I idą, idą, i idą… – The Walking Dead S05E10 “Them”

Dobra, zaliczyłam wielkie opóźnienie z oglądaniem dziesiątego odcinka The Walking Dead i wielkie opóźnienie z tekstem o nim. Przepraszam, kajam się, sypię głowę popiołem, ale po prostu w zeszłym tygodniu nie miałam prawie czasu na oglądanie czegokolwiek. Ale wracam, a w tym tygodniu zapewne dostaniecie dwa teksty o TWD zamiast jednego.

Odcinek zaczyna się od płaczącej Maggie – prawdopodobnie opłakuje Betty, ale robi to w miejscu dość niebezpiecznym, bo w środku lasu i to z zombiakiem właściwie za plecami. Już człowiek szykuje się na tragedię, ale jednak nie. Potem mamy Daryla grzebiącego w ziemi. Bam, nagle w jego rękach pojawia się dżdżownica i bam, nagle ląduje w jego gardle. Mmmm, tyle białka. Daryl widzę zaczął dbać o składniki odżywcze w diecie. Dalej mamy Sashę, która z butelką w dłoni idzie i kopie biedne żaby. A idzie dnem wyschniętego strumienia – nie wydaje się to naturalne, ale z drugiej strony czy wielkie ożywanie umarłych jest naturalne? No ale wracając do strumyka – wydaje mi się, że może to wina jakiejś tamy, naturalnej lub zbudowanej, skoro nie ma w nim wody, a żaby jak dobitnie sprawdziła to Sasha powymierały (ale nie zostały zombie-żabami). Fakt faktem, wody bieżącej brak.

 

Ech, ekipa Ricka wygląda tragicznie – wymizerowani, brudni, siedzą i czekają na powrót Daryla, Maggie i Sashy z wyprawy po zapasy. Prawdopodobnie źle rozłożyli zużycie zapasów a w drodze nie znaleźli nic, co by nadawało się do spożycia. Już myślałam, że są lepiej ogarnięci, ale jak widać życie w komforcie (no w Georgii mieli zawsze jakieś osiedle/miasteczko/miasto pod ręką i zdobycie czegokolwiek nie było problemem) oduczyło ich survivalowego myślenia. Całe szczęście do Waszyngtonu zostało im prawdopodobnie tylko sześćdziesiąt mil.

 

Zaraz po czołówce okazuje się, że w samochodzie, którym obecnie podróżowali skończyło się paliwo. A za naszymi bohaterami, jak cień podążają zombie. Właściwie podążały pewnie wcześniej same, ale jak wyprzedził ich samochód Rickowej kompanii to ruszyły za nimi. Rick w międzyczasie próbuje rozmawiać z Darylem o stracie Beth, ale nic im z tego nie wychodzi. Daryl chce pobyć sam, więc oddala się do lasu pod pozorem znalezienia czegoś do jedzenia. Razem z nim w lesie znika Carol. Tymczasem reszta grupy dalej maszeruje – Carl daje Maggie pozytywkę, potem Gabe próbuje porozmawiać z nią o religijności i przekazać wyrazy współczucia, ale Meggs to odrzuca, bo przecież Gabe nigdy nie znał ani Hershella ani Beth. Fakt faktem, że Gabriel mówi to tonem rasowego kaznodziei, ale Maggie w bardzo brzydki sposób wypomina mu przeszłość. A grupa zombie za naszymi słodziaszkami stale się powiększa – Sasha chce ich wszystkich powyrzynać, ale nikt poza nią nie chce marnować na nie sił. Serio, jesteście ludzie wycieńczeni, sami prędzej wpadniecie w ich ręce, a nie pozabijacie ich.

 

Tymczasem Daryl z Carol próbują coś wytropić, ale jest sucho, o wiele za sucho, by znaleźć jakiekolwiek ślady zwierzyny. Dlatego niewiele później mamy terapeutkę Carol, która krótko i szybko motywuje Daryla do dalszego życia, mimo straty jaką poniósł (on naprawdę zżył się z Beth przez te kilka dni wspólnej wędrówki). Po czym zostawia go samego z własnymi myślami – niech sam sobie teraz wszystko poukłada. Ale przed tym – Daryl dostaje spadek w postaci noża Betty i całusa w czółko! Słodycz sięga zenitu!

 

Na drodze tymczasem Rick na drodze dochodzi do wniosku, że w sumie znaleźli świetne miejsce na pozbycie się idących za nimi zombie – mostek, z którego mogą zrzucić umarlaków w całkiem ładny wąwóz poniżej bez zbytecznego używania siły. Piękne, sprytne i bardzo pomysłowe. I wszystko byłoby dobrze, gdyby Sasha nie zechciała pozabijać zombie marnując resztki sił. A że nie zostawia się swoich w potrzebie, to trzeba było biedną Sashkę ratować, czego o mało życiem nie przypłacił Rick, uratowany cudem przez Daryla. W bitewnym szale siostra Tyreese’a omal nie zabiła również Abrahama i Michonne.

 

Wycieńczona grupa trafia na porzucone samochody, które mogą posłużyć im jako środek transportu w kolejnym odcinku drogi do Waszyngtonu. Albo mogą przynajmniej znaleźć jakieś zapasy. Jedyne jednak na co się natykają w samochodach to zombie w bagażniku, prawdopodobna ofiara porwania. Ten zombiaczek to jest jedna z smutniejszych widoków, jakie twórcy zafundowali nam w tym odcinku.

 

Daryl tymczasem znowu poszedł zapolować. Ale nie udało mu się znaleźć żadnego żywego zwierzęcia, tylko nadgryzione przez czas i prawdopodobnie zombie truchło sarny. Niewiele dalej dostrzega też całkowicie umarłego zombie, który prawdopodobnie został zabity przez jakiegoś człowieka. Czyżby Morgana? Daryl z niczym właściwie wraca do pozostałych.

 

Okazuje się, że jedyne co zostało w samochodach to butelka burbonu, którą zaopiekował się Abraham wbrew ostrzeżeniom, że będzie przez to tylko gorzej. Nic do jedzenia. Nagle z lasu wypada banda zdziczałych psów, a Sasha nie waha się i otwiera do nich ogień. Po zakończonej akcji Rick zaczyna przygotowywać ognisko. No chyba nie pogardzą pieczonym mięsem, prawda? Choćby to były w dosłownym znaczeniu „hot dogi” to i tak lepsze to niż nic. Po posiłku Noah próbuje nawiązać rozmowę z Sashą, ale ona każe mu się zamknąć (może nie tak dosadnie) i jeść. Gabriel w końcu pozbywa się koloratki.

 

Przed grupą Ricka kolejny dzień wędrówki – zapasy wody skurczyły im się do minimum, ludzie są wycieńczeni. Maggie na dodatek cały czas jest przybita z powodu śmierci Beth, ale dzięki Glennowi zaczyna mówić, a nie tylko iść i iść z miną męczennicy. Abraham próbuje porozmawiać z Sashą, ale kończy się to fiaskiem i hasłem „nie jesteśmy przyjaciółmi”. Fakt faktem, że Abraham, Eugen i Rosita dołączyli do reszty dość późno, ale wydaje mi się, że już sama wędrówka z Atlanty do miejsca, w którym teraz są powinna zacieśnić pomiędzy nimi więzi. Z resztą to Noah ma najgorzej – przyczynił się pośrednio do śmierci dwójki z ich przyjaciół (Beth zginęła, bo Dawn nie chciała pozwolić mu odejść; Tyreese zginął przez porywczość chłopaka). W ogóle nastrój jest tak bardzo pod psem, że Daryl nawet nie ma ochoty na nic, więc oddala się od reszty, by pobyć sam (pod pozorem szukania wody).

 

Wychodzi na skraj lasu, skąd widzi samotną stodołę, ale nie zamierza się do niej wybierać, teraz po prostu chce pobyć sam. Wyjmuje więc papierośnicę i zapala papierosa, jednak chyba mu nie smakuje, bo gasi go zaraz na dłoni. I zaczyna najnormalniej w świecie płakać. Prawdopodobnie teraz dopiero opłakuje Beth, bo może sobie na to pozwolić, bo nikt nie widzi.

Tymczasem główna część grupy na środku drogi znajduje butelki z wodą wraz z kartką „od przyjaciela”. Pierwsza myśl – cholera, Morgan, czy to ty? Druga – skąd cholera wiedziałbyś, że będą szli tą trasą? Trzecia – a może to pułapka? Eugene jest gotów spróbować wody (nie dowiedzą się, jeśli nie zaryzykują, a kto jak kto Eugene może się zgłosić na ochotnika, w końcu i tak lepszego pożytku z niego nie będzie), ale Abraham wytrąca mu butelkę z rąk. Nagle, niemal jak na komendę zaczyna padać deszcz – czapki z głów proszę państwa, oto wasz upragniony prysznic. A na dodatek możecie też uzupełnić zapasy wody. Ale to nie tylko deszcz, bo jak się okazuje to cała burza z piorunami. Całe szczęście, że Daryl zrobił sobie solową wycieczkę – wiedzą, gdzie mogą się ukryć.

 

W stodole znajdują tylko jednego, biednego i prawdopodobnie zagłodzonego zombiaczka, tymczasem burza trwa w najlepsze. Zamknięci w stodole próbują się nieco wysuszyć przy niemrawo palącym się ognisku. Rick odwala mowę motywacyjną. Daryl ma dość tego gadania, więc oddala się do grupy i będąc pod drzwiami wyjściowymi zauważa, że grupa zombie też ma dość moknięcia i chciałaby wejść do środka (pewnie przywabił ich nikły bo nikły blask ogniska). Sam nie utrzymałby drzwi, a ja już rwałam włosy, byle nic mu się nie stało, ale zaraz dołącza do niego Maggie, Sasha, Rick i reszta aktywnej bojowo ekipy, ale nie tylko, bo do drzwi rzucają się również Noah, Gabriel, Eugene i śpiący słodko Carl. Do kompletu brakuje tylko Judith na jej dziecięcych nóżkach (no dobra, żarcik taki ponury).

 

Potem nagle jest świt i cisza. Rick śpi z Judith w objęciach, cała grupa rozłożyła się szerokim pokotem po całej stodole, tylko Maggie już wstała. A nie, bo Daryl prawdopodobnie nie spał całą noc. Na zewnątrz panuje cisza i spokój, jakby to wszystko, nocne trzymanie drzwi było tylko i wyłącznie snem raczej niż rzeczywistością. Daryl po krótkiej rozmowie z Maggie kładzie się spać, a Hershellówna wraz z Sashą ruszają na zewnątrz, gdzie czeka na nie niesamowity widok – cała horda zombie przygnieciona wiatrołomami, wyrwanymi z ziemi drzewami, a jeden ze szwędaczy nadziany jakieś pięć metrów nad ziemią na gałąź. Kobiety mijają usiany żywymi trupami krajobraz i idą na skraj lasu posiedzieć i pogadać. Obserwują wspólnie wschód słońca, Maggie nakręca naprawioną przez Daryla pozytywkę, po czym zza drzew wyłazi on. Gość, który chce widzieć się z Rickiem. Tak, z Rickiem, personalnie i z imienia wywołanym. Gość o imieniu Aaron. Czyżby był wysłany przez Morgana? Czy ta woda od tajemniczego „przyjaciela” to jego sprawka? Ich sprawka?

 

I tak kończy się ten odcinek drogi. Tak jak przewidywałam w zeszłym tygodniu – w odcinku działo się niewiele, akcji było tyle ile zmieściło się w migawkach po dziewiątym odcinku. Ale było całkiem fajnie, bo przynajmniej nie trzęsłam się z napięcia i pierwszy raz obejrzałam odcinek na luzie. Zobaczymy co przyniesie przyszły tydzień i czy Aaron powie, skąd wie, że Rick to Rick.

Sharing is caring!

11 thoughts on “I idą, idą, i idą… – The Walking Dead S05E10 “Them”

  • 26 lutego 2015 at 21:51
    Permalink

    Trzeci raz już to piszę, bo skróty na klawiaturze to zło, a znowu mam okres palców plątających się bez sensu po klawiszach. Najpierw straciłam komentarz, bo się cofnęłam do poprzedniej strony, a teraz jakoś magicznie w ogóle wyłączyłam przeglądarkę. Za co? ):

    Na początku bardziej niż położenie naszych bohaterów zaintrygowało mnie to, dlaczego żabki, wyglądające na świeże, leżą brzuchem do góry. Jak taka padnie, to leży jak leżała, ewentualnie się jej łapki rozczapierzą. I skoro leżą tak na wierzchu, to strumyk musiał wyschnąć chyba w kilka godzin.
    Z jednej strony racja, że Rick nie chciał już teraz natychmiast załatwić stadka zombie wlokącego się za nimi, bo po załatwieniu ich mogliby nie mieć siły aby iść dalej, albo w ogóle by za daleko nie doszli. Z drugiej strony gdyby zombie ich w końcu dogoniły, znaczyłoby to, że grupa idzie wolniej, że są już zmęczeni, i pewnie nie mieliby sił na walkę z trupami. I tak źle, i tak niedobrze.

    “Ale przed tym – Daryl dostaje spadek w postaci noża Betty i całusa w czółko!”
    THIS! I teraz nikt mi nie wmówi, że w serialu między nimi dzieje się coś więcej niż dozgonna przyjaźń. Całusy w czółko. Romans stulecia normalnie. Jakby go cmoknęła w policzek, to może jeszcze, ale nie kiedy Carol mu matuje co jakiś czas.
    “Jedyne jednak na co się natykają w samochodach to zombie w bagażniku, prawdopodobna ofiara porwania. Ten zombiaczek to jest jedna z smutniejszych widoków, jakie twórcy zafundowali nam w tym odcinku.”
    Wcześniej jakoś mnie to nie zastanowiło, ale teraz dotarło… Gdy ją zamknęli w tym bagażniku, musiała być żywa, bo co, kneblowali by zombie żeby nie gryzło? Potem porzucili samochód a ta kobieta sobie tam dłuuugooo umierała. Straszne.

    Krakatoa

    Reply
    • 26 lutego 2015 at 22:35
      Permalink

      No scena z żabkami była dziwna, bo to wyglądało, jakby nagle tam wody zabrakło. Ktoś zakręcił kurek i koniec, wody nie ma, żabki wszystkie umierają. A żeby było jeszcze zabawniej umierają do góry brzuszkami.

      Rick sprytnie sobie to z zombiakami umyślił, bo planował prawdopodobnie jakiś postój, ale wiedział, że grupa zombie za nimi idzie, więc obmyślił sobie postój z jednoczesną dość statyczną eliminacją zombiaków.

      Relacja Carol z Darylem jest tak skomplikowana, że mogliby na jej podstawie inny serial zrobić, jakąś obyczajówkę. Bo Carol rzeczywiście czasami zachowuje się, jakby mu matkowała, ale z drugiej strony nie jest to do końca takie matkowanie, no bo ile może być od niego starsza? Kilkanaście lat? Za młoda jest na jego matkę, to raczej rodzaj starszej siostry/starszej koleżanki, która może jednocześnie posłużyć za obiekt zakochania oraz taki obiekt matkopodobny.

      Reply
    • 27 lutego 2015 at 17:11
      Permalink

      I piach tylko, żadnego zaschniętego błocka ani nic. I takie niewysuszone te truchełka, a żabka to jednak potrafi raz dwa wyschnąć. Ciekawe, skąd je wzięli, może to jakieś plastikowe były? ;d *pasjonujące padłe żabki*

      Albo miał nadzieję, że trafi się jakaś szansa, żeby bez większego wysiłku pozbyć się niemrawej pogoni. Bo gdyby się nie trafiło to kamieniste urwisko, to co wtedy? By szli i szli i szli, aż w końcu nie można by tak spokojnie iść dalej.

      Z tym matkowaniem to tak trochę na wyrost czasem piszę, bo rzeczywiście między nimi najsilniejsza jest przyjaźń, taka zwykła międzyludzka, a nie jak w rodzinie. I nie wiadomo, czy Carol ma jeszcze siłę na taką matczyną opiekuńczość, i to mogą być takie ostatnie iskry tego – straciła już troje dzieci-dzieci, ale wciąż ma dziecko-dorosłego Daryla, który jednak świetnie radzi sobie sam, i Carol może być już na takim etapie, że czuje, że nie musi się o niego aż tak troszczyć, a przynajmniej jakoś nadmiernie tę troskę okazywać.

      K.

      Reply
    • 27 lutego 2015 at 17:30
      Permalink

      Co do żabek to rzeczywiście dziwnie wyglądały 😛 Tak w ogóle to ja dochodzę do wniosku, że my komentujemy jakieś padłe żaby, cholera, musi być z nami coś nie tak.

      No gdyby się szansa nie trafiła, to pewnie Rick musiałby poświęcić resztkę sił na utłuczenie tych zombiaków, bo nie mogliby tak pozwolić sobie, żeby oni za nimi szli. Ale może wtedy pozwoliłby Sashy ich po prostu zastrzelić.

      No toć mówię, że z ich relacji to można byłoby zrobić kolejny serial – tym razem jakąś obyczajówkę. 🙂 Przede wszystkim dlatego, że raz Carol jest taką przyjaciółką, raz matką, a raz jeszcze kochanką, więc nie mam pojęcia jak to właściwie między nimi jest. I raczej wydaje mi się, że twórcy też już sami nie wiedzą, co ma między nimi być.

      Reply
    • 28 lutego 2015 at 19:55
      Permalink

      Nie wiem jak Ty, ale ja tam lubię żabki. (: Tylko żywe jak już, martwe są smutne.

      Hm, pewnie tak. W sytuacji “jesteśmy padnięci i będziemy prowadzić walkę na zerowym dystansie” a “zużyjemy część amunicji (a Sasha się wyżyje nieco)”, ta druga opcja jest bardzo prawdopodobna. Choć Rick pewnie kazałby strzelać komu innemu, bo Sasha jest niepewna i niestabilna, i jeszcze by się co stało. ;d

      Taka niepewność co do relacji między bohaterami jest dobra, bo wystarczy jeden gest i od razu niemal wszystko wygląda inaczej, ale potem zabraknie kolejnego gestu, i znowu wychodzi co innego. Ale Carol już jest, hm, dojrzałą i silną postacią, nie wiem jak mogłaby się jeszcze rozwinąć, tak, żeby nie było to załamaniem, poddaniem się i ogólnym rozpadem. Więc skoro teraz będą już w *khe khe* bezpiecznym miejscu, można by już jakoś skonkretyzować tę relację.

      K.

      Reply
  • 26 lutego 2015 at 21:51
    Permalink

    W ogóle niezbyt się ucieszyli, że mają co jeść, a trzy (cztery?) także duże, mimo iż wychudzone, psiska pewnie spokojnie by starczyły dla wszystkich. Grobowa cisza przy jedzeniu, same marsowe miny. Zwalam to na złamanie tabu naszej kultury. Amerykanie jedzą psy. Upadek cywilizacji białego człowieka. Ale serio, mimo wszystko musieli się czuć bardzo nieswojo.

    “Abraham próbuje porozmawiać z Sashą, ale kończy się to fiaskiem i hasłem „nie jesteśmy przyjaciółmi”. Fakt faktem, że Abraham, Eugen i Rosita dołączyli do reszty dość późno, ale wydaje mi się, że już sama wędrówka z Atlanty do miejsca, w którym teraz są powinna zacieśnić pomiędzy nimi więzi.”
    Z drugiej strony Abe mógł mieć na myśli innych, a nie siebie i swoich ludzi. W końcu tylko wzruszył ramionami kiedy Sasha na niego naskoczyła. O ile dobrze pamiętam, to z Atlanty wyruszyli trzy tygodnie temu, więc w takim czasie można się jakoś do siebie zbliżyć, zwłaszcza w takich warunkach, ale dobrze, że twórcy nie potraktowali przyjaźni w taki płytki, amerykański sposób, że ledwo się ludzie poznają i już są bbf, bo się razem całą noc szlajali po barach czy co.

    Ta scena z drzwiami stodoły była w ogóle jakaś dziwna. A może raczej przejście do słonecznego poranka. Dramat, ciemność, pioruny walą, zombie się pchają, ludzie też pchają, no, raczej podpierają te drzwi i nagle jest spokój, cisza, ludzie sobie śpią. Potem się dowiadujemy, że zombie sprzątnęła burza stulecia, która połamała wielkie drzewa, ale dachu z lichej stodołki nie zerwała. Pogoda jest dziwna. W każdym bądź razie, jak to wyglądało w trakcie? Zombie zmiotło naraz czy pojedynczo? Ot tak po prostu przestały napierać na drzwi i grupa uznała, że jest spoko, można puścić i iść spać? Nie zastanowiło ich, co się stało? Przecież zombie potrafią iśc tylko do przodu, więc raczej nie stwierdziły nagle, że pójdą sobie naokoło albo zawrócą.
    Akcji było niewiele, ale survival jednak był. Brudny, spocony, lepki, śmierdzący (bardziej niż zwykle), zmęczony i marudny jak szlag. W końcu prawie umierali z głodu i pragnienia. A propo tego marudzenia – przy takich okazjach szybkiego przeskakiwania do przodu o ileś tam czasu, zawsze rozwala mnie to, że nagle po trzech tygodniach postaciom zbiera się nagle, ot tak, porozmawiać o tym co się działo, co ich trapi, o uczuciach. Ja wiem, że tak bywa, że ludzie dopiero po jakimś czasie od stracenia kogoś mogą w ogóle zacząć chcieć o tym rozmawiać, ale już, to chyba w wygodnym samochodzie a nie podczas Wielkiego Marszu. ;d

    Krakatoa

    Reply
    • 26 lutego 2015 at 22:46
      Permalink

      Daryl wcinał aż mu się uszy trzęsły. Ale no cóż, podejrzewam, że psie mięso uznał za bardziej pożywne niż podjadane co jakiś czas dżdżownice, bo tam gryźć nie ma czego 🙂 Nie powinni marudzić, zawsze pozostają jeszcze szczury, robaki i kanibalizm 😀

      Sasha zawsze była nieco na uboczu – ona miała swojego Tyreese’a i Boba i tyle jej wystarczało. Teraz jej brat i facet nie żyją i musi się biedaczka wpasować w resztę grupy, co może być nieco trudne dla niej, zwłaszcza jeśli się odsuwała wcześniej. Ale mają póki co z Maggie wspólny temat do smęcenia, więc się dogadają.

      W ogóle to tornadko/huraganik sprawił mi takiego WTFa na twarzy, że aż strach. Z resztą cała końcówka odcinka wydała się nieprawdopodobna – od momentu przyturlania się zombiaków (skąd się wzięły i dlaczego szły akurat w kierunku tej stodoły – no chyba nie powiecie mi, że chciały się schować przed deszczem), aż po poranne odkrycie zombiaków przywalonych drzewami. A ten tam na drzewie to mnie w ogóle rozwalił.

      W ogóle ta decyzja o przerzuceniu bohateró o ileśtamset kilometrów była moim zdaniem mocno słaba, bo ja chciałam zobaczyć naprawdę te kilka dni, jak poradzą sobie ze śmiercią Beth, jak przebiegnie decyzja czy pojadą do Waszyngtonu czy nie… A tu bam, okazuje się, że tak naprawdę są po kilku tygodniach podróży przez Amerykę. Tej wielkiej oczekiwanej podróży, którą wszyscy chcieli zobaczyć. Za to jestem zła na twórców, ale z drugiej strony może bali się monotonni, więc ich przerzucili szybko na północ, byle dalej, byle bliżej stolycy.

      Reply
    • 27 lutego 2015 at 17:25
      Permalink

      Z Daryla to w ogóle smakosz jest, pamiętasz jak w drugim sezonie surowe, wiewiórcze podroby wcinał? Takie pieczone mięsko to pewnie frykasy dla niego teraz. (: W ogóle zastanawiam się, czy Reedus naprawdę zjadł tę dżdżownicę, bo tak to wyglądało. Podejrzewam, że to pewnie jakiś realistycznie wyglądający żelek mógł być, no ale.

      Dla Sashy nastąpił oczyszczający, przełomowy moment (dla Maggie tylko oczyszczający), a teraz będą w jeszcze większej grupie, więc jak dla mnie jej izolowanie się zostało zakończone. Chociaż to zależy, jak jej wątek zostanie dalej poprowadzony, bo dużo ich tam jest, a teraz dojdzie jeszcze masa nowych postaci, więc pewnie nie będzie już marudzić na towarzystwo innych, tylko się spokojnie wtopi.

      No i nawet nie przyszło im do głowy, żeby te drzwi od stodoły czymś podeprzeć, jakimiś belkami, albo zabarykadować skrzynkami, kiedy nacisk ze strony zombie się zmniejszył. Nie, poszli spać. Ten odcinek ogólnie był nieco, hm, dziwny, bo od momentu deszczu, aż po atak zombie i odkrycie, że zostali uratowani i dojście do wniosku, że sobie poradzą, było coraz bardziej i bardziej metaforycznie. Byli coraz bardziej zmęczeni i spragnieni, ale najgorsze było to, że myśleli, że sobie nie poradzą już, zaczęli się rozklejać, a tu bum, macie deszcz. A tu drugie bum, macie huragan ratujący was przed zombie. Bum bum, moment oświecenia, jesteśmy silni i przetrwamy, aż dostajemy znaki.

      W zasadzie większość drogi pokonali samochodami, więc pewnie byłoby nudno jak piszesz. A żeby nie było nudno, to trzeba by jeszcze jakieś zapychacze dowalić, ale wtedy fabuła by się bez potrzeby wydłużyła. No i coś ważnego musiałoby się dziać po drodze, bo takie samo parcie do przodu dla parcia do przodu jest nieco bessensu. Albo by się kogoś z obsady znowu pozbyli, albo by kto doszedł, może jakieś rozdzielenie grupy znowu, a tu następny ważny punkt w fabule czeka, w końcu trzeba się doturlać do następnego ważnego miejsca i zarysować nowy konflikt i problemy, żeby ludzie czekali na następny sezon.

      K.

      Reply
    • 27 lutego 2015 at 17:41
      Permalink

      Ta dżdżowniczka to pewnie jakaś sprytna właśnie imitacja, coś bezpiecznego, wiadomo jak to Amerykanie raczej aż takiej naturalności by w serialu nie dopuścili. No i przede wszystkim, czy sam Norman wszamałby tę dżdżownicę?

      Ty mi już nie spoiluj co będzie 😛 To znaczy, ja mniej więcej już wiem, ale nieładnie tak spoilować. A nie, czekaj, mnie to nie rusza 😀 Aczkolwiek ciężko mi debatować, jak nie mam co odpowiedzieć.

      Tak od momentu spadnięcia deszczu było dziwnie – ale podejrzewam, że twórcy poszli trochę na skróty zwłaszcza jeżeli chodzi o te zombie. Bo mogli albo dać im przesiedzieć tę noc w stodole i pozwolić im sobie pomarudzić, pomarudzić i pójść spać, albo wrzucić jakiś element zagrożenia (zombie) i dać nieco niepewności (niech ludzie jękną), by zaraz pokazać, jaka nasza grupa to ma fajnie, bo ich nawet napierające zombie nie złamią. W kupie siła itede. A na koniec, żeby pozbyć się tych zombiaków, bo były im tylko potrzebne na moment wymyślili w sumie jeden z najdziwniejszych motywów ever.

      PS. Mam wrażenie, że ta stodoła była solidniejsza niż większość amerykańskiego budownictwa.

      Reply
    • 28 lutego 2015 at 20:09
      Permalink

      Bardzo sprytna i realistyczna imitacja. Ale oni tam już mają w kija naturalności, co prawda z plastiku czy co tam używają do robienia zombiaków, więc gdyby aktor nie miał nic przeciwko, to pewnie mogłoby dojść do jedzenia robactwa. O dżdżownicę chyba by się żadne organizacje nie pultały chyba.

      No wiesz, skoro oglądałaś następny odcinek, to nietrudno zgadnąć, że będzie ich tam jeszcze więcej się po ekranie plątać. xD Choć też nie wiadomo jak wiele postaci będzie miało jakąś większą rolę, trzy na pewno, ale jak nasi gdzieś wejdą to od razu przejmują kontrolę i pewnie nie pozwolą za bardzo, żeby im kto czas antenowy kradł. A w przypadku Sashy to tylko takie gdybanie, i równie dobrze można by tak gdybać o Darylu, Noahu czy Carol. W komiksie jednak było ich nieco mniej na tym etapie. Kurczę, muszę znowu zacząć to czytać, bo jeszcze trochę i serial mnie przegoni, już nie będę mniej więcej przygotowana na zdarzenia. Straszne.

      Gdyby nie było tej nocnej akcji, tylko z samego rana Sasha i Maggie by wyszły na takie pobojowisko, to by chyba nawet lepiej wyglądało. Jakieś hałasy na dworze, może horda przechodzi obok, siedzimy cicho, napięcie rośnie, a potem widzimy jakie to nasi mieli szczęście i jak to Zesłana Burza ich uratowała w Zesłanej Stodole. No piszę Ci, ona się nie zawaliła ani żadne drzewo na nią nie spadło, bo została im Zesłana.

      K.

      Reply
    • 1 marca 2015 at 12:07
      Permalink

      Mieli na bank jakieś pole siłowe nad tą stodołą rozłożone, żeby wichura nic im nie zrobiła. Znaczy ja mam wizję takiej małej uprzejmej trąbki powietrznej, która kręci się dookoła Zesłanej Stodoły i rozrzuca zombiaki, wyrywa drzewa, ale ani dachóweczki ani belki nie ściągnie 🙂

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *