Jak czytać Tolkiena? – subiektywny poradnik od Serenity

25 marca to Światowy Dzień Czytania Tolkiena. I zgodnie z nazwą tego dnia polecam wam poczytać Tolkiena. Ale zanim zabierzecie się za lekturę, warto może przeanalizować, jak zacząć czytać działa Mistrza?

Przede wszystkim może zacznijmy od tego, że jest to bardzo subiektywny poradnik czytania Tolkiena. Być może jednak pomoże komuś rozpocząć swoją przygodę ze Śródziemiem i nie tylko. Oczywiście każdy z was pewnie będzie miał swoje zdanie na ten temat, więc zapraszam do dzielenia się nim w komentarzach.

Kiedy i od czego zaczynać czytać Tolkiena?

Zacznijmy może od podstawowej kwestii tego, kiedy warto rozpocząć swoją przygodę z twórczością Tolkiena. I powiem to tak – rozpoczęcie czytania dzieł Mistrza jest zapewne możliwe w każdym wieku, ale wiadomo nie wszystko jest dla wszystkich.

Dla najmłodszych zatem polecam zacząć od Łazikantego – bajki, którą J. R. R. Tolkien wymyślił na pocieszenie pięcioletniego syna – Michela.  Te dzieło Tolkiena (jedno chyba z najpóźniej wydanych drukiem) sprawdzi się zarówno jako bajka przeczytana na dobranoc, lub jako samodzielna czytanka dla malucha. Odpowiednio później, jeżeli wasze dziecko polubi opowieści Tolkiena można zaserwować mu również inne historie, takie jak: Kowal z Przylesia Wielkiego, Gospodarz Giles z Ham, Przygody Toma Bombadila czy Liść, dzieło Niggle’a. Wszystkie je znajdziecie w zbiorku Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa lub też w pojedynczych tomach.

Starsze dzieci (w wieku 9-11 lat) i reszta przygodę z Tolkienem powinna rozpocząć od Hobbita, który stanowi idealne wprowadzenie do Śródziemia. Dlaczego polecam sięgnięcie najpierw po przygody Bilba, a potem przygody Froda? Powodów jest kilka. Najbardziej naturalnym i logicznym jest kwestia tego, że po prostu to książka chronologicznie wcześniejsza w dziejach historii Pierścienia Władzy.

Ważniejsze jednak jest to, że tak naprawdę Hobbit prezentuje formę bardziej przyswajalną dla części czytelników. Nie jest to może wirtuozeria pióra, jednak historia jest na tyle dobrze napisana, że czyta się niemalże sama. No i przede wszystkim większości jej objętości nie stanowią opisy, które tak bardzo niektórych we Władcy Pierścieni męczyły.

Odradzam dla „początkujących” sięganie od razu po Władcę Pierścieni czy też, jeszcze gorzej Silmarillion. Dlaczego? Władca Pierścieni rzuci was do nieznanego świata, przytłoczy nazwami miejsc, imionami i wydarzeniami. Jeszcze bardziej zrobi to Silmarillion – który dla Śródziemia jest w sumie trochę takim fabularyzowanym podręcznikiem historii albo swoistą kroniką dziejów.

Czy sięgać po Silmarillion, Dzieci Hurina i Niedokończone opowieści?

Mój wewnętrzny tolkienowski nerd na to pytanie odpowiada: TAK. Jednak zdrowy rozsądek podpowiada, że nie wszyscy tak samo jak ja pokochają Śródziemie. Ci, których znudzi Władca Pierścieni, a obstawiam, że będzie wśród czytających pewna ilość takich osób, na pewno będą mieli problem, by pokochać Silmarillion czy Dzieci Hurina, nie wspominając już o Niedokończonych opowieściach.

Kiedy zatem sięgnąć po Silmarillion? Tylko wtedy, kiedy uznacie, że chcecie poznać Śródziemie bardziej. Że chcecie poznać początki tego świata, jego historię i zrozumieć, jak w ogóle doszło do tej całej draki z Pierścieniami Władzy.

Jednak zanim sięgnięcie po Silmarillion, musicie pamiętać, że to nie jest łatwa lektura. Przede wszystkim dlatego, że sama książka tak naprawdę jest efektem redakcji Christophera Tolkiena i czymś, co prywatnie określam jako podręcznik historii Śródziemia. Pod względem literackim nie jest to opowieść spójna tak jak Hobbit czy Władca Pierścieni, raczej poszatkowany zbiór mitów i podań, obfitujący w nazwy geograficzne, imiona czy wydarzenia, które spora część z was zapomni zaraz po odłożeniu książki.

Wiem, że wiele osób nie przebrnęło przez Silmarillion, bo sama lektura nie dla wszystkich może być łatwa i wiecie, do jakiego wniosku dochodzi moja zdroworozsądkowa część? Nie ma się czego wstydzić. Niemniej jednak, jeżeli nie daliście rady z Silmarillionem, odradzam dalsze brnięcie w Śródziemie, bo reszta tekstów jest równie poszatkowana, jak te zawarte właśnie we wzmiankowanej książce.

Dzieci Hurina i Niedokończone opowieści polecam osobom, które Śródziemie pokochały i chcą wiedzieć, jak zmieniały się pewne koncepty, a także ciekawe są uzupełnień historii, które już znają. Przede wszystkim dlatego, że to tak naprawdę wydane notatki J. R. R. Tolkiena, zebrane, uporządkowane i opracowane przez jego syna, niestety prezentujące dość niską wartość literacką samą w sobie. Stanowią raczej rozszerzenie i uzupełnienie niektórych treści i tematów nieporuszonych, pomiętych bądź nierozwiniętych w Silmarillionie, Władcy Pierścieni czy Hobbicie.

Co z resztą dzieł Tolkiena?

Cóż powiem szczerze – nie czytałam wszystkich dzieł Tolkiena, choć mam taki ambitny zamiar. Dlaczego ambitny? Bo poza tekstami o Śródziemiu w dorobku Mistrza mamy również teksty tematycznie odległe od fantastyki, czyli teksty literaturoznawcze i językoznawcze oraz poematy. Te dzieła polecam tylko wytrwałym i fanatycznym miłośnikom Tolkiena.

Osobną kwestią są również „Listy”, czyli zbiór osobistej korespondencji autora zredagowane przez Humphreya Carpentera. To dla wielu czytelników będzie możliwość bardziej osobistego obcowania z Tolkienem i chyba zdecydowanie lepsza okazja do poznania autora, niż jakakolwiek biografia.

O mojej przygodzie z dziełami Mistrza

Po tym skromnym, bo skromnym poradniku pozwolę sobie przejść do kwestii bardziej osobistych, czyli opowieści o swojej przygodzie z Tolkienem. Zaczęło się od Hobbita, a właściwie powinnam powiedzieć, że zaczęło się od mojej drogiej i nieocenionej Moreni, która podsunęła mi właśnie Tolkiena do przeczytania.

Z okoliczności pierwszej mojej wyprawy do Śródziemia, pamiętam niewiele, miałam wtedy może z dziewięć lat. Do tej pory jednak lektura Hobbita kojarzy mi się z intensywnym zapachem trawy i różnego ogrodowego zielska (to było późną wiosną lub wczesnym latem, a ja lubiłam przesiadywać z książką w ogrodzie, rozłożona na kocu niczym na pikniku). Pamiętam też jak dziś mój smutek po śmierci Thorina i pierwsze łzy wylane za książkowym bohaterem.

Władcę Pierścieni pochłonęłam niewiele później, oczywiście wielokrotnie do lektury wracając. Wtedy jeszcze wszystkie książki Tolkiena wypożyczałam z biblioteki gminnej, którą miałam niemalże po sąsiedzku, własny mały księgozbiór zgromadziłam dużo, dużo później (i nadal jest niekompletny). Tutaj mam dla was małą anegdotę o moich egzemplarzach Władcy. Moja trylogia (choć jak wszyscy wiemy, to nie jest trylogia tylko sześcioksiąg) to te same egzemplarze, które wypożyczyłam jako dziesięciolatka. Mają nawet jeszcze pieczątki biblioteczne. Jak weszłam w ich posiadanie? Cóż, były już tak zaczytane, że bibliotekarka postanowiła spisać je ze stanu, po czym zapewne trafiłyby albo na skup makulatury (co niestety działo się z niektórymi książkami) albo na jakiś kiermasz. Akurat jednak zdarzyło się tak, że pracowałam wtedy na stażu w tejże bibliotece i bibliotekarka, znając moje uwielbienie dla Tolkiena, pozwoliła mi wykupić je za symboliczną złotówkę. I choć raz na jakiś czas obiecuję sobie sprawić sobie nowe ładne i ilustrowane wydanie Władcy to te wydanie z 1990 roku, z Wyprawą zamiast Drużyny Pierścienia, wciąż będzie dla mnie bardzo ważne i wciąż będzie moim skarbem.

Wracając jednak do przygody z Tolkienem, to muszę wam powiedzieć, że dopiero po Władcy Pierścieni, poznałam Rudego Dżila i jego psa (czyli Gospodarza Gilesa z Ham, jak określają go inne wydania), zaś po nim przyszedł czas na Silmarillion, który połknęłam chyba jeszcze w czasach szkoły podstawowej, albo tuż przed rozpoczęciem gimnazjum. W liceum poznałam Dzieci Hurina, które ukazały się właśnie w tamtym czasie, na studiach udało mi się nabyć własny Silmarillion, Niedokończone opowieści i Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa oraz Listy i Upadek króla Artura. Dodatkowo moją kolekcję wspaniale wzbogaca Hobbit z komentarzem, którego wciąż nie zdołałam przeczytać.

Sharing is caring!

6 thoughts on “Jak czytać Tolkiena? – subiektywny poradnik od Serenity

  • 25 marca 2015 at 20:07
    Permalink

    “miałam wtedy może z dziewięć lat.”
    Miałaś 8, bo ja byłam w czwartej klasie.;)

    Z tymi “Dziećmi Hurina” to jest w ogóle niejasna sprawa. Ja “Silmarillion” łyknęłam szybciutko, zachwycił mnie i w ogóle, sentyment am do niego większy niż do WP. Właśnie z tego powodu sięgnęłam po “Dzieci..” bo doszłam do wniosku, że skoro w “Silmarillionie” było tak fajnie, to przecież nie może być dużo gorzej. I kompletnie nie chwyciło. Do tego stopnia się zniechęciłam, że zaczęłam uważać wszystko poza Hobbitem, WP i Silmarillionem za niebyłe…

    Reply
    • 25 marca 2015 at 21:00
      Permalink

      O patrzcie ją, wie lepiej kiedy przeczytałam Hobbita niż ja sama 😛 Byłam pewna, że miałam dziewięć lat, ale skoro twierdzisz, że osiem, to się spierać nie będę. 😛

      Cóż, ja się “Dziećmi” też jakoś mocno nie zachwycam, aczkolwiek czytałam je tylko jeden raz. A dzisiejszy dzień zmotywował mnie, żeby wziąć się w końcu za “Opowieści z niebezpiecznego królestwa”.

      Reply
  • 26 marca 2015 at 16:47
    Permalink

    Fajny wpis i ciekawa propozycja, ale tak się zastanawiam: czy nie za dużą wagę przykładasz do wieku czytelnika? Zdarza się przecież, że książki dla dzieci zachwycają właśnie nie dzieci, a dorosłych. Ja jako dziecko nie przebrnęłam przez “Łazikantego”, a “Hobbita” doceniłam dopiero na studiach (!). Myślę, że liczy się nie tyle wiek, ile oczytanie w literaturze fantastycznej. I że trzeba Tolkiena poznać albo na początku swojej przygody z fantasy, albo wtedy, kiedy przeczytaliśmy jej wystarczająco dużo, żeby dostrzec różnice między mistrzem a naśladowcami. Tolkien czytany gdzieś między Terrym Brooksem a wczesnym Tadem Williamsem może się paradoksalnie wydać… wtórny i psychologicznie nieprzekonujący. (Wtedy można sobie zażyć jako odtrutkę bardziej pesymistyczne “Dzieci Hurina”.) Takie są przynajmniej moje odczucia.

    Reply
    • 28 marca 2015 at 21:14
      Permalink

      Myślę, że być może masz rację co do tego, że od Tolkiena trzeba zaczynać czytać fantastykę. I myślę, że ten wiek 8-9 lat, o którym wspominałam jest dobry na rozpoczęcie tego właśnie samodzielnego czytania fantastyki a wraz z nią Tolkiena.

      Reply
  • 27 marca 2015 at 23:09
    Permalink

    “Łazikanty”, łooo, w zasadzie nic z tego nie pamiętam poza uczuciem totalnego zagubienia i nieogarniania co, kto, jak, gdzie i ogólnie dla podstawówkowej mnie to była strasznie wtfna książka pod względem fabuły, nie byłam w stanie w wyobraźni przełożyć słów na obrazy. Teraz bym pewnie ją w ogóle inaczej odebrała, biorąc pod uwagę to, że poza tym że było to o wędrówce psa, nic a nic mi w głowie nie świta, ale te, że tak to ujmę, wspomnieniowe uczucia są dosyć zatrważające i nie wiem czy bym się teraz wzięła za tę książkę gdybym miała okazję. Irracjonalne, ale cóż poradzić.
    “Niedokończone opowieści” ledwo co zaczęłam, nie jestem nawet pewna gdzie książka teraz jest, ale nawet mi się podobało, mimo iż nie potrafiłam umiejscowić kto i gdzie. Pamiętam nawet, że zrobiło mi się smutno kiedy opowiadanie o kolesiu, którym spotkał Ulma (okładka Alana Lee), ot tak się urwało w pewnym momencie. ):
    “Hobbita” przeczytałam w gimnazjum, i było na odwrót niż w przypadku historii o szlajającym się psie. Pod względem języka strasznie trudno mi to szło, ale chrzanić to, będę się męczyć, bo fabuła.

    Reply
    • 29 marca 2015 at 23:13
      Permalink

      “Łazikantego” nadrabiam po latach, bo zanim książka pojawiła się w moje bibliotece to ja zdążyłam już wyrosnąć z bajek i jakoś nie było okazji. Za to “Rudego Dżila”/”Gospodarza Gilesa z Ham” pamiętam – znaczy nie do końca pamiętam treść, ale wiem, że wydanie, które czytałam (a było to zaraz po lekturze “Władcy” albo tuż przed “Władcą”) miało dość komiczne ilustracje. Teraz za to cieszę oczy wspaniałymi rysunkami Alana Lee w moim kieszonkowym wydaniu “Opowieści z Niebezpiecznego Królestwa”.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *