Nie taki Wirus, jakim go malują – “Wirus” Guillermo del Toro i Chucka Hogana

W lipcu 2014 roku na ekranach telewizorów zagościł nowy serial pod enigmatycznym tytułem „The Strain” (w kraju przetłumaczona dość topornie jako wirus). Szybko zdobył zainteresowanie i rzeszę fanów. Nie ma co się temu dziwić, gdyż znane i w wielu kręgach szanowane nazwisko osoby odpowiedzialnej za całokształt historii przyciągnęło uwagę ludzi gustujących w gotyckich powieściach. Mało kto jednak wie, że Guillermo Del Torro (bo to o nim mowa,) zanim wyprodukował serial w kooperacji z Chuckiem Hoganem, wypuścił w świat serię trzech książek, które były literackim transkryptem wczesnej wersji scenariusza.

Doktor Ephraim Goodweather zostaje oderwany od wspólnego weekendu z synem Zackiem i awaryjnie wezwany wraz ze współpracownikami, doktor Norą Martinez oraz Jimem Kentem, aby zbadać sprawę tajemniczego „samolotu widmo”. Jako przedstawiciele nowojorskiego oddziału Centrum Chorób Zakaźnych mają obowiązek zbadać sytuację pod kątem ewentualnego zagrożenia atakiem biologicznym. Prawda jest jednak dużo bardziej „banalna” i wkrótce przyjdzie im się zmierzyć  z wirusem, jakiego jeszcze nigdy nie spotkali.

Konstrukcyjnie opowieść składa się z bardzo wielu krótkich scen, ukazujących konkretne zdarzenia. Przykładowo, w jednej z nich nasi bohaterowie znajdują się na lotnisku, potem następuje szybki przeskok do odległej dzielnicy, gdzie dzieje się coś pozornie nieistotnego, po czym wracamy do naszych protagonistów, przeprowadzających sekcję zwłok w szpitalu na Brooklynie. Brakuje w tym swoistej ciągłości akcji, która sprawiałaby, że postaci zaczęłyby się przemieszczać po mieście, a nie teleportować z miejsca na miejsce. Jest to ewidentnie pozostałość po scenariuszowej przeszłości opowieści, objawiająca się również w konstrukcji bohaterów.

Mianowicie, jedyną postacią, która ma jakieś tło fabularne, jest doktor Goodweather. Sęk w tym, że wszystko skupia się wokół jego rozwodu z żoną i desperackiej walki o zachowanie praw do opieki nad synem. Nie można tej postaci scharakteryzować niestety w żaden inny sposób. O profesorze Abrahamie Setrakianie również wiemy bardzo niewiele i jedyne, co go definiuje, to samozwańcza i niemalże obsesyjna potrzeba powstrzymania zła, panoszącego się obecnie po Manhattanie. O całej reszcie „głównych” bohaterów niestety nie można powiedzieć dużo więcej: mamy skrajnie nieistotnego Jima Kenta, którego w zasadzie jedynym celem jest umrzeć, aby pchnąć do przodu intrygę (w przeciwieństwie do rozbudowanej roli w serialu), całkowicie pozbawioną osobowości, wzdychająco-jęczącą Norę Martinez, stereotypowego członka meksykańskiego gangu, Augustine’a Elizalde oraz Wasillija Fetta, który jako jedyny z wymienionych potrafi rozwiązać problemy, zamiast je mnożyć.

Ci źli również nie wypadają najlepiej. Eldritch Palmer, będący typowym starym i umierającym królem zło-korpu, marzącym o nieśmiertelności, prosi o pomoc Mistrza, czyli niekwestionowany autorytet w tej dziedzinie. I to w Mistrzu jest nieukrywanie najjaśniejszy punkt całej historii. O samej postaci wiemy tylko tyle, ile potrzebujemy w danym momencie, co tworzy wspaniałą gotycką atmosferę grozy niczym u Stockera. Ponadto same fragmenty, w których możemy obserwować choćby przez chwilę tego potężnego wampira, są elektryzujące i hipnotyzujące.

W odniesieniu do serialu możemy zauważyć sporo różnic, wynikających głównie z tego, że książka jest ewidentnie konceptem, zarysem całej historii. Aby się rozwinąć, potrzebowała aktorów nadających wyrazu postaciom, reżysera mogącego uporządkować akcję oraz całej wizualnej otoczki, którą serial może zagwarantować. Dodatkowo dało to możliwość poszerzenia wątków osobistych, przez co bohaterowie stali się bardziej żywi i wiarygodni.

Reasumując. „wirus” wydany w kraju przez wydawnictwo Zysk i S-Ka jest nieco innym, a przez to ciekawym punktem widzenia dla wszystkich fanów serialu. Spojrzą oni na pewne kwestie inaczej i znajdą różnice, które nie mogły wylądować w telewizji. Dla całej reszty konstrukcja opowieści oraz dość techniczny język, którym posługują się bohaterowie może być barierą nie do pokonania. Ponadto, ostrzegam – niech nikt nie sugeruje się opisem na okładce, bo owych wampirów w powieści jest jak na lekarstwo, jednak pragnę zaznaczyć, że sama książka jest bardziej uzupełnieniem serialu, aniżeli samodzielnym dziełem.

Tekst dla portalu Insimilion.

Sharing is caring!

2 thoughts on “Nie taki Wirus, jakim go malują – “Wirus” Guillermo del Toro i Chucka Hogana

    • 21 lutego 2016 at 19:19
      Permalink

      Coś do zaoferowania tam ma – historia jest całkiem niezła, choć fatalnie napisana.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *