Kiedy magia była młoda, a Śródziemie jeszcze nie powstało – “Opowieść o Kullervo” J. R. R. Tolkiena

Jako oddana i wierna fanka Tolkiena cieszę się za każdym razem, kiedy rynek wydawniczy w Polsce wzbogaci się o kolejny skrawek twórczości Mistrza. Dlatego z wielkim entuzjazmem oczekiwałam na wydanie „Opowieści o Kullervo”, która do 2015 roku była znana jedynie w środowisku akademickich studiów nad twórczością Tolkiena.

I teraz, kiedy już jestem po lekturze „Opowieści” to tak naprawdę nie wiem, co napisać. Z jednej strony – bardzo dobrze, że nasz rynek wzbogacił się o tę konkretną publikację, bo świetnie pokazuje ona początki twórczości Tolkiena. Z drugiej strony jednak… cóż to książka, która wymaga odpowiedniego podejścia, pewnego zorientowania i wiedzy – i na pewno nie jest przeznaczona dla wszystkich. Ba, powiedziałabym, że to produkt skierowany do dość wąskiego grona osób, środowiska niemal naukowo zainteresowanego Tolkienem.

Na „Opowieść o Kullervo”, wydaną nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, składa się nie tylko tytułowa „Opowieść” (ta stanowi niewielki procent książki, choć najważniejszy), ale również dwa eseje Tolkiena o „Kalevali” oraz rozbudowany wstęp i przedmowa autorki edycji Verlyn Flieger oraz jej rozprawa „Tolkien, Kalevala i Opowieść o Kullervo”. Co ciekawe, polskie wydanie zawiera także tekst anglojęzyczny „Opowieści o Kullervo” oraz obu esejów – świetne rozwiązanie dla językoznawców oraz osób, które chcą zapoznać się z twórczością Mistrza w oryginale. Jednak od razu muszę powiedzieć, że mam pewne zastrzeżenie do tego, jak wygląda to w wersji polskiej. Najwygodniejszą moim zdaniem opcją byłoby, gdyby oryginał i tłumaczenie przeplatało się ze sobą – to znaczy na parzystych oryginał, na nieparzystych tłumaczenie – podobnie jak było to zrobione w przypadku „Upadku Króla Artura”. Pozwalałoby to na jednoczesne śledzenie tekstu oryginalnego i polskiego tłumaczenia oraz dawałoby lepsze odniesienie do tego, co Verlyn Flieger próbuje przekazać w przypisach.

Słów kilka należy poświęcić samej „Opowieści o Kullervo”, która jest prawdopodobnie pierwszą fabularną historią napisaną przez Tolkiena. Jak wynika ze wstępu oraz przedmowy jest to retelling (albo wręcz fanfiction do) znanej z „Kalevali” historii o Kullervo. Przede wszystkim widać bardzo mocno, że jest to pierwsza próba literacka Tolkiena – styl zupełnie nie przypomina tego znanego z „Władcy Pierścieni”, jest niepewny, mocno nieoszlifowany, wciąż jeszcze amatorski, brzmiący uczniowsko. Sama historia urywa się przed finałem, który opisany jest jedynie w streszczeniu. Ponadto, jak twierdzi Verlyn Flieger historia trzyma się dość mocno oryginału z „Kalevali” – to znaczy Tolkien wprowadza do niej nieco zmian, wygładza niezbyt spójne runy (czyli pieśni), jednak nadal pozostaje to jedynie próbą opowiedzenia na nowo czegoś, co stworzył ktoś inny.

Jednak „Opowieść o Kullervo” powinna być bardzo ważna dla każdego fana Tolkiena i stworzonego przez niego świata. Ponieważ w postaci głównego bohatera bierze swój początek jedna z najbardziej intrygujących osobistości Śródziemia – Turin Turambar. Flieger w swoim eseju „Tolkien, Kalevala i Opowieść o Kullervo” wyjaśnia dokładnie, które z elementów biografii Kullervo Tolkien zaadaptował do swojej autorskiej opowieści. Widać to w sumie gołym okiem i każdy, kto choć raz czytał „Silmarillion” lub „Dzieci Hurina” będzie w stanie wymienić podobieństwa pomiędzy obiema postaciami.

Ciężko jest o „Opowieści o Kullervo” powiedzieć więcej, bo wszystkie kwestie, które chciałabym poruszyć, wszystkie tropy interpretacyjne, o jakich mogłabym pisać wyczerpała Verlyn Flieger we wstępie, przedmowie oraz eseju. Co prawda nie zgadzam się ze wszystkim, co napisała, zwłaszcza w kwestii Mustiego, magicznego psa, który towarzyszy Kullervo. Podobnie jak edytorka zauważam wyraźne odniesienie do niego w późniejszej twórczości Tolkiena pod postacią Ogara Valinoru – Huana, jednak ciężko mi się zgodzić w kwestii szczegółów. Flieger o Mustim pisze tak: „Najbardziej znamienne jest przejście od Mustiego do Huana, gdy protagonista, poza innym imieniem, pozostaje niemal niezmieniony”[268]. Moim zdaniem jednak silmarillionowy pies od swojego pierwowzoru różni się jednak wieloma szczegółami nie pozwalającymi postawić między nimi znaku równości. Przede wszystkim różnica zasadnicza – Musti obdarzony jest silną magią, która pozwala mu trzykrotnie obronić Kullervo, a potem jeszcze uczy swojego „protegowanego” (o ile człowiek może być protegowanym psa) czarów. Huan natomiast o ile mi wiadomo nie jest specjalnie „magiczny”, tzn. może i jest niezwykle silny, nie musi spać, nie męczy się a przede wszystkim jest nieśmiertelny (to jest nie imają się go choroby) i odporny na magię, ale nie posiada żadnych specjalnych zdolności, którymi obdarzyć mógłby swoich przyjaciół. Jedyne co niezwykłego jest w Psie Valinoru to to, że może on mówić, a właściwie może on przemówić trzykrotnie za swojego życia. Owszem, to jego mówienie w pewnym sensie ratuje życie Luthien i Berenowi, jednak nie jest to tożsame z tym, co robi Musti. Zasadniczą różnicą jest również brak powiązania z tolkienowskim „odpowiednikiem” Kullervo, czyli Turinem. Można zatem orzec, że Tolkien na swoją modłę wykorzystał stworzoną wcześniej postać do budowy jednego z ważniejszych bohaterów Śródziemia.

Nie mogę polecić „Opowieści o Kullervo”, tak jak nie mogłam polecać „Pana Gawena i Zielonego rycerza”, bowiem obie te publikacje skierowane są do trochę innej grupy odbiorców, niż zwykli miłośnicy Tolkiena. By docenić „Opowieść o Kullervo” (ale nie ze względu na wartość literacką, bo ta jest wyjątkowo niska), należy być nie tyle fanem, a osobą, która chce zgłębić twórczość Tolkiena w sensie naukowym, poznać jego inspiracje i najmniejsze nawet fragmenty jego dzieł. Ja natomiast dzięki lekturze „Opowieści o Kullervo” jestem w stanie jeszcze bardziej docenić literacki kunszt „Władcy Pierścienia”.

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego serdecznie dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

PS. Mała aktualizacja techniczna – jak być może już zauważyliście w menu pod stroną główną pojawił się jeszcze odnośnik do IMHOtejp, czyli naszego nowego projektu – podcastu, który zamierzamy realizować wraz z Salantorem z Bobrowni. Pierwszy odcinek możecie odsłuchać bezpośrednio ze strony, na yt lub pobrać do posłuchania offline. Kolejny za dwa tygodnie.

Sharing is caring!

2 thoughts on “Kiedy magia była młoda, a Śródziemie jeszcze nie powstało – “Opowieść o Kullervo” J. R. R. Tolkiena

  • 20 grudnia 2016 at 18:38
    Permalink

    Bardzo podoba mi się włączanie materiałów anglojęzycznych do tych wydań. Gdyby ich nie było, pewnie nie zainteresowałbym się tą nowością. Do Tolkiena mam duży sentyment, uwielbiam Silmarillion, ale już Niedokończonych opowieści dokończyć nie potrafiłem. Ale za to “Legenda o Sigurdzie i Gudrun” podeszła mi właśnie z powodów akademicko-językowych.

    Reply
    • 20 grudnia 2016 at 19:15
      Permalink

      Włączenie materiałów anglojęzycznych jest super, ale problemem jest układ w jakim zostały zaprezentowany – wolałabym równolegle tekst polski i oryginalny – żeby łatwiej się to przyswajało.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *