Nie umiem w binge-watching – czy to źle?

Dzisiaj chciałabym podzielić się z wami pewną refleksją. Bo wiecie… w dobie właściwie wszechobecnego VOD, serwisów streamingowych i innych Netflixów, istnieje sobie coś takiego jak binge-watching, tłumaczone na polski jako kompulsywne oglądanie seriali. I wszyscy dookoła mnie tak mają, że jak siądą do serialu to oglądają po kilka odcinków na raz.

A ja nie. Nie umiem w binge-watching i nie wiem, czy to dobrze, czy raczej źle. Zanim jednak zacznę się zastanawiać, czy mój brak skilla jest zjawiskiem pozytywnym, czy negatywnym, pozwólcie opowiedzieć mi, dlaczego uważam, że nie umiem w binge-watching.

Lubię oglądać seriale, zwłaszcza produkcje wysokiej jakości, zapewniające mi masę rozrywki i zwyczajnego funu podczas oglądania. Albo po prostu takie, które dają nadzieję, że się rozwiną. Albo polecane przez moich znajomych lub recenzentów, którym ufam. Ale generalnie lubię oglądać seriale, jednak nie potrafię, naprawdę nie potrafię siąść i oglądać kilku-kilkunastu odcinków pod rząd. Jeden, może dwa uda mi się obejrzeć, ale potem… potem jest problem. Jeśli zacznę trzeci odcinek pod rząd istnieje niemal dziewięćdziesięcioprocentowa szansa na to, że go nie skończę. Wyłączę po pięciu minutach.

I to zjawisko dość powszechne u mnie, zwłaszcza ostatnio – nawet w przypadku serialu, który lubię, który mnie interesuje, bawi i rozczula. Robiłam niedawno re-watch iZombie, bo jest na Netfliksie, a ja z jakiegoś powodu nie byłam w stanie obejrzeć więcej niż dwóch-dwóch i pół odcinka na raz. Ale nie tylko w tym przypadku tak było… Wcześniej, gdzieś we wrześniu-październiku nadrabiałam Penny Dreadful i choć marudziłam trochę nad niektórymi rozwiązaniami, to im dalej w las, tym lepiej mi się oglądało i przede wszystkim bardziej wciągało… Ale jakoś tak po obejrzeniu dwóch odcinków dziennie się blokowałam. I trzeci mnie nużył, nie w sensie znużenia materiałem, a raczej fizycznego zmęczenia.

Nie wiem, co jest przyczyną, bo jeszcze w marcu-kwietniu tego roku mogłam sobie robić długie maratony Daredevila (pierwszy sezon w dwa dni, drugi w podobnym czasie). Teraz po prostu fizycznie odczuwam, że więcej nie obejrzę. Co jest ze mną nie tak?

Zastanawiam się też, czy moja nieumiejętność binge-watchowania jest bardziej zaletą, czy może wadą. Bo wiecie z jednej strony – masa seriali do obejrzenia na bieżąco, jeszcze więcej do nadrobienia, a doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny, w trakcie których muszę być jeszcze w pracy i spać. Z konieczności więc eliminuję seriale, jakie oglądam „na bieżąco” lub prawie „bieżąco”, porzucam nieinteresujące serie (pożegnałam się z The Walking Dead w połowie szóstego sezonu i nie żałuję), powrót do niektórych seriali odkładam na „święte nigdy”, być może do nich nigdy nie wrócę. Binge-watching wydaje mi się całkiem niezłą opcją właśnie przy tego typu sytuacją – nadrobię jak najszybciej, żeby móc oglądać inne produkcje. No i przy coraz większej ilości seriali publikowanych w stylu netflixowym, czyli wypuszczanych i dostępnych od razu w całości, produkcje aż proszą się, żeby zostać obejrzane na raz.

Gdzieś jednak z drugiej strony przy binge-watchu traci się odrobinę tej specyficznej magii. Tego niespokojnego oczekiwania na kolejny odcinek swojego ulubionego serialu. Niby nie powinno mi być tego żal, bo od lat nie oglądam seriali w TV, nie muszę przesiadywać przed telewizorem o konkretnej godzinie… Ale budowało to pewne napięcie, atmosferę oczekiwania, która ginie przy kompulsywnym oglądaniu, bo przecież na kolejny odcinek, na ciąg dalszy zawieszonej cliffhangerem akcji trzeba było zaczekać, tydzień a czasami więcej, bo to jakieś amerykańskie Święto Pracy czy inny Memorial Day i odcinek przesuwał się o tydzień, a to przerwa świąteczna i przez dwa-trzy miesiące nie ma nowych odcinków. A przy binge-watchu serialu wypuszczonego w trybie netflixowym albo nadrabianiu już zakończonej serii to napięcie wyprawuje, bo przecież można włączyć kolejny odcinek.

No i w sumie nie wiem, co sądzić o kompulsywnym oglądaniu. Z jednej strony – wydaje się to być niezłe rozwiązanie, które pomaga szybko nadrabiać zaległości serialowe, z drugiej… pozbawia nas tego pełnego napięcia oczekiwania na ciąg dalszy. A mnie ostatnio fizycznie męczy. A co wy na ten temat sądzicie? Oglądacie kompulsywnie czy raczej jeden odcinek serialu dziennie? A może ktoś z was doświadczył takiego samego zmęczenia jak ja?

Pamiętajcie o lajkowaniu naszego fanpage’a, możliwości obserwowania nas na bloglovin’ i zblogowanych (odnośniki znajdziecie na prawym sidebarze na stronie głównej). Gdybyście chcieli nas wesprzeć, jesteśmy też na Patronite.pl.

Sharing is caring!

2 thoughts on “Nie umiem w binge-watching – czy to źle?

  • 14 grudnia 2016 at 17:35
    Permalink

    Dawno temu, w zamierzchłych czasach gimnazjum, obejrzałem w ten sposób dwa pierwsze sezony „Prison Break”. Dzisiaj oglądania ciągiem raczej nie praktykuję i nawet z tymi netfliksowymi serialami (czy to „Daredevil”, czy mój ukochany „Bloodline”) staram się ograniczać (jeden odcinek dziennie to takie rozsądne dawkowanie). Raz, że ogląda mi się tak przyjemniej, bo mogę każdy odcinek spokojnie przetrawić; dwa, że jest to bardziej praktyczne, jeśli ma się sporo obowiązków i mało wolnego czasu. I nawet mimo faktu, że fizycznie pewnie dałbym radę, to jakoś tak zwyczajnie nie czuję potrzeby.

    Reply
    • 14 grudnia 2016 at 22:56
      Permalink

      Ja zazwyczaj “zasiadam” do seriali w weekendy lub w dni wolne od pracy, w tygodniu kiedy czas wolny ogranicza mi się do wieczorów raczej spędzam go oglądając film lub grając. Czy czuję potrzebę? Czasami tak, bo chciałabym być na bieżąco z wszystkimi fajnymi serialami, a tytułów wciąż przybywa…

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *