O tym, dlaczego nie chcę być już fangirl

Z tym tekstem nosiłam się od jakiegoś czasu. To nie będzie miły tekst. Być może kogoś nim urażę. Być może wyleje się na mnie fala hejtu. Ale to po prostu we mnie siedzi i domaga się wypuszczenia na zewnątrz.

Dzisiaj będzie o fangirlowaniu i dlaczego chyba przestanę myśleć o sobie jako o fangirl. Albo o tym dlaczego niektórym fangirls (fangirlom?) bliżej do psychofanek w stylu Annie Wilkies, które swojego idola przemocą chciałyby zmusić do postępowania wedle ich myśli.

Zacznijmy może jednak od tego, czym fangirl różni się od zwykłej fanki. Problemem jest bardzo płynna granica, pomiędzy fanką a fangirl – czy kiedy kupujesz wszystkie płyty swojego idola/oglądasz wszystkie filmy z ulubionym aktorem to jest już fangirlowanie, czy jeszcze bycie fanką. A może bycie fangirl określa się w tym, że śledzimy wszystkie informacje na temat swojego idola, wydawanie ostatnich pieniędzy na bilet na koncert/do kina/teatru, byle zobaczyć JĄ lub JEGO na żywo? A może to za mało? Może żeby poczuć się fangirl trzeba mieć tematycznego bloga/tumblra/fanpejdża na facebooku (w takim wypadku nie jestem fangirlą w żadnym stopniu)? A może to kwestia pisania fanfiction, w którym głównym bohaterem jest twój idol? A może coś jeszcze innego?

Nie wiem jak zdefiniować fangirl, ale muszę się wam do jednego przyznać: czułam się fangirl. Może to wystarczy do bycia trufangirlą, a może według niektórych followanie mediów społecznościowych ulubionego aktora + obejrzenie sporej ilości filmów z jego udziałem + sporadyczne, bo sporadyczne wrzucanie na walla jakiegoś smakowitego zdjęcia z NIM w roli głównej, wciąż nie wystarcza. Ale… ja nie o tym chciałam pisać. Chciałam pisać o tym, że fangirlowanie zawsze kojarzyło mi się z takim świadomym fanowaniem, ze wspieraniem idola i czymś pozytywnym. Dzieleniem się miłością do swojego ulubionego aktora i wspólnym zachwycaniem się jego kolejnymi rolami. Albo jego urodą.

keep calm
Taaaa… ostatnio wśród polskich Hiddlestonerek obserwuję: opcję, gdzie zamiast “proud” jest raczej “jealous” albo “angry”, “mad”, “obssessed”. Czyli nic dobrego z tego nie wynika.

Jak jednak się okazało fangirlowanie jest czymś o wiele mroczniejszym, czymś o wiele mniej radosnym i bliższym Annie Wilkies z kingowskiego „Misery”. A przynajmniej takie wrażenie mam po tygodniu spędzonym w grupie Hiddlestonerek (dla tych, którzy nie wiedzą: fanek/fanów Toma Hiddlestona).

Wszystko zaczęło się od tego, że Tom zaczął się spotykać z Taylor Swift. Okej, dwójka dorosłych ludzi poznała się na Met Gali, potem poszła na randkę na plaży. Masa dorosłych ludzi szaleje, fanki Toma wylewają pomyje na głowę biednej Taylor (nie fanuję jej, ale generalnie jakoś nic do niej nie mam, ba jej związek z Tomem jest mi zupełnie obojętny). Zdołałam jakoś to przełknąć, bo i w sumie w swoim życiu miałam etap, w którym pewnie byłabym w tłumie dziewczyn hejtujących Taylor. Byłam wtedy w gimnazjum i byłam zakochana do szaleństwa w Orlando Bloomie. Wyrosłam i z miłości do Orlando, i z marzeń o tym, by stać się wybranką sławnego, i z wylewania kubłów pomyj na sercowe wybranki moich ulubionych aktorów.

Myślałam, że szaleństwo się uspokoi. Że dziewczyny przeżyją pierwszy szok, a potem pogodzą się z faktem dokonanym. Ale nie. Zwłaszcza kiedy Daily Mail (poprawcie mnie, jeśli pomyliłam go z The Sun, ale oba reprezentują ten sam poziom) rzucił artykułem, z którego wynikało, że producenci filmów o 007 zakończyli rozmowy z Tomem, sugerując jednocześnie, że to może zbytnie obnoszenie się z romansem z Taylor było przyczyną zakończenia (zwróćcie uwagę, mówi się o zakończeniu w łagodny sposób, a nie „zerwaniu”) rozmów. I co? Wybuchła burza. Tym razem gromy nie spadły na głowę panny Swift, a Toma!

Tak, dobrze czytacie! Fanki obrzuciły błotem swojego idola. Że głupi, że nie dba o swoją karierę i w ogóle co on robi ze swoim życiem (układa je tak jak chce?). Próby dotarcia do rozsądku, przekazania im, że kariera Toma należy do Toma głównie, a nie do jego fanek czy fangirls (fangirlów?), a to z kim się wiąże nie powinno ich obchodzić. Poza tym padło sporo fajnych, merytorycznych argumentów, dlaczego nie warto wierzyć w rozsiewane przez Daily Mail plotki, jakoby przyczyną zakończenia rozmów było publiczne okazywanie atencji wobec Taylor Swift. Fangirls (fangirle) Toma jednak argumenty odrzuciły, a dyskusja, z braku chętnych do dyskutowania umarła.

trochę prawdy o hiddlestonowaniu
Trochę prawdy w tym jest… Gorzkiej prawdy, jak sądzę

I już łudziłam się, że będzie spokój i w ogóle, a dziewczyny skupią się na kontemplowaniu kolejnych zdjęć Toma. Albo będą śledziły informacje z planu zdjęciowego Thor: Ragnarok. Owszem śledziły, po to by szydzić ze swojego idola. „Hej, Tom poszedł sam pobiegać po plaży w Australii? Taylor go puściła?”, „O pozwoliła pójść mu na samotny spacer, żeby mógł spotkać się z fanami?” były najczęstszymi reakcjami na dwie krótkie informacje o pojawieniu się Hiddlestona w Australii, na planie zdjęciowym Ragnaroku.

W tamtym momencie powiedziałam STOP. Ja wysiadam. Opuściłam grupę, bo grupa fanek Hiddlestona, stała się grupą dziewczyn, które wylewają pomyje na swojego ulubionego (chyba) aktora. Byłam przerażona, tym jak szybko fanki, czyli osoby „podziwiające” swojego idola, przerodziły się w grupę harpii, która za moment będzie niszczyć wizerunki Toma publicznie, palić na stosach płyty z jego filmami itp. Bo nie układa sobie życia według ich myśli. Bo miał czelność spotykać się z Taylor Swift (do której co niektórzy czują jakiś wewnętrzny wstręt). Bo to nie one są na jej miejscu i Tom nie nosi koszulki z napisem „I <3 [tu wstaw imię/ksywkę fanki]”

I naszła mnie refleksja na temat tego wszystkiego. Że od fangirl bardzo blisko do psychofanki. Jakże łatwo przyszło tym dziewczynom pomstować na takie czy inne zachowanie Toma. Jakże łatwo im mówić, jak ma wyglądać życie ich idola! Jak łatwo decydować o tym, co jest dla niego dobre, a co złe! Czy nie byłoby im równie łatwo, mając okazję, zachować się jak Annie Wilkies? No dobra, trochę byłoby im ciężko, bo Tom nie jest pisarzem, więc nie zmusiłyby go do napisania powieści na nowo, ale czyż nie byłoby im łatwo ulec pokusie uwięzienia go? Czy nie kusiłoby ich zamknąć go w piwnicy i mieć tylko dla siebie? Wiem, to trochę creepy co piszę, ale zobaczcie jak blisko od fangirlowania do psychofanowania.

I jeżeli fangirlowanie ma polegać na tym, że kocham swojego idola, kiedy robi tak jak ja chcę, ale kiedy zrobi coś co mi nie jest po myśli mam zacząć go obśmiewać i nienawidzić, albo atakować go z furią, to ja nie chcę być fangirl… Albo nie chcę, żeby tak zachowywały się fangirls.

Sharing is caring!

12 thoughts on “O tym, dlaczego nie chcę być już fangirl

  • 11 lipca 2016 at 12:57
    Permalink

    Nie nadaję się na fangirl, mam głęboko w poważaniu życie prywatne ulubionych aktorów/aktorek, pisarek/pisarzy. A fanfiki o prawdziwych osobach budzą we mnie głęboki dyskomfort psychiczny.
    Ja bym raczej twierdziła, że te dziewczyny przestały być fagirls a stały się psychofankami. Fangirlsizm kojarzy mi się z radosnym lubienie kogoś/czegoś i kreatywnym wykorzystywaniem tej pasji. Nie z hejtem bo aktor ośmielił się umówić z jakąś aktorką.
    PS. zupełnie sadystycznie, ciekawiłaby mnie ich reakcja gdyby Tom okazał się niehetero.

    Reply
    • 11 lipca 2016 at 13:16
      Permalink

      Wiesz, myślę, że bardziej zniosłyby niehetero Toma (już go podobno kiedyś łączono z jego agentem Lukiem Windsorem), niż Toma, który ma INNĄ! I śmie z nią robić sobie zdjęcia i ogólnie wyglądać na zakochanego, pantoflarz jeden!
      Generalnie też uważam, że one przekroczyły granicę bycia fangirl i wkroczyły na grząski grunt psychofaningu, ale same siebie określają fangirlami. I jeśli fangirling tak wygląda (według ich definicji, myśli or something) to ja nie chcę być fangirl. To znaczy ja i tak nie jestem typową fangirl, nie mam tumblra, nie obejrzałam wszystkich filmów Toma (I Saw the Light jakoś mnie nie jara; może kiedyś z ciekawości zobaczę) i ogólnie nie mdleję na samą myśl “och mogłabym go spotkać”.

      Reply
      • 11 lipca 2016 at 13:24
        Permalink

        A aseksualnego :p?
        Ale masz rację, inna kobieta u boku jest konkurencją i nie pozwala marzyć, że jak w koreańskiej dramie, spotkają się i pokochają od pierwszego wejrzenia. No, najdalej od trzeciego. I o ile w takich marzeniach nie ma nic złego, to już to już w agresywnym przekonaniu że wybranek powinien żyć jak mu nakazuje anonimowa fanka, jest dużo.
        Ale może ja się nie znam, bo jeśli fangirluję, to postaci, nie aktorów.

        Reply
        • 11 lipca 2016 at 13:36
          Permalink

          Aseksualny byłby najbliżej ideału, bo żadna ani żaden nie będzie go mieć, jeśli ja nie będę go miała (a nie będę, bo jestem tylko fanką). Takie coś dla psów ogrodnika (a niestety sporo fangirli się tak zachowuje). Ale najbardziej idealny byłby taki, który jest tylko jej, a więc w piwnicy.

          Reply
          • 12 lipca 2016 at 09:39
            Permalink

            Poważny problem z odczłowieczeniem idola mają one.
            To może zostańmy przy naszym skromnym fanowaniu, które oznacza radosne oglądanie Thora 2?

          • 12 lipca 2016 at 10:00
            Permalink

            Aniu jak najbardziej fanujmy skromnie, od czasu do czasu rzućmy sobie wsparciem estetycznym z jakiejś ładnej sesji, albo coś, pooglądajmy sobie radośnie filmy. To mi wystarczy 🙂

  • 11 lipca 2016 at 17:45
    Permalink

    Ha, jednak napisałaś tę notkę.:D
    Wiesz, ja tak sobie myślę, że w mieniu zdania, ze ulubiony aktor w jakiś tam sposób niszczy sobie karierę i samym fakcie wyrażania go nie ma nic zdrożnego. Bo fangirling fangirlingiem, ale różowej zaćmy na oczach mimo wszystko powodować nie powinien. Problemem jest to, jak się to zdanie wyraża. Bo jeśli obsesyjnie pod każdym niusem, to jednak coś jest nie tak I to zdecydowanie nie z aktorem.

    Reply
    • 11 lipca 2016 at 18:30
      Permalink

      Tak, napisałam, bo w sobotę po prostu czara goryczy została przelana, a ja kliknęłam guzik “opuść grupę”.
      Tu nie chodzi o to, że mają swoje zdanie – ok, mogą twierdzić, że publiczny romans mu nie służy czy coś takiego, ale od razu przechodzić do postawy: “mój borze co on robi ze swoim życiem?!!!!!!!!!11111oneoneoneoneone”? Jak dla mnie przesadna reakcja.
      Generalnie atmosfera ze słodkiej i puchatej stała się tak trująca i jadowita, że nie szło wytrzymać i nie oszaleć :/ Zastanawia mnie, czy wśród fanek Cumberbatcha też tak było, kiedy Ben ogłosił swoje zaręczyny…

      Reply
  • 11 lipca 2016 at 18:39
    Permalink

    Przygnębiające to w sumie. Wyobraź sobie do tego, że całkiem spora część tych fangirls to całkiem prawdopodobnie dorosłe, mężate i dzieciate kobiety. Nie angażuję się w tego typu sprawy, ale u mnie w domu są dwie miłośniczki seriali, które liznęły trochę fandomów i czasem zdają mi relacje. To co się w środowiskach “fanek” wyprawia często przekracza ludzkie pojęcie…

    Reply
    • 11 lipca 2016 at 18:46
      Permalink

      Ja sobie trochę sprawę zdawałam, że w co niektórych fandomach bywają naprawdę ostre jazdy, ale myślałam, że w końcu trafiłam do takiego, który jest puchaty i cukierkowy.

      Reply
  • 11 lipca 2016 at 22:04
    Permalink

    Możecie im polecić fanowanie Ralpha Fiennesa, całkiem dobrze się trzyma i żyje jak mnich. 😉

    Reply
  • Pingback:Karnawał Blogowy #32 - Bobrownia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *