Powitajcie Cersei 2.0, czyli dlaczego wątki dornijskie już teraz ssą – Gra o Tron S05E02 “House of Black and White”

Tydzień temu na ekrany telewizorów powróciła „Gra o Tron”. Pierwszy odcinek nie był wybitnie zły, ale również zabrakło mu wiele, by nazwać go dobrym. Miał kilka niezłych momentów, ale tych gorszych było więcej. Jak zatem prezentuje się kolejny epizod, czyli „Dom czerni i bieli”?

Zaczynamy od sceny z Aryą dopływającą do Braavos. I kurczę nie bardzo mogę rozgryźć jej mimiki w tej scenie. Wygląda jakby Tytan co najmniej ją obrzydzał, albo próbuje maskować zachwyt w wyrazie obojętności. Neguje też bardzo fajną lokalną legendę, bo niby taka jest światła i mądra, a podskakuje na dźwięk rogu… Ech, robię się czepialska, ale kierunek, w którym teraz zmierza Arya jest niewłaściwy. No dobra, ale wróćmy do tematu: kapitan wiezie Starkównę osobiście przez całe Braavos do siedziby Ludzi bez Twarzy. To miło z jego strony, że dba o swoją pasażerkę, ale serio, nie ma statku do przypilnowania, ładunku do nadzorowania, forsy do wzięcia? Rzucił to wszystko i poleciał, bo dziewczyna mu dała monetę i szepnęła jedno zdanie… Podróż przez Braavos niczemu nie służy – ani nie mówi nam ona nic o mieście (ot, tyle, że to taka Wenecja świata Martina), ani o jego mieszkańcach, ani tym bardziej o bohaterce. Po prostu twórcy mówią – patrzcie, pokażemy wam coś więcej niż tylko siedzibę Żelaznego Banku. I dopływają wreszcie do domu Czerni i Bieli – kolosalnej bryły, która bardziej przypomina więzienie, niż cokolwiek innego, ale nie powiem, jest tajemniczy i świetnie pasuje na siedzibę tajemniczego bractwa zabójców. Z drugiej strony aż krzyczy – hej, tu jesteśmy!

I będąc u samego końca podróży Arya zostaje poddana próbie – tak tylko mogę interpretować zachowanie starca, który odsyła ją z kwitkiem. Tylko nie rozumiem, na czym polega ta próba, bo chyba nie chodzi o jej determinację – dziewczyna przebyła Wąskie Morze, by się tu dostać, potem siedzi na tych schodach wuj wie ile czasu… W końcu wkurzona odchodzi (ale nie bójcie się, jeszcze powróci).

Tymczasem w Westeros przybywamy do jednej jedynej karczmy na całym kontynencie (serio, to ta sama miejscówka, co w pierwszym sezonie i później) wraz z Brienne i Podrickiem. I zupełnie przypadkiem okazuje się, że w tym miejscu również zatrzymał się Baelish i Sansa (cóż nie jest to przypadek, jeżeli to rzeczywiście jedyna karczma na kontynencie). Zostawmy na razie Poda i panią rycerz, a zajmijmy się Littlefingerem i jego podopieczną. Należy zwrócić uwagę na to, że starsza Starkówna zrobiła się mocno podejrzliwa i dość spostrzegawcza (i Petyr może się obawiać, że zaraz zacznie dostrzegać jego kolejne machinacje). Dowiadujemy się, że Baelish składał tajemniczemu komuś ofertę ślubu i została ona przyjęta. Rozmowa urywa się w tym miejscu, by przerzucić nas do Poda i Brienne.

Była gwardzistka Renly’ego, kiedy tylko dowiaduje się, że są w jednej karczmie z Sansą Stark, którą powinna ochraniać, postanawia działać. Bezmyślnie, bo z tego, co robi nie wynika żaden plan. Podejdę, zagadam, postaram się przekonać dziewuchę, a jak nie to obiję kilku ludzi z jej obstawy, może wtedy posłucha. No i realizuje to, co sobie postanawia w najgorszym możliwym i bardzo patetycznym stylu. Mój boru, jak twórcy muszą pogardzać tą postacią, by wkładać w jej usta tak durnowate kwestie i czynić ją tak bezmyślną. W ogóle cała ta scena strasznie gwałci charaktery bohaterów, bo również Baelish nie zachowuje się jak on – jest bardziej agresywny, bardziej bezpośredni, mniej dba o pozory… Sodówka uderzyła mu do głowy? A tak na marginesie to nie wiem, czemu Sansa odrzuca propozycję Brienne – zawsze to kolejna tarcza do ochrony, a przynajmniej nie będzie jej musiała płacić, bo lady z Tarth robi to wiedziona poczuciem obowiązku i danego słowa.

No i zaczyna się najgorszy pościg w historii kina i telewizji. Serio, sceny które następują nie mają sensu a co najważniejsze są tak beznadziejnie poprowadzone, że zgubiłam się, kto kogo ściga i kto gdzie jedzie. A dalsze robienie z Podricka niezdary i totalnego tłumoka… Och to mnie strasznie boli, zwłaszcza, że w serialu nie ma sensu. W książce ma zaledwie dwanaście lat, jest nieśmiały i w ogóle taki strasznie ciapowaty, tutaj jednak była to postać zupełnie inna, ale odkąd został towarzyszem Brienne zaczyna się zmienianie mu charakteru na bardziej książkowy.

Niemniej jednak pod koniec tego beznadziejnego pościgu Podrick wypowiada jedno piękne i niezwykle mądre zdanie: może skoro cię nie chcą, to nie pchaj się babo na siłę? Ale oczywiście Brienne wie swoje i w ogóle, co ty tam gówniarzu wiesz o honorze rycerskim i innych sprawach?

Tymczasem w Królewskiej Przystani natrafiamy na scenę Cersei i Jaimego. I mamy tu oczywiście po raz kolejny przeinaczony wątek z książki. Pamiętacie, że Myrcella jest w Dorne i ma poślubić syna Dorana Martella? A więc teraz uważajcie: podobno Królowa-Matka otrzymała pochodzącą przesyłkę od rodziny biednego Oberyna z naszyjnikiem należącym do dziewczynki, co ma być groźbą, że zostanie zabita. Wisiorków z głową lwa są tylko dwa (a pamięta ktoś o tym, że Sansa nosiła identyczny?), a teraz dostarczono ten należący do Myrcelli w zębach posążku żmii. Nikt już nie pamięta chyba, że Oberyn w zeszłym sezonie deklarował, że ludzie w Dorne są bardziej cywilizowani i nie zabijają małych dziewczynek. Albo Cersei po prostu chce wywołać kolejną wojnę (na którą ich nie stać). Dowiadujemy się także o nagłym wybuchu rodzicielskich uczuć Jaimego, deklarującego wielką troskę o córkę.

Potem, zupełnie bez zapowiedzi zjawiamy się przy Bronnie i wybrance jego serca. Ja nie wiem, jak on może ją ścierpieć, jest taka głupiutka… I zastanawiałam się po co ten cholerny filler, ale nie, nagle pojawia się Jaime i oczywiście zapobiega ślubowi. A raczej zapowiada, że zaślubin nie będzie, Bronn jedzie z nim do Dorne i w ogóle to nie masz wyboru. To jest takie głupie – duet Bronn i Jaime przeciwko wszystkim Martellom w wyprawie po najpilniej strzeżoną dziewczynkę na całym południu? To nie może się udać, a jeśli się uda, to w ogóle wyśmieję Targaryenów, że mieli taki problem, by podbić Dornijczyków.

Na moment zjawiamy się na południu, w Słonecznej Włóczni (w serialu po prostu określanej jako Dorne – czemu to ja nie wiem) i widzimy Ellarię Sand przyglądającą się z nienawiścią Myrcelli. I już teraz możemy się domyśleć, co twórcy planują. Zrobią z biednej konkubiny Oberyna mściwą zdzirę, która chce zabić dziewczynkę, tylko za samo jej nazwisko. A więc nici z bardzo ciekawego książkowego wątku włączenia się Martellów do walki o Żelazny Tron (zgłaszając prawo do dziedziczenia Myrcelli przed Tomnenem), nici z książkowej drogi jaką się to wszystko potoczyło. Ale wracając do mściwej Ellarii – w poprzednim sezonie była całkiem miłą i niekoniecznie chcącą się angażować w działania na pierwszym planie. Tutaj – idzie do Dorana, żeby zrobić mu awanturę, o to dlaczego jeszcze nie poleciał mścić Oberyna (poległego w pojedynku sądowym, w którym wziął na własne życzenie udział). Mamy tutaj szantaż – zobaczysz, ja mam poparcie Sand Snake’ów i wykonuję wolę ludu, a ty sobie tutaj siedzisz… Zaś sama Ellaria bardzo mocno zbliża się do poziomu Cersei, poziomu kobiety, która jest tak bezsilna i tak sfrustrowana, że jedyne, co jest w stanie zrobić, to zabijać niewinne dziewczątka.

W Meereen po ulicach spacerują sobie Nieskalani, a Daario tłumaczy Szaremu Robakowi, dlaczego cały ten trud jest na nic – bo za bardzo rzucają się w oczy i za łatwo jest się przed nimi schować. Mamy w tych scenach polowania na Synów Harpii mnóstwo podniosłych tekstów o odwadze, strachu… Sama akcja mogła się świetnie rozwinąć, oczywiście gdyby nie te beznadziejne linie dialogowe. Kto to pisał? Serio, Daario, dawno nie słyszałam, żebyś pierdzielił jak potłuczony.

Potem mamy scenę narady u Daenerys – nieco nudną scenę, po której niby moglibyśmy się spodziewać, że nasza młodziutka pretendentka do Żelaznego Tronu nauczy się rządzić. Ale w Meereen panuje taki burdel, że jedynie mając smoki mogłaby to naprawić – wyżynając wszystko dookoła. Mamy tutaj również krótką lekcję historii, ale jest to również historyjka z morałem – nie czuj się dziewczyno zbyt pewnie na swoim stołku, bo skończysz jak twój ojciec.

Varys i Tyrion podróżują z Pentos do Volantis i niestety jest to najsłabsza scena z udziałem tych dwóch we wszystkich sezonach. Najmniejszy z Lannisterów staje się tutaj tak nieznośny, że mam ochotę sama dostarczyć jego głowę Cersei. A skoro mowa już o głowach, to oczywiście przenosimy się na moment do Królewskiej Przystani i pracowni Qyburna. Tylko po to się tam przenosimy, by dowiedzieć się, że jest tam ciało Góry, a sam ex-maester zastąpi w Małej Radzie Varysa. A no właśnie, scena z Małą Radą jest idiotyczna (zwłaszcza ten biedny Mace Tyrell). Cersei zachowuje się jak Namiestnik, przemawiając w imieniu Tomnena i rozdając w jego imieniu stanowiska. Z całości zaszczytów wyłamuje się Kevan Lannisterl, nie przyjmując wyznaczonej mu roli i wnosząc, by król sam mówił własnymi ustami.

W Castle Black mała Baratheonówna uczy Goździk czytania. Mamy również krótką rozmowę na temat szarej łuszczycy, ale to tylko taki wypełniacz przed główną sceną. Ale zanim do niej dojdziemy, zobaczymy pokaz tego, jakim podłym babskiem jest żona Stannisa; oczywiście wysłuchamy również rozmowy Jona z Baratheonem, który chce namówić Snowa do porzucenia Nocnej Straży, kusząc go uznaniem go za prawego potomka.

Jon jest jednak mądrzejszy niż nam mogło się wydawać, jednakże przejdźmy już do sedna sprawy, czyli wyboru nowego Lorda Dowódcę. Początkowo jest tylko dwóch kandydatów (Alliser Thorne, którego pod niebiosa zachwala jego klakier – Janos Slynt, oraz bliżej nam nieznany Denys Mallister), jednak w ostatniej chwili Sam zgłasza kandydaturę Jona, w bardzo sprytny sposób przekierowując sympatię części członków Straży na stronę Snowa. Głosowanie kończy się remisem, więc decydujący głos ma Maester Eamon – i oddaje go na bękarta z Winterfell. Przemówienie Sama jest chyba najfajniejszą sceną w tym odcinku, ma w sobie odpowiednią dawkę mocy.

W cieplejszym klimacie tymczasem Arya błąka się po ulicach Braavos. I omal nie ginie z ręki ulicznych obwiesiów, gdyby nagle w okolicy nie pojawił się mistrz Jedi, a nie sorki, to nie ta bajka. Pojawia się ten sam gość, który odprawił ja sprzed drzwi do Domu Czerni i Bieli. Starkówna postanawia za nim pójść (a nóż tym razem ja wpuści). Okazuje się jednak, że to wcale nie żaden obcy, a Jaqen H’ghar. Cieszy mnie powrót tego bohatera, ale kurczę, to takie przewidywalne – Arya odnajduje człowieka, którego szukała, fanfary, zostaje zaproszona do wnętrza Domu Czarni i Bieli i fanfary, pewnie zacznie się szkolić na badassowatą zabójczynię. Oczywiście nikt o twarzy Jaqena mówi samymi zagadkami, nie ułatwiając dziewczynie zrozumienia.

Tymczasem w Meereen przedstawiciel byłych niewolników w radzie Daenerys postanawia samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość Synowi Harpii. Co jest moim zdaniem niezwykle głupie z jego strony, bo nie tylko siebie w kiepskiej sytuacji, ale również uwielbianą Mhysę. Oczywiście ma być to czyn wynikający z głębokiego oddania i poświęcenia – koleś nie potrafi zrozumieć, że nie można ot tak mordować kogo popadnie. Danny stawia sprawa jasno – prawo jest od tego, by go przestrzegać, a nie łamać. Przy okazji możemy posłuchać sobie valyriańskiego, co jest jedynym walorem tej sceny.

Co głupie, Daenerys postawia wytoczyć temu człowiekowi publiczny proces, przez co robi sobie wrogów również wśród wyzwoleńców. Serio, nie rozumiem, co chciała tym osiągnąć – przypodobać się panom? Pokazać, że jest twarda, bo za plecami garstkę Dorthraków, Nieskalanych i Drugich Synów? Cała jej siła leżała w smokach, nie w ludziach, a teraz smoków nie ma, nie może zatem zaprezentować siły i bezwzględności. Danny coraz bardziej gubi się w swoich decyzjach i coraz bliżej jej do upadku. W przypadku tego procesu też popełnia błąd – ten koleś powinien zostać ukarany, ale nie przed oczami błagającego o jego łaskę tłumu. Wygnanie, owszem. Śmierć gdzieś w lochu, o której nikt nie będzie wiedział – owszem. Ale nie pokazowy proces, bo tym samym nie zyska sympatii byłych panów, a  straci w oczach wyzwoleńców.

Na koniec wraca smok marnotrawny, czyli Drogon, ale tylko na moment. Chyba tylko po to, żeby być pokazanym.

No dobra – jak podsumować ten odcinek? Znowu właściwie jest o niczym – trwa całkowite wypaczanie wątków książkowych (boję się, że cały dornijski wątek pójdzie do piachu, a Sand Snakes okażą się kimś zupełnie innym), charakter postaci szalenie się zmienia i idzie w złym kierunku, zaś jedyną nadzieją pozostaje wątek Jona, który może uratować sezon.

Sharing is caring!

5 thoughts on “Powitajcie Cersei 2.0, czyli dlaczego wątki dornijskie już teraz ssą – Gra o Tron S05E02 “House of Black and White”

  • 24 kwietnia 2015 at 07:42
    Permalink

    To jest dziwne, ale mi nie udało się przejść przez 1 odcinek 1 sezonu GoT. Miałam chyba z trzy podejścia i nic. Owszem, czytając Twój wpis (lub innych recenzentów) naprawdę wydaje mi się to interesujące. A potem czar pryska i nie mogę przebrnąć przez pierwsze 5 minut. Chyba pozostanę wierne książce.

    Reply
    • 28 kwietnia 2015 at 00:23
      Permalink

      Ha, ja pisemnie narzekam od poprzedniego sezonu, a tak w ogóle to narzekam od drugiego sezonu 😀

      Reply
  • 8 maja 2015 at 21:33
    Permalink

    Gdybym miała bloga też bym marudziła na GoT. ;d Ale to nie zmienia faktu, że i mi się strasznie podoba. Ale wytykanie jest łatwiejsze niż chwalenie.
    “Ech, robię się czepialska, ale kierunek, w którym teraz zmierza Arya jest niewłaściwy. No dobra, ale wróćmy do tematu: kapitan wiezie Starkównę osobiście przez całe Braavos do siedziby Ludzi bez Twarzy. To miło z jego strony, że dba o swoją pasażerkę, ale serio, nie ma statku do przypilnowania, ładunku do nadzorowania, forsy do wzięcia? Rzucił to wszystko i poleciał, bo dziewczyna mu dała monetę i szepnęła jedno zdanie… ”
    Nie tyle niewłaściwy, co od czapy, totalnie oderwany od głównego wątku, bardziej nawet niż to, co się dzieje u Dany. Znaczy, samo w sobie to co się u niej dzieje jest dosyć ciekawe, bo mamy okazję poznać nową filozofię i nieco historii Valyrii, bo właśnie stamtąd pochodzą Ludzie Bez Twarzy. Ale to się tak nijak nie ma do reszty, ech… Ogólnie w serialu na pewno zostanie to spłycone, ale w książce to wygląda tak, że jeśli Arya zostanie przyjęta do bractwa, to będzie musiała porzucić plany zemszczenia się, więc no, ona sobie, Westeros sobie, a w serialu na pewno nie zrobią czegoś takiego, tylko starkówna na pewno będzie musiała tam wrócić. No nic, ogólnie jej znany z książek wątek niedługo się skończy i scenarzyści będą dalej sami ją pisać.
    A może Brienne i Baelish są coraz bardziej ooc, bo już nie mają nic wspólnego z książką i scenarzyści po prostu sobie nie radzą aż tak dobrze ze swoim fickiem? 8D Ogólnie Brienne wkurzyła się i zaczęła obijać ludzi dopiero kiedy Sansa odrzuciła jej propozycję, rzeczywiście nieco to… porywcze jak na nią, ale potem była przynajmniej na tyle przytomna, żeby pojechać za Littlefingerem. Serio, Ty się śmiejesz z honoru, a biorąc pod uwagę tego, czego się dowiedzieliśmy o planach Littlebitcha, Brienne podjęła świetną decyzję. Pewnie i tak nic jej z tego nie wyjdzie, no ale przynajmniej robi coś w dobrym kierunku.
    “Nikt już nie pamięta chyba, że Oberyn w zeszłym sezonie deklarował, że ludzie w Dorne są bardziej cywilizowani i nie zabijają małych dziewczynek.”
    Ewentualnie kochanica Oberyna sama z siebie to wysłała, biorąc pod uwagę jak bardzo jest teraz cięta na Lannisterów, a książę Dorne nie. Chociaż no nie wiem, sugerujesz, że Cersei sama sobie tę żmijkę zorganizowała, żeby wywołać w Jaimem poczucie winy czy coś? W sumie nie zdziwiłabym się.
    “Potem, zupełnie bez zapowiedzi zjawiamy się przy Bronnie i wybrance jego serca. Ja nie wiem, jak on może ją ścierpieć, jest taka głupiutka… ”
    Pragmatyczny facet. Dostał tytuł, pannę z dobrego rodu, zamek i pewnie całkiem pokaźny majątek, co to dla niego wysłuchiwać takiej paplaniny. Poza tym może ten cynik uważa jej płytkość i naiwność za uroczą? (; Ogólnie wewnętrznie pisnęłam z zachwytu, kiedy okazało się, że Jaime zabiera Bronna na Wielką Tajną Misję, mają wspaniałą dynamikę między sobą.
    “A więc nici z bardzo ciekawego książkowego wątku włączenia się Martellów do walki o Żelazny Tron (zgłaszając prawo do dziedziczenia Myrcelli przed Tomnenem), nici z książkowej drogi jaką się to wszystko potoczyło.”
    Cóż, usunięto wątek Młodego Gryfa, więc logicznie pozbyto się i planów Dorana, bo Myrcella była w sumie planem B, a i tak przecież cały nie było wiadomo czy by to wypaliło, bo dziewczę ma prawo do dziedziczenia tylko według praw Dorne.
    “Okazuje się jednak, że to wcale nie żaden obcy, a Jaqen H’ghar. Cieszy mnie powrót tego bohatera, ale kurczę, to takie przewidywalne ”
    A mnie się podobał ten staruszek, czemu nie mogli go zostawić? ): Dobra, wiem czemu, no ale. Poza tym to nie musi być Jaqen, tylko twarz którą się posługiwał w Westeros, a staruszek po prostu skojarzył imię, którym wtedy zabójca się posługiwał. Dobra, i tak wiem że to nieprawda i to jest on, ech.
    No i Dany, ech biedna Dany. Postąpiła głupio, ale jestem w stanie zrozumieć jej decyzję. Cóż, mogła biedaka ułaskawić, ale pewnie wtedy wyszłoby na to, że byli niewolnicy mogą sobie byłych panów mordować ile wlezie. I tak, chciała pokazać, że jest twarda, że teraz ona tutaj rządzi, a wobec jej prawa wszyscy są równi. Nie próbuje przypodobać się ani panom, bo w końcu stracili niemal wszystko i Dany nie zamierza im w niczym pomagać, ale z drugiej strony nie ma zamiaru pobłażać Wyzwoleńcom i robić z niej jakiejś uprzywilejowanej grupy. No ale wytłumacz im to, czym jest sprawiedliwość i równość. Smocza Matka się stara, ale grunt ma tak bardzo niepodatny, że to aż niemożliwe.

    Reply
    • 8 maja 2015 at 22:13
      Permalink

      Arya i Ludzie bez Twarzy są zupełnie od czapy na razie, ale może potem Dany sypnie goldem, wypowie imiona i Arya dokona swojej zemsty? Tak mi się to widzi.
      W ogóle z GoT to się takie opko zrobiło, że w sumie nie żałuję, że nie czytałam wszystkich książek, bo bym narzekała jeszcze bardziej.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *