Jon Snow coś jednak wie – Gra o Tron S05E03 “High Sparrow”

Tak, wiemy, nie było nas na blogu od zakończenia Pyrkonu. Ale już wracamy i będziemy regularnie pisać, a dzisiaj mamy dla was oczywiście tekst o kolejnym odcinku Gry o Tron. Tym razem na tapecie epizod zatytułowany „Wielki Wróbel”.

Zaczyna się intrygująco, od ciemnych wnętrz i tajemniczych rzeźb, które prawdopodobnie powinny widzowi mówić cokolwiek, ale nam nie mówiły. Jest też Arya z miotłą… Serio, a czy ona nie miała uczyć się na elitarnego zabójcę? Czy może to po prostu taki chwyt marketingowy, a tak naprawdę Jaquan potrzebował wysoko wykwalifikowanej albo wysoko urodzonej siły roboczej do prac najgorszych? Dobra, dobra, nabijam się tylko. Wszyscy wiemy (z Karate Kida chociażby), że trening na super-hiper-wojownika (a w tym przypadku na zabójcę), oczywiście rozpoczyna się od zdyscyplinowania ucznia poprzez danie mu najbardziej upokarzających prac.

Tymczasem wreszcie zaczyna się coś dziać, Jaquan podaje jakiemuś gościowi napój, ten oddaje hołd rzeźbie (prawdopodobnie bóstwa), zaś Arya ma dość bezsensownego zamiatania podłogi. Oczywiście nasz wspaniały (i jedyny chyba w tej bajce) Człowiek Bez Twarzy powtarza frazes oznaczający to, co mówią wszyscy wielcy mistrzowie (włącznie z Yodą) – musisz nauczyć się służyć i wykonywać nasze polecenia. Nie obędzie się również bez małej lekcji religioznawstwa Westeros, bo jak słusznie sądziłam, rzeźby przedstawiają wizerunki bóstw. Facet, który jeszcze niedawno popijał z czarki danej mu przez Jaquana tymczasem leży bez życia na podłodze i zastanawiam się, czy jest to moment, w którym Arya powinna uciekać.

W tym samym momencie w odległej Królewskiej Przystani jesteśmy świadkami kolejnego królewskiego ślubu. Oczywiście nie mogło się obyć bez wcześniejszego zaprezentowania kontrastu pomiędzy uwielbianą Margaery a znienawidzą Cersei. Trzecie królewskie zaślubiny Tyrellówny chyba są najskromniejsze, jednakże w końcu małżeństwo z władcą Westeros zostaje skonsumowane, co sugeruje nam scena z nocy poślubnej. Choć jak na ten serial jest to niezwykle subtelna sekwencja łóżkowa, o mocno humorystycznym zabarwieniu. Niemniej jednak przy tej okazji warto spojrzeć, co zrobiono, by móc pokazać Margaery i Tommena w takiej sytuacji. Na początku książek młodszy syn Cersei ma lat siedem, zaś w momencie ślubu z wdową po swoim bracie ma ich dziewięć. Jednakże tutaj chronologia książek i serialu się rozjeżdża, bo pomiędzy początkiem serialu a obecną sytuację liczy się około czterech lat (no bo tyle minęło w rzeczywistości), zaś braciszek Joffreya w pierwszym sezonie został oceniony na osiem lat. Miałby według tej logiki lat dwanaście (co dalej daje za młody wiek na inicjację seksualną, zwłaszcza jeżeli ma być ona pokazana w ogólnodostępnym serialu), więc postarzono go jeszcze bardziej (wymieniając aktora), żeby nie było kontrowersji. Co doprowadziło do śmiesznej sytuacji, że jest to chyba najszybciej „rosnąca” postać w całym serialu.

Przy okazji baraszkowania w królewskiej sypialni dowiadujemy się, że Margaery chętnie pozbędzie się swojej lannisterskiej teściowej, przy czym samo namawianie Tommena do wysłania matki do Casterly Rock nie odbyło się w sposób najbardziej subtelny. I jeszcze mniej subtelnie podszedł do tej sprawy młody król, co spowodowało, że Cersei na pewno będzie chciała odegrać się na Tyrellównie za plany odesłania jej na drugi koniec Westeros. Ech tak to już jest, kiedy dzieci zabiorą się za intrygi. Królowa Cierni na pewno rozegrałaby to lepiej.

Nie wiem czemu ma służyć kolejna scena poza daniem okazji do kolejnych spięć pomiędzy Królową-Matką a świeżą królewską małżonką. No i oczywiście również dostaliśmy kolejną porcję łóżkowych dowcipów z Tommenem w roli głównej. I choć te ostatnie są naprawdę urocze, to spięcia na linii Cersei-Margaery męczą straszliwie i zdają się być po prostu klasycznym zapychaczem.

W Boltonfell, ekhem, przepraszam Winterfell tymczasem mamy kolejny dowód okrucieństwa Ramseya i jego sposobu na prowadzenie polityki. Nawet Roose jest trochę zniesmaczony poczynaniami synalka. Właściwie jest to podyktowane pragmatycznymi pobudkami – Tywin, z którym Boltonowie zawarli przymierze nie żyje i właściwie zostali na Północy sami, więc muszę przestać siać tylko terror. Jednocześnie cała ta rozmowa ma przygotować nas tylko do jednego – Ramsey ma ożenić się z kimś ważnym, żeby utrzymać władzę nad władztwem dawniej należącym do Starków.

I chyba kolejna scena ma nam dać mocno do zrozumienia, kto jest idealną połowicą dla bestialskiego bękarta. Oto mamy Sansę Stark cwałującą u boku Littlefingera w stronę Fosy Cailin. I tak, oczywiście mam rację, bo Baelish zaaranżował właśnie małżeństwo pomiędzy następcą Boltona i swoją podopieczną. Ja wiem, że Petyr może nie wiedzieć, jakim potworem jest Ramsey, ale oddawać taką cenną kartę przetargową akurat tym ludziom… No w głowie mi się nie mieści. Poza tym, że serialowa Sansa ma takiego strasznego pecha być narzeczoną dla najgorszych potworów w całym Westeros: najpierw Joffrey, teraz Ramsey, kto będzie kolejny? Oczywiście Littlefinger chce przekonać ją by wzięła los w swoje ręce, że to jedyna szansa na pomszczenie rodziny, i ona, niby taka sprytna, w to wierzy. Och, niech to lich, już myślałam, że wyjdzie na ludzi.

Tymczasem wszystko z pewnego oddalenia obserwuje Brienne wraz z Podrickiem, co prowadzi do kolejnej kiepskiej sceny między tą dwójką. Poznajemy też historię Poda, o dziwo mocno zbieżną z oryginałem znanym z książki (różni się szczegółami, ale mniejsza o większość), a potem kobieta-wojownik okazuje swojemu giermkowi trochę serca. Później poznajemy też krótką historię znajomości z Renlym. Tkliwe i w sumie bez znaczenia. Oczywiście właściwie wszystko kończy się na tradycyjnym już niemal odgrażaniu się Stannisowi.

A ten cały czas bawi w Czarnym Zamku. I przybywa do nowomianowanego Lorda Dowódcy Jona Snow (to brzmi tak komicznie). Stannis zupełnie niedorzecznie pyta o ofertę objęcia władzy nad Północą – przecież Jon nie porzuci świeżo otrzymanego stanowiska, po to by zostać kukiełką w wojnie pomiędzy królami. Oczywiście ostatni z Baratheonów sam nie potrafi powiedzieć wszystkiego, więc do całej tej niezręcznej rozmowy muszą twórcy wpleść również Davosa, który okazuje się być niezwykle światłym, wygadanym i wszechwiedzącym człowiekiem.

Ponownie trafiamy do Braavos i dowiadujemy się, że Arya nie jest zbyt lubiana przez współtowarzyszkę, z którą prawdopodobnie dzieli pokój. Doprowadza to niemal do rozlewu krwi, bo Starkówna od razu rzuca się do miecza, ale oczywiście pojawia się Jaquan i przerywa całość. Potem okazuje się, że dziewczyna musi porzucić cały swój dobytek, by stać się nikim, albo Nikim. Oczywiście włącznie z Igiełką, którą ukrywa pod obluzowanymi kamieniami. Tak, pewnie nikt jej nie znajdzie. Sama też jej nie znajdziesz, bo chowasz ją pod zupełnie randomową kupką gruzu. A później dalej zamiata, dopóki Mistrz nie uznaje uczennicy za gotową do podjęcia kolejnego etapu nauki.

Sansa i jej opiekun docierają do Winterfell (skąd zdążyły zniknąć już oskórowane zwłoki lorda jakiegoś tam). Oczywiście jest cukierkowo słodko, aż mdli mnie od ilości przesłodzonych uśmiechów i całej tej kłamliwej otoczki. Oczywiście w kolejnej sekwencji mamy starowinkę, która rzuca niewiele znaczące hasło „Północ pamięta” (co z tego, skoro nikt nic nie robi?), bo musi być fajnie i muszą być fajne hasła.

Jon tymczasem ma przed sobą pierwsze decyzje jako Lord Dowódca. Wyznacza nowego zarządcę latryn (już myślałam, że będzie to Alliser Thorne, ale jednak tak się nie dzieje), Pierwszego Zwiadowcę (ta właśnie rola przypada Thorne’owi) oraz dowódcę dawno nieobsadzonej Szarej Warty (Janos Slynt). Ta scena jest świetna – daje dużo napięcia, pokazuje Jona z naprawdę dobrej strony, jako gościa, który planuje, który wie co robić i przede wszystkim, wie co będzie dla niego dobre. Jestem w szoku, w jaką fajną stronę to wszystko zmierza z wątkiem Jona (oby tego nie spieprzyli). Slynt nie zgadza się ze swoją nominacją, odmawia wykonania rozkazu, za co jest w Nocnej Straży tylko jedna kara – śmierć. I Jon taką karę wykonuje, choć w pewnym momencie bałam się, że okaże Janosowi łaskę. Piękny pokaz siły i demonstracja przed Stannisem. A jednocześnie eliminacja najgroźniejszego wrzodu na tyłku.

Tymczasem w słonecznej Królewskiej Przystani trafiamy do burdelu, gdzie wielki Septon zabawia się z paniami wiadomej reputacji, popełniając świętokradztwo (dziwki symbolizują Siedmiu). Nagle, zanim zabawa zacznie się na dobre, do komnaty wpadają fanatycy religijni zwani Wróblami (aż dziwne, że Baelish nie miał żadnej ochrony) i wymierzają Wielkiemu Septonowi hańbiącą karę – nago wywlekają go z przybytku i pędzą ulicami miasta. Biedka leci potem na skargę do Cersei, jednak poza posłuchaniem (w którym próbuje grać głupiego i wymyśla jakieś nietrzymające się kupy kłamstewka o nawracaniu panien lekkich obyczajów) nie otrzymuje nic. A wiecie czemu mają służyć te sceny? Żeby pokazać trochę golizny, no i wprowadzić do gry Wielkiego Wróbla.

Cersei wybiera się w odwiedziny do przywódcy fanatyków, ale nie robi tego, by aresztować go, tylko po to, by zaprosić go do gry o rząd dusz. Nieco później królowa-matka zjawia się w pracowni Qyburna z listem do Littlefingera, niemniej jednak to tylko pretekst, aby przypomnieć o wielkim projekcie ex-maestra, czyli ożywieniu ciała Góry (czy też stworzeniu ser Roberta Strong).

W Winterfell tymczasem mamy Ramseya zarzekającego się, że nigdy nie skrzywdzi Sansy (haha, już to widzę, z resztą nawet jeśli tak miałoby się stać, to nie może ręczyć za swoją kochankę, a właściwie obecnie ex-kochankę, która pewnie stanie się niemożliwie zazdrosna o Starkównę. Oczywiście później mamy polityczne gadki-szmatki, które można było sobie zupełnie pominąć.

Ale to nie koniec tego zbyt długiego odcinka, bo jest jeszcze Tyrion, który dotarł właśnie do Volantis. Pojawia się kolejna Czerwona Kapłanka – tym razem była nierządnica, która nawołuje do oddawania czci R’hllorowi i jego prorokini, Daenerys Zrodzonej z Burzy. Oczywiście nie może się obyć bez sceny burdelowej, gdzie dowiadujemy się, że moda na Matkę Smoków zapanowała nie tylko w kręgach religijnych. Ach i jaki cudowny zbieg okoliczności, w tym samym burdelu, do którego przybywa Tyrion z Varysem jest też Jorah Mormont, król friendzonu, który porywa biednego karła. I to jest już koniec tego żenującego odcinka.

Jak na razie tylko wątek Jona mi się podoba, reszta jest albo przesadzona, albo idzie nie w takim kierunku, który mi odpowiada. Niestety poziom sezonu leci w dół na łeb i na szyję. Miejmy nadzieję, że tendencja pójdzie jednak w górę.

Sharing is caring!

2 thoughts on “Jon Snow coś jednak wie – Gra o Tron S05E03 “High Sparrow”

  • 3 maja 2015 at 09:09
    Permalink

    Takie czepialstwo: Jeżeli poziom leci w dół to przestaje być poziomem, a zaczyna krzywą xD

    Wydaje mi się, że trochę przesadzasz, zwłaszcza że sporo z tych scen pojawiało się przecież w książkach (choć czytałem parę lat temu i nie jestem pewien, czy dokładnie tak przebiegały). Choć rzeczywiście coraz więcej wątków toczy się zupełnie inaczej.

    Choć rzeczywiście z golizną przesadzają. W książkach było tego jednak zdecydowanie mniej.

    Reply
    • 3 maja 2015 at 12:18
      Permalink

      Część rzeczy można byłoby sobie darować tę rozmówkę w burdelu pomiędzy Tyrionem a tą biedną i opuszczoną przez wszystkich prostytutką, część byłaby ok, gdyby je nieco przerobić (na przykład ta rozmowa Podricka z Brienne). Ta cała akcja z Wielkim Septonem została chyba napisana na nowo, tylko żeby było “pikantniej”.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *