danych przed wiekami (albo eonami) obietnic. Bogowie, co prawda, nie mają tak mocno rozbudowanych charakterów, jak śmiertelnicy, a ich występy można uznać za epizody w całej fabule, to jednak mam wrażenie, że ich wpływ na historię jest więcej niż tylko znaczący.

Pisarstwo Wegnera niezmiennie zachwyca – zróżnicowanie językowe pozwala bez problemu wczuć się w klimat poszczególnych rozdziałów. Od razu możemy rozpoznać czy czytamy część poświęconą Altsinowi czy Deannie – autor osiągnął to poprzez zastosowanie unikalnej stylistyki wypowiedzi narratora. Co uważam jednak za najlepsze w pisarstwie Roberta M. Wegnera? Jego zdolność do płynnego przechodzenia od żartu czy ironii do całkiem poważnej kwestii, od śmiechu do rozterek moralnych bohaterów. Pisarz idealnie łączy humor z powagą i doskonale je równoważy. Tak samo świetnie udało mu się osiągnąć harmonię pomiędzy dynamiką i statycznością – wątki Deanny zdecydowanie są bardziej nastawione na akcję, zaś w rozdziałach Altsina dzieje się mniej i wolniej, a więcej miejsca poświęcone jest refleksji i emocjom.

We wstępie pisałam, że „Pamięć wszystkich słów” nie była tym, czego się spodziewałam. Cóż, to prawda, oczekiwałam raczej, że będzie to powieść mniej rozbudowana, bardziej skupiona na akcji. Tymczasem, dostałam wielowątkową, barwną i zróżnicowaną książkę, która prawdopodobnie zaczyna wprowadzać do cyklu z dawna spodziewane elementy i kierować fabułę na ostateczny tor. Jestem zachwycona i nieco przerażona jednocześnie, bo zaczęło do mnie docierać, jak ogromne uniwersum zaplanował sobie Wegner. Boję się, żeby nie okazało się zbyt wielkie, zbyt pojemne, aby nie pożarło samego siebie. Choć przy tym akurat autorze może nie powinnam mieć takich obaw, bo wszystkie jego książki jak do tej pory wykazują zaskakującą spójność i wierność wizji twórcy. Czy polecam czwarty tom „Pamięci wszystkich słów”? Owszem – wszystkim szukającym dobrej lektury, ceniącym jakość i rozbudowany, wielowątkowy świat. Jednocześnie muszę was przestrzec – to nie jest powieść, od której warto zaczynać przygodę z uniwersum autora, bo, żeby cieszyć się nią w pełni, trzeba poznać dotychczasową historię bohaterów.

Recenzja dla portalu Insimilion.

Sharing is caring!

4 thoughts on “Powrót do Meekhanu – “Pamięć wszystkich słów” Roberta M. Wegnera

  • 25 sierpnia 2015 at 15:42
    Permalink

    Hm, Yatech, mam wrażenie, dopiero zaczyna się zmieniać. Pewne rzeczy do niego docierają, ale to dopiero początek procesu.

    I ciekawi mnie, jaka to była oślepiająca wizja tego truciciela, bo jak dla mnie to on po prostu dbał o interesy przyjaciela.

    Strasznie się rozpisałaś.;P

    Reply
    • 25 sierpnia 2015 at 16:26
      Permalink

      Rozumiem, że ostatnia uwaga jest odpowiedzią na moją zaczepkę pod adresem twojej recenzji? ^^

      Co do Yatecha – świetne są te jego wejścia z Kanayoness i ich rozmowy. W końcu zaczęło do niego docierać, że w sumie to był do tej pory strasznym naiwniakiem, nie znającym świata ani życia.

      Imo truciciel w ogóle miał albo jakąś megaskomplikowany plan, albo po prostu cały czas starał się zamieszać. No i zwróćmy uwagę, że tak naprawdę nie wiemy, czy on nie jest po swojej własnej stronie. Bo jego działania nadal mi się nie podobają, a pewne informacje z przeszłości rzutują na jego niekorzyść.

      Reply
      • 25 sierpnia 2015 at 18:54
        Permalink

        “Rozumiem, że ostatnia uwaga jest odpowiedzią na moją zaczepkę pod adresem twojej recenzji? ^^ ”
        😉

        Reszta komcia będzie jednym wielkim spoilerem.
        Yatecha w sumie nie nazwałabym naiwniakiem – powiedziałabym, ze mimo tych wszystkich zabitych w walce przeciwników miał bardzo dziecięcy i niewinny obraz świata. Co zresztą nie jest jego winą, bo wychowano go w kulturze, w której taki czarnobiały obraz świata był jedynie słusznym. Dopiero teraz chłopak przechodzi proces zwany dojrzewaniem.;)

        Dla mnie truciciel to przykład człowieka nie tyle oddanego królowi, co monarchii – i robiącego to, co według niego dla monarchii jest najlepsze. Zakładając, że podejrzenia Królowej Niewolników są słuszne, po prostu zadbał o to, żeby ten bardziej predestynowany z braci bezpiecznie objął tron, a młodszy pozostawał w odwodzie na wszelki wypadek, ale nie był bezpośrednim zagrożeniem (choć osobiście wydaje mi się, że Królowa zwyczajnie Deanę podpuszczała). To samo z podejściem do samej Deany i do księcia. Dziewczynę mógł lubić prywatnie, ale jako królewski truciciel czuł się w obowiązku zadbać o dobro monarchii, którym mogłaby zachwiać. Tak samo IMO podchodził do księcia.

        Reply
        • 25 sierpnia 2015 at 20:44
          Permalink

          No właśnie o te naiwne postrzeganie świata mi chodziło. Wychowany w kulturze, która wpoiła mu zupełnie nierealistyczne podejście do wszystkiego został rzucony do wielkiego świata i ten świat go pochłonął.

          No właśnie tam u nich na dworze w Białym Konoweryn to ja już nie wiem komu ufać – czy Królowej Niewolników czy nadwornemu trucicielowi, bo oboje mają swoje cele i swoje intrygi. Z drugiej strony Królowa Niewolników jest kimś więcej, więc i może więcej wie. Z resztą licho wie, trzeba się będzie Wegnera dopytać 😛

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *