Nos si vocare te – o pierwszym sezonie Chilling Adventures of Sabrina

Każdy kto dorastał w latach dziewięćdziesiątych kojarzy Sabrinę Spellman, nastoletnią czarownicę, wychowywaną przez dwie uroczo złośliwe ciotki oraz czarnego kota o dyktatorskich zapędach. Tamta do bólu słodka familijna komedia to przeszłość (podobnie jak komiks, którym była inspirowana), całkiem niedawno dostaliśmy serial mroczniejszy i poważniejszy – The Chilling Adventures of Sabrina.

Zanim przejdę do jakiegokolwiek omówienia, interpretacji czy rozkładania na czynniki pierwsze najświeższej produkcji Netflixa, chciałabym cofnąć się nieco w czasie. Nie do lat dziewięćdziesiątych i tamtego serialu. Nie, podróż w czasie będzie nieco krótsza, bo zaledwie do 2014 roku. Cztery lata temu bowiem powstał komiks, na nowo opowiadający historię Sabriny Spellman, półczarownicy, wychowywanej przez ciotki. Dlaczego o nim wspominam? Otóż ten komiks, zatytułowany The Chilling Adventures of Sabrina, jest kanwą dla powstania netflixowego serialu. I jako osoba, która (po pewnych wstępnych perturbacjach) komiks pochłonęła, nie mogłam, podczas oglądania serialu, nie odnosić się do oryginału. I przygotujcie się, w tej notce będę to również robić.

Wiem, że spotka się to zapewne ze swego rodzaju krytyką, bo telewizja i komiks to dwa różne media i ciężko jest przenieść pewne kwestie literalnie, dosłownie i w stosunku 1:1 wszystko z medium pierwotnego do adaptacji w innym medium. Takich porównań jednak się nie da uniknąć, a przynajmniej ja nie potrafię spojrzeć na serial w oderwaniu od papierowego oryginału. To tak słowem ostrzeżenia, żeby w komentarzach nie pojawiały się żadne zarzuty z tym związane. A i będą spoilery, więc wiecie.

Vola anima per aeterna*

Choć oba dzieła (komiks i serial) są autorstwa tej samej osoby i noszą ten sam tytuł, to diametralnie się od siebie różnią. Łączy je tytuł i podobny klimat, choć w przypadku tego drugiego, nie jest to oczywiste. Fabuła rozjeżdża się nam w różnych kierunkach już przy okazji pierwszego odcinka serialu, co oczywiście nie stanowi dużego problemu, bo nie jestem pewna, czy udałoby się opowiedzieć w telewizyjnej serii to, co pokazuje komiks. A właściwie nie stanowiłoby problemu, gdyby nie to, że produkcja Netflixa dryfuje niebezpiecznie w kierunku paranormalnej teen-dramy.

Komiks w całości skupia się na wiedźmim świecie i problemach Sabriny jako mieszańca, wplatając do tego nienachalny wątek miłosny, który nadaje jednak fabule ostatecznego kształtu i kierunku. Miłość Sabriny i Harveya w papierowym oryginale jest główną osią fabularną, a przywrócenie go do życia (po tym, jak zostaje zabity przez sabat, bo był świadkiem nieświętego chrztu Sabriny i w ogóle dowiedział się o świecie wiedźm) staje się kluczowym momentem, w którym całość komiksu nabiera rozpędu (niestety od dwóch lat nie wyszedł kolejny zeszyt i szanse z miesiąca na miesiąc maleją).

Tymczasem w serialu brakuje wyraźnego world-buildingu, za duży nacisk położony został na „normalne” szkolne życie Sabriny, a potem robi się z tego podwójne szkolne życie Sabriny (czyli zamiast kłopotów, koleżanek i rywalizacji w jednej szkole, mamy to rozbite na dwie szkoły). Wątków romansowych mamy aż nadto: Sabrina z Harveyem i prawdopodobny w drugim sezonie romans z Nicholasem; Ambrose i Luke, ciotka Zelda z ojcem Blackwoodem; ciotka Hilda z drem Cerberusem; a nawet dyrektor Hawthorne smalący cholewki do pani Wardwell – mam wrażenie, że gdyby wyciąć choć część z tych wątków byłoby więcej miejsca na porządną kreację świata. Byłoby więcej miejsca na magię, wątki sabatu czy Kościoła Nocy. A także na odcinki takie, jak ten z Batibat – skupiające się tylko i wyłącznie na bohaterach.

Autor swobodnie reinterpretuje swoje bazowe dzieło, wyrywając poszczególne wątki i motywy z komiksu i ich kontekstu, by wpleść do serialu. I nie byłoby w tym nic specjalnie złego, gdyby nie fakt, że na ekranie telewizora, bez swojego kontekstu mają jakby mniej sensu, a na pewno mocy. Weźmy na początek może fragment, który najbardziej mnie zawiódł – to jest nekromancję w wykonaniu Sabriny. Sama sytuacja wyciągnięta jest z komiksu (wręcz z kulminacyjnego momentu pierwszego arcu), różnią się szczegóły. Ta różnica (brat Harveya zamiast Harveya) totalnie zmienia wydźwięk całości – w oryginale Sabrina porywa się na tak szalony czyn z powodu swojej rozpaczy i poczucia winy wobec jego rodziców. Tymczasem serialowa bohaterka decyduje się na ożywienie brata swojego chłopaka tylko dlatego, by spełnić swoją egoistyczną pobudkę – by Harvey nie był już smutny i z nią normalnie rozmawiał, zupełnie ignorując prawa natury i etykę. Oraz co najważniejsze – nie myśląc o uczuciach swojego partnera.

Problemem są też wątki, z których nic nie wynika, ani nie mają swojej kontynuacji. Weźmy chociażby kwestię tego młodego chłopaka, którego ciało trafia do domu pogrzebowego Spellmanów. Ciało młodego warlocka wygląda, jakby spotkało się z wyjątkowo niechętnym przeciwnikiem, najprawdopodobniej łowcą czarownic. I przez kilka chwil łudziłam się, że ten wątek zostanie pociągnięty gdzieś dalej – sądziłam nawet w pierwszej chwili, że załamana matka wcale nie jest tak załamana i totalnie wie, że jej adoptowany syn jest czarodziejem i wyznawcą szatana. Potem na scenę wszedł Luke i moje podejrzenia skierowały się w jego stronę (jest ciut za gładki i ciut za szybko przykuwa uwagę Ambrose’a, odciągając go od wszystkiego innego, jakby wabiąc go w pułapkę). Tymczasem minęło parę odcinków i do domu pogrzebowego Spellmanów trafiają rodzice owego warlocka, nie jako klienci, a raczej… petenci. I znów – czekałam na pociągnięcie tego tematu dalej, ale nigdy nie doczekałam się kontynuacji tego wątku. Mam co prawda pewną teorię, jednak nie ma ona żadnego potwierdzenia.

Vita est vita

Szczerze powiedziawszy lubię postaci w serialowym Chilling Adventures of Sabrina. Wszystkie, poza główną bohaterką. Naprawdę, Sabrina Spellman jest tutaj najbardziej antypatyczną, nieogarniętą, nieczułą i egoistyczną nastolatką ever. Zapewnienia ciotek o wyjątkowości sprawiły, że Brina nie myśli o konsekwencjach swoich czynów, w pewnym momencie chce nagiąć prawa wszechświata pod siebie, bo przecież to ONA to robi. Nie tego oczekuję od głównej bohaterki.

Z jednej strony bowiem Sabrina wydaje się być naprawdę empatyczną, osobą, która martwi się o swoich znajomych i chce im pomóc w ich problemach. Im jednak dalej w serial, tym bardziej widać, że Sabrina nie martwi się o to, jak znajomi zniosą wieść o tym, że jest czarownicą, ze względu na ich zdrowie psychiczne i wiarę w świat, jakim go do tej pory postrzegali, ale raczej ze względu na to, jak będą patrzyli na nią. Boi się o siebie i o swój wizerunek w ich oczach, a nie o to, że mogą poczuć się zawiedzeni, bo ukrywała to przed nimi całe lata.

Mam problem z „normalnymi” przyjaciółmi Sabriny, bo w sumie, mimo że jest ich pełno na ekranie i wątki z nimi związane wydają się dominować pierwszy sezon, nie wiadomo o nich nic. Ich charaktery i osobowość nie istnieją. Niby mają przypisane jakieś cechy, ale zupełnie się to nie łączy w żadną całość. Weźmy na przykład Susie, którą w sumie określa to, że prawdopodobnie jest osobą niebinarną. I to jedyny wyróżnik, bo aż do ostatnich dwóch-trzech odcinków stanowi tylko i wyłącznie tło. Rozalind ślepnie z powodu klątwy nałożonej na jej rodzinę przez czarownice dawno temu… i tyle co o niej wiemy. No i lubi horrory, z resztą podobnie jak Susie. Trochę mało jak na postać, która ma tak dużo czasu antenowego. Z całej gromadki „normalsów” najlepiej wypada Harvey, ale czegoż innego oczekiwać od love-interestu głównej bohaterki?!

Dużo więcej charakteru mają postaci z bezpośredniego otoczenia Sabriny, czyli Spellmanowie. Co oczywiście nie oznacza, że nie mam z nimi problemów. Czy moglibyśmy nie robić z ciotki Hildy uroczej idiotki, co to jest cieplusia jak kluseczka i mięciusia jak pluszowy misio? A na dodatek jeszcze przoduje w rozpieszczaniu Sabriny, utwierdzaniu jej w wyjątkowości. No generalnie to jest taka postać, która zaraz po głównej bohaterce najbardziej mnie irytuje. Czy nie mogła to być zbliżona charakterem i zachowaniem postać do komiksowego oryginału? Bardziej kategorycznego, bardziej przerażającego i bardziej… cóż bardziej wiedźmowatego. Oczywiście mogłaby być milsza i mniej sztywna od Zeldy, ale nie musiałaby być ciepłą kluchą, która żyje nie wiedzieć z jakich przyczyn (chyba tylko dlatego, że Zee jej na to jeszcze pozwala).

Dalej mamy Ambrose’a, który trochę przejął obowiązki Salema w doradztwie i pomocy Sabrinie, a także w ostrzeganiu jej przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Jest też zupełnie inną postacią, niż komiksowy oryginał i w sumie akurat w tym przypadku nie mam o to pretensji. Problem stanowi dla mnie, że w pewnym momencie zaczyna zachowywać się strasznie naiwnie i w sumie byłam pewna, że pakuje się prosto w pułapkę. Póki co wpakował się prosto w łapy ojca Blackwooda, ale jeszcze zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Zelda jest z całej tej gromadki w sumie najwierniejsza swojemu oryginałowi, co stanowi siłę tej postaci, a tam gdzie twórcy oddalają się od tego, co prezentowała w komiksie, na jej wizerunku pojawiają się rysy i pęknięcia. Zupełnie nie rozumiem i nie widzę powodu, dla którego Zelda nie dostrzegała problemów, jakie trawią i trawiły serialowy Kościół Nocy, aż do momentu, kiedy pokazała jej je Sabrina. Quasi romans z ojcem Blackwoodem też jest dla mnie nieco niepojęty, bo Zee w trakcie lektury komiksu (oraz oglądania początkowych odcinków serialu) wydawała mi się być niezależną postacią, która nie potrzebuje zupełnie żadnych dodatkowych osób czy relacji.

Ego creo facim

Powoli już kończąc, przejdźmy do klimatu, scenografii i wizualiów. I tak jak napisałam gdzieś na początku (pamiętacie to jeszcze?), obie produkcje: komiks i serial zdają się na początku mieć podobny ton i klimat. Ciężki, duszny, lekko horrorowi w wersji papierowej budowany jest przy pomocy specyficznego stylu graficznego. Wersja telewizyjna początkowo też początkowo uderza w taki ton. Ale im dalej w las, tym dziwniej.

Problem stanowi tutaj coś, co znane jest bardzo mocno fanom serialowego Riverdale – czyli niedookreślenie akcji w czasie. Stylówka in the middle of nowhen początkowo jest bardzo nieśmiała. A to pojawi się jakiś laptop, a to w rozmowie padnie nawiązanie do czegoś bardziej współczesnego, nic nachalnego. Jakby w lata sześćdziesiąte (a tak wygląda większość ubrań i technologii, w tych latach osadzona jest również komiksowa wersja Chilling Adventures of Sabrina) wkradł się jakiś mały błąd, może z powodu magii, a może to Ambrose jest temu winny (naprawdę myślałam, że przybył z innych czasów i za podróże został ukarany aresztem domowym). Im głębiej w serial, tym stylistyka nam się bardziej rozjeżdża, wrzucając coraz więcej elementów, które nie pasują.

Momentami brakuje też tego lekko horrorowego, budzącego niepokój klimatu. Mam wrażenie, że to prawdopodobnie z powodu tego, że twórcy zdecydowali się bardziej na teen dramę, a nie na paranormalną, lekko spooky historię z młodą czarownicą w roli głównej. Za dużo elementów związanych ze szkołą (już same wątki w Baxter High były męczące, a jak doszła do tego Akademia Sztuk Nieznanych to zrobiło się bardzo ciasno), za mało wątków a’la Batibat czy opętanie wujka Jessego.

Mogłabym pisać jeszcze kolejne setki słów na temat Chilling Adventures of Sabrina, bo temat jest dość rozległy, a rzeczy do poruszenia mam jeszcze całą listę (jak chociażby to, jak mało subtelny jest to serial i jak musi wszystkie problemy pokazywać dosłownie), ale notka zrobiłaby się tak długa i pewnie nikt by mi jej nie przeczytał. Dlatego zakończę i powiem, że liczę, że drugi sezon będzie miał mniej teen dramy, więcej gęstego klimatu i więcej world-buildingu. Oraz zaproszeniem do dyskusji, bo chętnie powymieniam się spostrzeżeniami.

 

*Zarówno tytuł, jak i śródtytuły nawiązują do zaklęć użytych w CAOS.

Sharing is caring!

3 thoughts on “Nos si vocare te – o pierwszym sezonie Chilling Adventures of Sabrina

  • 2 listopada 2018 at 14:44
    Permalink

    Ja się przez dobre trzy odcinki zastanawiałam co mnie w tym serialu tak strasznie uwiera. I w końcu odkryłam, że to ojciec Blackwood i jego kretynizm. Ja jednak nie trawię złoli, których masterplan może popsuć niezbyt rozgarnięta nastolatka*.

    * jej nierozgarnięcie w kwestii panny Wardwell serio mnie zadziwia.

    Reply
    • 5 listopada 2018 at 16:07
      Permalink

      O TAK. Wielki Hur Dur Kapłan, który jest tak naprawdę zdziadziałym proboszczem.

      Mnie generalnie rozczarował Kościół Szatana, który od współczesnego, ospałego Kościoła Katolickiego różni się tylko dekoracjami. Magia, bezwzględność i, no cóż, bluźnierczość i groza świata czarownic i satanistów nie istnieją, zamiast nich mamy kółeczko starych kwok ubiegających się o uwagę wystrojonego młodego faceta, który poza sztucznymi paznokciami nie ma światu nic do zaoferowania.

      Reply
  • 9 listopada 2018 at 12:14
    Permalink

    Oryginalny serial wspominam miło, choć bez większego sentymentu. Mam Netlflixa od pewnego czasu, więc może nowej Sabrinie dam szansę. Choć jest przeca tyle innego dobra do oglądania.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *