Mały kroczek naprzód, czyli nie taki samobójczy jest ten Legion Samobójców

Idąc na Suicide Squad spodziewałam się najgorszego. I pełna najgorszych przecuć usiadłam na sali kinowej… i wydarzył się cud, bo w trakcie seansu nie miałam ochoty wydrapać sobie oczu ani popełnić samobójstwa. Co więcej dało się ten film obejrzeć bez większych zgrzytów.

Jasne, nie jest to film dobry czy wybitny, ale nie jest też kompletną klapą. To taki całkowity przeciętniak, jednak w porównaniu do poprzedniej produkcji DC jest stanowczym krokiem naprzód i pozwala mieć nadzieję, że nadchodząca w przyszłym roku Wonder Woman będzie przynajmniej dobra.

W Suicide Squad masa rzeczy mniejszych lub większych nie zagrała tak jak powinna zagrać. Humor był w większości wymuszony i zamiast śmiać się z dowcipnych (w zamierzeniu twórców i scenarzystów/studia) one-linerów, jedynie lekko się uśmiechałam. Jedyną autentycznie zabawną postacią był Kapitan Boomerang i jego Różuś (czy ktokolwiek zauważył, że po polsku jego imię jest naprawdę przecudowne, bo nawiązuje zarówno do koloru, jak i do faktu, że jest to jednoROŻEC?). Kilku dowcipów z trailerów nie wykorzystano (m.in. tego o wodzie dla El Diablo), a reszta była po prostu mocno nienaturalna.

Nie zagrał też nieco chaotyczny początek – nie wiem, czemu miały służyć scenki z Deadshotem, Harley i strażnikami więziennymi. Co miało to pokazać? Czy chodzi o pokazanie, że mamy do czynienia z degeneratami i złoczyńcami tak wielkiego kalibru, że tortury fundowane im przez służbę więzienną są dla nich chlebem powszednim i najlepszą rozrywką? Bo chyba nie chodzi o zarysowanie relacji na liniach Harley – strażnicy oraz Deadshot – strażnicy, żeby móc się do tego odnieść w późniejszej części filmu? Chyba, że w ogóle miało być to coś innego, ale kontynuacja tego, a więc i sens został wycięty przez twórców?

Zawodzi również fabuła. Choć jest postęp w stosunku do BvS, bo tamten film fabuły nie miał, to ta z Suicide Squad zawodzi. Głównie dlatego, że jest nijaka. Ani odkrywcza, ani wyjątkowo błyskotliwa, ani dowcipna. Biegła od punktu A do punktu B, bez jakiś zaskakujących zwrotów akcji i w sumie w dość przewidywalny sposób pokazywała nam bohaterów (czy ktoś wątpił, że na sam koniec Deadshot i reszta nie polubią się z Flaggiem?). Mimo wszystko jednak oglądało się Suicide Squad bez chęci palnięcia sobie w łeb z nudów.

Takie uczucie nachodziło mnie na filmie tylko kilka razy. A wszystko to przez fatalną kreację Jokera. Nie chodzi o sam design postaci, bo ten by przeszedł, ale o sposób, w jaki został napisany – zezwierzęcona bestia, mniej ludzka niż Killer Croc; bez charakteru i charyzmy. Bardziej przypomina rosyjskiego mafiozę-dorobkiewicza, który wymachuje swoim złotym kałasznikowem a na nagrobku każe się uwiecznić wraz ze swoim ulubionym autem. To nie Joker, ale jakiś cospleyer, który chce pokazać światu swoją interpretację tej postaci. I za każdym razem na ekranie się pojawiał, za każdym razem zbierało we mnie wewnętrzne obrzydzenie (może to cel takiej postaci, wiecie obrzydzić zło?) i chęć wyjścia z kina.

Ale całe szczęście nie wyszłam, bo jest gdzieś w Suicide Squad potencjał na dobry film. Pozostała obsada całkiem nieźle sobie radzi – Will Smith wypada bardzo dobrze w roli Deadshota, podobnie fajnie sprawują się aktorzy wcielający się w pozostałych członków Task Force X (włącznie z Jayem Courtneyem, którego występy w Niezgodnej zdecydowanie mi obrzydziły jego osobę). Fajnie wypada Amanda Waller, podobnie z resztą jak Rick Flagg. Generalnie cały zespół idzie polubić (oprócz nieco przerysowanej Harley), nawet mimo braku relacji między nimi czy chociażby tego, że pierwsze skrzypce gra Deadshot, a reszta to nazwane tokeny, które mają po jednym zdaniu do powiedzenia. I powiem wam jeszcze jedno – nawet mi się smutno zrobiło w trakcie finalnej rozróby, kiedy jeden z członków Task Force X zginął.

Nieźle również wypada umiejscowienie tego filmu w uniwersum DC. Nieźle, bo pojawia się po raz kolejny cameo Flasha (mimo IMO niedopracowanego kostiumu wypada fajnie). Z drugiej strony mamy w Suicide Squadzie całkowicie zbędną retrospekcję z pogrzebu Supermana i o jedną scenę z Batffleckiem za dużo. Chodzi mi dokładnie o tę sekwencję po napisach, która całkowicie nie pasuje do postaci Batmana[1].

W przypadku Suicide Squad mamy do czynienia z filmem, który jest nieco lepszy (a na pewno mniej nudny) niż BvS, ale nadal nie na tyle dobrym, by chcieć zobaczyć go jeszcze raz. Typowy średniak, choć do tej pory najlepszy film z DCEU. Pozostaje mieć nadzieję, że Wonder Woman wyjdzie jeszcze lepsza i w końcu powiem, że Warner zrobił dobry film.

[1] A to dlatego, że Bruce zachowuje się tutaj jak… nie przymierzając Tony Stark zmieszany z Nickiem Furym. Zbiera zespół metaludzi (co wiemy już z trailera Justice League), co jest do niego niepodobne, ale jeszcze bardziej niepodobne jest to, że korzysta z pomocy osób trzecich (a gdzie się podział Bat-detektyw, który korzysta ze swoich umiejętności tropienia, ewentualnie wspomagany przez Oracle – ale to raczej w przypadku, kiedy Bat jest w terenie i nie bardzo ma dostęp do komputera)

Sharing is caring!

2 thoughts on “Mały kroczek naprzód, czyli nie taki samobójczy jest ten Legion Samobójców

  • 8 sierpnia 2016 at 20:45
    Permalink

    bardzo dobra recenzja 🙂

    Reply
    • 8 sierpnia 2016 at 22:43
      Permalink

      A dziękować dziękować 🙂

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *