Omijajcie szerokim łukiem DC’s Legends of Tomorrow

Jeżeli zastanawialiście się, czy warto zaczynać przygodę z DC’s Legends of Tomorrow, powiem krótko – darujcie sobie. To mogła być, w teorii, odpowiedź DC na Marvelowych Agents of SHIELD. Mogła, ale nie jest. I stwierdzam to po pierwszym odcinku tego serialu.

Powiedzmy sobie szczerze – trailer serialu nawet mnie zaciekawił i pomyślałam, że może w końcu jakaś produkcja od DC (poza pełnometrażowymi filmami animowanymi, bo te są świetne) będzie w stanie mnie do siebie przekonać. Nie przeszkadzało mi nawet to, że ekipa, której losy miałam śledzić składa się z pomniejszych bohaterów. W sumie przecież Agents of SHIELD skupiało się na absolutnych noname’ach, wykreowanych specjalnie na potrzeby serialu.

Oglądając zapowiedź byłam właściwie przygotowana na to, co mnie czeka w serialu – fabułę szytą dość grubymi nićmi (supervillain niszczy świat w przyszłości, więc ktoś stamtąd chcąc go powstrzymać formuje zespół w przeszłości i zamierza go powstrzymać zanim dojdzie do władzy). Jednak to co prezentuje trailer, a co dostajemy w serialu to kompletnie dwie różne rzeczy.

Zacznijmy może od tego, że Legends of Tomorrow próbują być… Doctorem Who. Główny bohater, Rip Hunter, jest, UWAGA UWAGA, byłym WŁADCĄ CZASU. Tak dobrze czytacie. Władcą czasu (a wygląda trochę jak połączenie Doctora 9 i 10 z Malem Reynoldsem z Firefly). I w sumie nie zainteresowałby się siejącym śmierć i zniszczenie Vandalem Savagem, gdyby nie to, że zabił jego żonę i dziecko (których nota bene nie powinien posiadać, gdyby trzymał się zasad). Ze względu na osobiste pobudki Rip wskakuje w swój Tardis, przepraszam, w swojego Waveraidera i leci w przeszłość, by anihilować Vandala, zanim ten dojdzie do władzy. Wie jednak, że nie jest w stanie sam tego dokonać, więc zbiera… bandę najmniej znaczących bohaterów (i nie tylko) i zabiera ich w podróż przez czas i przestrzeń w poszukiwaniu swojego nemesisa.

Serio, twórcy założyli sobie, że gromada sidekicków, bohaterów trzeciej czy czwartej kategorii oraz dwóch pomniejszych villainów (takich raczej klasy Z albo jeszcze niższej) będzie w stanie pokonać jakiegoś super-hiper złola o zdolności regeneracji z chociażby jednej komórki? Cóż, może bym chciała to oglądać dalej, gdyby nie to, że dostali po tyłkach od jakiegoś łowcy nagród z przyszłości. Nie wierzę, że pokonanie głównego złego nie będzie wynikiem jedynie jego potknięcia się. Albo nasi bohaterowie nagle odkryją w sobie jakieś dodatkowe moce.

Ok, może trochę przesadzam nie wierząc w nich, ale oni są kompletnie nikim. Nie mają totalnie siły przebicia, zaś sam Rip przyznał, że wybrał ich ze względu na marginalne znaczenie dla timeline’u. I jeśli już od samego początku bohaterowie ponoszą porażki to mnie to irytuje i… cóż, po prostu zniechęca do dalszego oglądania serialu.

Ale wiecie co mnie jeszcze bardziej zniechęca? Totalny brak pomysłu twórców, jak przedstawić bohaterów. Ja wiem, że część z nich się pojawiła już w innych seriach w Arrowverse, ale są osoby, które nie obserwują ani Flasha, ani Arrowa zbyt uważnie, a chcieliby sprawdzić ten serial. Jednakże twórcy olewają kompletnie nowych widzów, nie starają się też jakoś wprowadzić do historii WŁADCÓW CZASU, nie zaznajamiają oglądających z main villainem oraz światem przedstawionym. Po prostu wrzucają nas do gotowego świata z postaciami, które nie mają ani historii, ani osobowości i od razu tworzą z nich zespół. To trochę tak jakby zrobić filmowych Avengers bez całej fazy pierwszej przed nimi.

Co gorsza serwuje się nam to wszystko podlane typową dla DC mieszanką patosu, złych dialogów i kiepskiego aktorstwa. Mamy w pierwszym odcinku wszystko to, czego nie lubię w filmowym DC – patos lejący się hektolitrami (łzawa historyjka Ripa o tym, jak Vandal zabił jego rodzinę a on sam przeciwstawił się bierności Władców Czasu; jeszcze bardziej łzawe spotkanie Hawkgirl i Hawkmana z synem ich poprzednich wcieleń czy wielka decyzja wszystkich bohaterów, aby dalej wspierać gościa, który ich oszukał). Dodajcie do tego koszmarne dialogi i kiepskie aktorstwo (Miller, myślałam, że po latach nauczyłeś się grać!) to otrzymacie esencję tego serialu. I nie zmyje tego całkiem niezły żart z Boba Fettem.

Tego serialu nie da się oglądać. Moje oczy krwawiły, a mózg wrzał przez te czterdzieści kilka minut pierwszego odcinka. Jestem masochistką, ale nie aż taką. Podziękuję za ten serial, idę nadrabiać produkcje Marvela. Albo jedyną dobrą serię wyprodukowaną przy współudziale Warnera, DC i CW, czyli iZombie.

Sharing is caring!

3 thoughts on “Omijajcie szerokim łukiem DC’s Legends of Tomorrow

  • 20 lutego 2016 at 08:38
    Permalink

    Legendy jutra traktuję jako swoiste |”guilty pleasure”. W kolejnych odcinkach pomiędzy scenami patosu i nieciekawym aktorstwem znajdziesz kilkanaście zabawnych scen a nawet kilka które mogą zaskoczyć widza. Daj mu jeszcze jedną szansę.

    Reply
    • 20 lutego 2016 at 10:05
      Permalink

      Nie mam zamiaru męczyć się i powolić moim oczom krwawić, a mózgowi się gotować, tylko po to by zobaczyć “kilkanaście zabawnych scen” oraz “kilka które mogą zaskoczyć widza”. Nie kupili mnie, a w przypadku serialu oceniam to na podstawie jednego, może dwóch odcinków. Potem zwyczajnie po prostu decyduję się na porzucenie danej serii, żeby mieć czas oglądać inne rzeczy.

      Reply
  • 22 lutego 2016 at 11:41
    Permalink

    Jeśli tak bardzo “nie wchodzi”, nie ma sensu się męczyć, seriale powinny sprawiać widzowi przyjemność.
    Ten pierwszy odcinek był naprawdę ciężki, dalej jest coraz lepiej (Miller, o dziwo, potrafi grać. Nie wiem w sumie, czemu ta postać jest tak przeszarżowana w pierwszym odcinku.). Ale ja to oglądam jako radosną głupotkę, a oczekiwania wobec seriali DC mam baardzo niskie.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *