Och, kapitanie mój, kapitanie – “Głębia. Powrót” Marcina Podlewskiego

Głównym problemem z czytaniem serii książek na bieżąco jest to, że na kolejny tom trzeba czasem zaczekać. Oczywiście wydłuża to nam czas, który spędzimy w uniwersum, ale istnieje też szansa, że gdzieś zniknie cała magia, jaką czuliśmy w trakcie lektury. A czasem zdarzy się też, że po prostu zapomnimy o czym była poprzednia książka i zapomnimy, jak bardzo się nam podobała. Trochę tak było w przypadku drugiego tomu cyklu „Głębia” Marcina Podlewskiego, na który zmuszona byłam czekać rok.

„Czarna Wstążka” kapitana Myrtona Grunwalda uciekła siłom Zjednoczenia, Stripsom i Kontroli Galaktycznej, jednak nie wszystko poszło tak jak trzeba – skokowiec w trakcie potyczki w Testerze został uszkodzony. Później zaś, w trakcie skoku głębinowego doszło do kolejnego niespodziewanego wydarzenia, w wyniku którego dowodzący „Wstążką” oficer został ranny. I kiedy wszyscy myśleliby, że nie mogłoby być gorzej, okazuje się, że w związku z uszkodzeniami napędu głębinowego statek wyszedł z Głębi w zupełnie innym miejscu, niż planowano – w dziurze z daleka od głównych tras komunikacyjnych i boi lokacyjnych. Tymczasem w innej części Wypalonej Kirke Bloom wraz z księciem Natriumem Gatlarkiem doświadczają Powrotu Tych, Którzy Odeszli. Co jeszcze, poza odnalezieniem Maszyny i Powrotem ras kseno może wstrząsnąć Galaktyką? Tego dowiecie się z lektury powieści.

Tak jak wspominałam we wstępie – po roku oczekiwania na kontynuację historii z Wypalonej Galaktyki ciężko było mi na początku lektury „Głębi. Powrotu” poczuć magię tego uniwersum, która tak bardzo wprawiała mnie w zachwyt przy „Skokowcu”. Początkowe rozdziały nie są zbyt zachwycające, bo Podlewski wprowadza w nich nowych bohaterów (członków Rady Błękitu), co może skonfundować czytelnika oczekującego na spotkanie ze znanymi sobie postaciami. Poza tym autor postanowił drugi tom zacząć od wątków politycznych, które mogą nieco przytłoczyć i powiem szczerze, lekko znudzić. Później jednak cała fabuła nabiera tempa, spotykamy starych znajomych, nieco szerzej poznajemy kilkoro nowych, a niektóre osobistości, które w pierwszym tomie występowały tylko li jedynie jako specyfikacja w końcu zostaną nam przedstawieni… z bliska. Jednocześnie wydarzenia w Wypalonej Galaktyce nabierają tempa, a cała nasza wiedza o niej zostanie wywrócona do góry nogami.

To dość ciekawy zabieg – strzępki wiedzy o historii Galaktyki, które poznajemy w pewnym momencie wydają się zaczynać być sprzeczne. Nie ma w tym błędu Podlewskiego, bo wszystko to, czego dowiadujemy się o Pladze, Wojnie Kseno i Wojnie Maszynowej za pośrednictwem bohaterów to tylko ułamek wiedzy. Nic więc dziwnego, że jest to wiedza niekompletna, czy nawet ze sobą sprzeczna, trudna do uszeregowania. Autor jednak idzie o krok dalej – i nie tylko zarzuca nas niemalże wykluczającymi się informacjami, ale robi coś jeszcze… Nie chcąc spoilować, powiem tylko, że moja szczęka znalazła się na podłodze – ze zdziwienia wymieszanego z zachwytem.

Mniej zachwycająco wypadli tym razem bohaterowie – załoga Wstążki zdecydowanie traci na długiej nieobecności Myrtona Grunwalda. Brakuje wśród nich silnej osobowości kapitana, a pierwsze skrzypce zmuszona jest grać mocno nijaka w tym tomie Erin Hakl do kompletu z przygaszoną Pinsleep, nudnym Jaredem oraz totalnie nieswoim Tanskym. Nie lepiej przedstawia się również Kirke Bloom, która straciła wiele ze swojego rezonu, którym wykazywała się w poprzednim tomie. Ciekawie za to wypadły postacie dalszoplanowe – do najciekawszych mogę zaliczyć prezbitera Virxa, który jest spanikowanym, starym człowiekiem, który lubi swoje wygodne życie i nie chce zmian, co przyznaje całkiem szczerze i otwarcie. Nieźle wypadła też Rada Błękitu jako bohater zbiorowy – jednak gdyby przyjrzeć się im pojedynczo to można by stwierdzić, że to jedynie koncepty postaci.

Mam wrażenie, że „Głębia. Powrót” to książka nierówna – o wielkim potencjale, bardzo dobrze napisana, ale z drugiej strony momentami nużąca. Akcja raz wlecze się koszmarnie, by potem wyrwać do przodu, ale potem znów wraca do ślimaczenia się. To właśnie nierówne tempo i bohaterowie nieco bez wyrazu (zwłaszcza ci powracający, którzy stracili wiele w porównaniu z poprzednim tomem) są największymi wadami tej powieści. Mimo to będę polecać „Głębię. Powrót”, ze względu na twisty fabularne oraz na jedno z największych zaskoczeń, jakich ostatnio doświadczyłam w literaturze. To kawał solidnej powieści, co prawda nie pozbawionej wad, ale nadal stojącej na niezwykle wysokim poziomie.

Za udostępnienie egzemplarza serdecznie dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

 

Sharing is caring!

2 thoughts on “Och, kapitanie mój, kapitanie – “Głębia. Powrót” Marcina Podlewskiego

  • 25 października 2016 at 23:59
    Permalink

    Tagi śledząc, odnalazłem recenzję części pierwszej. Książki Podlewskiego wędrują na obrzeżach mego zainteresowania – może pora sięgnąć po nie.

    Reply
    • 26 października 2016 at 00:08
      Permalink

      Pierwszy tom polecam z czystym sumieniem, bo dobry jest 🙂

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *