Hannibal approves! – The Walking Dead S05E02 “Strangers”

Tydzień. Siedem dni oczekiwania pełnego napięcia, co będzie w kolejnym odcinku. I jak już obejrzałam odcinek to w sumie mam mieszane uczucia – z jednej strony odcinek dał nam trochę odpoczynku, ale z drugiej strony był satysfakcjonujący – niby napięcia było sporo, ale tak naprawdę z dużej chmury zupełnie nie było deszczu.

Och, od czego by tu zacząć… Może od tego, że oglądając „Strangers” chichotałam jak szalona. I nie tylko przy jednoznacznie dowcipnych sytuacjach. Chichotałam jak oszalała z początkowej sekwencji kroczącego Ricka, chichotałam, kiedy Daryl niezręcznie próbował dogadać się z Carol, aż wreszcie przy żarcie o wiewiórkach. I jakkolwiek głupio to zabrzmi nie mogłam się powstrzymać również przy ostatnim dowcipie w odcinku (kij z tym, że to ekipa z Terminus, aczkolwiek żart w stylu Hannibala to dobry żart – tak wiem, jestem trochę skrzywiona).

 

No ale, kurczę, spodziewałam się raczej trochę więcej akcji i więcej napięcia, bo znowu jest jakaś taka stagnacja – idzie Rick przez las i idzie, i idzie. W końcu znajdują tego biednego księżula i napięcie wzrasta – gość jest zbyt miły, zbyt dobry i wydaje się być za słaby, żeby mógł przeżyć ot tak ten cały czas od początku epidemii (rok, półtora? dwa lata?) i nie zginąć w międzyczasie. Jest idealnym materiałem na podejrzanego. I dochodzimy do kościoła, gdzie spodziewamy się zobaczyć Beth, miejsce kanibalskich obrzędów czy cokolwiek szokującego, ale nie. Nie zobaczymy. Kościółek jest ok, emocje opadają.

 

Trafiamy do miasteczka (to chyba to samo miasteczko, przez które przechodzili Sasha i Bob w drodze do Terminus) i już mamy nadzieję, że księżulo coś odwali, zaraz zamknie Ricka w pomieszczeniu pełnym zombie a sam wróci do swojego kościoła i będzie udawał, że nic się nie stało. Ale nie ojciec Gabriel raczej nie należy do postaci, które coś kombinują. Przynajmniej nie przy Ricku, bo wyraźnie widać, że duchowny coś ukrywa i jak się okazuje później w odcinku prawdopodobnie jego grzechem jest nieudzielenie pomocy potrzebującym („Spłoniesz za to w piekle” i ślady noża na zewnętrznych ścianach budowli wskazują, że ksiądz w momencie wybuchu epidemii zamknął się sam w kościele i pozwolił by jego owieczki pożarły zombie).

 

Odcinek dalej toczy się swoim nieco ociężałym rytmem, aż tu nagle okazuje się, że Carol zamierza porzucić wesołą gromadkę (chyba wciąż ciąży jej na sumieniu zabójstwo Karen i Davida oraz Lizzie) i ruszyć samotnie w drogę. Ale zakochany kundel aka Daryl Dixon nie zamierza wypuścić tak łatwo ze swoich rąk ledwie odzyskanej przyjaciółki. Usiłuje ją namówić na powrót i właściwie pewnie zdążyliby wrócić pewnie do kościoła i uratować Boba przed zakusami Garretha, ale nagle ni stąd, ni zowąd pojawia się czarna wołga, która uprowadziła Beth. Daryl i Carol ruszają w pościg i pewnie w przyszłym odcinku ich nie zobaczymy.

 

Tymczasem reszta ekipy imprezuje i raczy się winkiem mszalnym (cholera, jacy oni nieostrożni!). Bob już konkretnie podpity wychodzi na zewnątrz (po co? zachowuje się jakby zamierzał się zabić, albo był bardzo szczęśliwy i wzruszony – bór raczy wiedzieć, co mieli na myśli twórcy) i wpada w łapki ludzi Garretha. Początkowo sądziłam, że to może Morgan go ogłuszył, ale jak się okazało śledzącymi okazała się grupa ocalałych z Terminus. I powiem szczerze – trochę mi zaimponowali. Może to przez nieco chory żart rodem z Hannibala, może to ze względu, że jednak okazali się sprytniejsi niż podejrzewałam. Chociaż nie będą już tacy sprytni, jak Rick w przyszłym odcinku ich pozabija i uratuje (albo i nie) Boba. No ale to za tydzień. A Daryl, Carol i pościg za czarną wołgą za dwa tygodnie. I znów się rozdzieliła nam grupa.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *