Jest tak źle, że nie może być gorzej? “Batman v Superman: Dawn of Justice”

Po Batman v Superman: Dawn of Justice nie spodziewałam się niczego wybitnego. Można to ująć jeszcze inaczej – mając w pamięci ociekającego mesjanizmem Man of Steel oraz załamując ręce nad kolejnymi przepełnionymi patosem trailerami drugiego filmu z uniwersum DC obawiałam się najgorszego. I ziściły się moje przewidywania.

Co to oznacza? Film jest po prostu zły i nie uratowała go niezwykle urocza Gal Gadot w roli Wonder Woman, ani Jeremy Irons, odgrywający Alfreda. Tych dwoje to za mało, by ponieść ciężar wszystkich przewin Dawn of Justice. I choć inni recenzenci bardzo chwalą dobrą grę Afflecka, to uważam, że nowy odtwórca Batmana nie miał za wielu możliwości by się popisać, a co więcej – przekonać mnie do siebie.

Chciałoby się zacząć tę recenzję od standardowego zarysu fabuły, jednak najnowszy film z uniwersum DC jej po prostu nie ma. Albo doskonale ją ukrywa w chaosie niemalże losowo następujących po sobie scen, czyli przez jakieś trzy czwarte filmu. Ciężko jest się w tym scenariuszowo-montażowym labiryncie odnaleźć i nie pomaga w tym ani uważne oglądanie, ani tym bardziej znajomość komiksów. Scena otwierająca film została dodana zupełnie bez powodu, zwłaszcza że jej umieszczenie w tym miejscu filmu nie ma zupełnie sensu i nie stanowi ciągu logicznego z dalszą akcją. Później nie jest lepiej, bo przez niemal cały seans akcja rwie się i rozpada na malutkie kawałeczki.

Największym problemem jest to, że nawet jeśli uda się poskładać fabułę z elementów, które do filmu wrzucili twórcy, ona i tak nie ma sensu. Bruce Wayne/Batman miota się właściwie nie wiedząc czego chce, niby to usiłując rozwiązać problemy z przestępczością, z drugiej strony cały czas gdzieś myśląc o Człowieku ze Stali. Superman ratuje głównie Lois Lane, a jako Clark Kent stara się znaleźć jakieś haki na Mrocznego Rycerza z Gotham. Lex Luthor zaś z zupełnie niewytłumaczonych przyczyn chce zniszczyć Supermana (i nie, argument, że się go przestraszył, nie jest argumentem), a przy okazji wpada na pomysł wyeliminowania Batmana. Prowokuje zatem starcie głównych bohaterów, jednocześnie mając w odwodzie Doomsdaya.

Intryga Luthora jest całkowicie bez sensu – stara się przekonać opinię publiczną oraz senat USA do większej kontroli Supermana, co oczywiście nie przeszkadza mu szykować Kryptończykowi zagłady. Jego plan opiera się na założeniach, co do których może jedynie trzymać kciuki, by się spełniły (i właściwie spełniają się, ale jedynie dzięki imperatywowi). Wystarczy spojrzeć na przykład na sytuację z końcówki filmu, gdy doprowadza do konfrontacji Supermana z Batmanem. W tym celu porywa i ukrywa Marthę Kent, grożąc jej synowi, że jeśli nie przyniesie głowy Nietoperza to jego matka zginie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że równie dobrze Superman może zignorować całkowicie polecenia Luthora i od razu rozpocząć poszukiwania pani Kent, wykorzystując przy tym swój rentgenowski wzrok. Jednakże twórcy nakazują Kal-Elowi zapomnieć o swoich zdolnościach (posiadanych na etapie Man of Steel) i wykonywać idiotyczne polecenia Lexa.

We wstępie wspominałam, że poprzedni film z uniwersum DC ociekał mesjanizmem. Batman v Superman nie jest pod tym względem lepszy. Obawiam się wręcz, że jest jeszcze gorzej. Ilekroć Człowiek ze Stali pojawia się na ekranie, tyle razy twórcy nachalnie ciskają w widzów kolejnymi biblijnymi odniesieniami. A to Superman-wybawiciel bezbronnych, a to Superman-cierpiący za miliony i umierający za miliony. Kulminacją całego mesjanizmu tego filmu jest scena, w której Wonder Woman podaje martwe ciało Kryptończyka Batmanowi – cała scena stylizowana jest tak, by wywoływała skojarzenie ze zdjęciem z krzyża.

Co jeszcze sprawia, że Batman v Superman to zły film? Już wyjaśniam. DC zapowiadało, że ta produkcja będzie znaczącym krokiem w tworzeniu Extended Universe (czyli wspólnego wszechświata dla wszystkich superbohaterów). Niestety jednak twórcy zabierają się do tego ze złej strony – wprowadzają do uniwersum dwie nowe postacie (Batman i Wonder Woman), nie dając im odpowiedniego zaplecza i tła. Ktoś mógłby polemizować, że Mroczny Rycerz właśnie w tym filmie otrzymuje background, zostaje zarysowany jako postać, jednak absolutnie się z tym nie zgodzę. Przede wszystkim ze względu na to, że tak naprawdę wątki, które mogłyby motywować jego działania potraktowane są marginalnie. Jeszcze gorzej ma się rzecz z Dianą Prince, która występuje w tym filmie raczej w roli niespodziewanego sprzymierzeńca, zaś twórcy w żaden sposób jej nie przedstawiają widzom. Na tym jednak „prezentacja” kolejnych bohaterów się nie kończy, bowiem w filmie pojawiają się jeszcze Flash (dwukrotnie), Aquaman i Cyborg, którzy prezentowani są w krótkich cameo. Zaprezentowany w Batman v Superman sposób kreacji wspólnego uniwersum utwierdza w przekonaniu, że DC nie ma pomysłu na to, jakby to wszystko w ostateczności miało wyglądać. W najgorszej jednak sytuacji są osoby nieznające komiksów, bo cameo z Aquamanem (okropnie słabe), Flashem i Cyborgiem będą dla nich kompletnie niezrozumiałe.

I nie tylko one, bowiem w Batman v Superman jest cała masa scen, które wprawią widza w konsternację. Przykładem może być koszmar Bruce’a wrzucony niemalże losowo do fabuły. Jednakże to nie kiepski montaż jest tutaj najgorszym problemem – jest nim bowiem zatrważająca ilość odniesień do komiksów i fakt, że bez ich znajomości ciężko w ogóle zrozumieć cokolwiek z tej sceny. Z resztą niekiedy sceny są tak chaotycznie zmontowane, że i komiksy nie pomogą.

Kolejnym gwoździem do trumny jest fakt, że postaci są kiepsko napisane. Para głównych bohaterów, czyli Superman i Batman napisani są w ten sam sposób: milczący, ponurzy i ultrapoważni. Ani debiutujący w roli Wayne’a Affleck, ani powracający do swojej roli Cavill nie mieli właściwie czego grać, zaś cała interakcja pomiędzy bohaterami sprowadzała się do sceny jednej walki i kilku luźnych uwag wymienionych między sobą. Postać Lois Lane nie ewoluowała w kontekście Man of Steel – jej rola nadal ogranicza się do bycia damą w opałach, na pomoc której przybędzie Superman. Przed seansem miałam nadzieję, że powiew świeżości do filmu wniesie postać Lexa Luthora, jednak jego postawa szybko zaczęła mnie irytować, ponieważ jeszcze przed połową filmu stał się autoparodią. Gal Gadot w roli Wonder Woman wyglądała naprawdę bardzo ładnie, szkoda tylko że niewiele miała do zaprezentowania. Podobał mi się za to Jeremy Irons w roli Alfreda, jednak jego udział w fabule był na tyle znikomy, że nie mógł uratować tego filmu.

Jest również w tej produkcji kilka rzeczy, które mi się podobały – kilka udanych dowcipów (w tym ten o pelerynach), parę ciekawych odniesień do komiksów, będących raczej oczkiem puszczonym do widza (Clark opuszczający bankiet u Luthora by jako Superman ratować ludzi z pożaru w meksykańskiej fabryce skojarzył mi się z kadrem z Czerwonego syna) oraz całkiem dobra muzyka i oprawa wizualna stojąca na wysokim poziomie. Niemniej jednak uważam, że Batman v Superman to zły film: ze słabym, dziurawym scenariuszem (jeśli miałabym wymieniać wszystkie nielogiczności to nazbierałoby się tego na tekst dłuższy niż ta recenzja), płytkimi postaciami i ogromnymi problemami montażowymi.

Tekst dla portalu Insimilion.

Sharing is caring!

5 thoughts on “Jest tak źle, że nie może być gorzej? “Batman v Superman: Dawn of Justice”

  • 3 kwietnia 2016 at 02:46
    Permalink

    Tylko najgorszy głąb spodziewa się czegokolwiek co DC universe. Marvel też w 90% popłuczyny ale przynajmniej da się oglądać na trzeźwo.

    Reply
  • 3 kwietnia 2016 at 15:05
    Permalink

    Ja bym do plusów policzyła jeszcze motyw muzyczny Wonder Woman. Bardzo pomysłowy i wyróżniał się na tle podniosłych chorałów. Poza tym, zgadzam się z Tobą całkowicie, ten film jest nieudany. Tak bardzo nieudany.

    Reply
    • 3 kwietnia 2016 at 23:14
      Permalink

      Ogólnie mi się cała ścieżka dźwiękowa podobała. Nawet wspomniałam o tym w ostatnim akapicie (owszem najbardziej wpada w ucho motyw Wonder Woman).
      Wiesz co jednak jest najgorsze? Ten film będzie miał DLC.

      Reply
        • 6 kwietnia 2016 at 10:04
          Permalink

          To znaczy – a) twórcy usunęli z filmu jedną scenę, która obecnie krąży już po sieci, po czym stwierdzili, że koniecznie trzeba ją obejrzeć, żeby zakończenie filmu miało sens b) już zapowiedziano wersję reżyserską, która będzie dłuższa o całe pół godziny (oczywiście dostępna tylko na Blu-ray i DVD – ergo mamy tu płatne DLC)

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *