Filmowe podsumowanie miesiąca #48 – ten dziwny ostatni kwartał

Miałam pisać więcej. Tak, wiem, skrewiłam sprawę i nie pisałam. Przyznaję się, posypuję głowę popiołem i obiecuję być proaktywna. Wracam do pisania, regularnego a przynajmniej regularniejszego niż jeden post na dwa-trzy miesiące. Wracam na razie w formie filmowego podsumowania ostatniego kwartału.

Od razu uprzedzamy – końcówka roku, w przeciwieństwie do poprzednich trzech kwartałów obfitowała w obejrzane przez nas filmy.

Venom (2018)
Wiecie jak to jest, kiedy wszyscy wokół narzekają na jakiś film zanim na niego pójdziecie do kina, a po seansie dziwicie się o co tyle krzyku? No cóż, my tak mieliśmy właśnie z Venomem. To znaczy dostaliśmy zupełnie co innego, niż było na początku zapowiadane, ale nie oznacza to, że bawiliśmy się źle.
Jako dziennikarz, Eddie próbował zdemaskować niecne działania słynnej firmy Life Foundation, prowadzonej przez naukowca Carltona Drake’a. Przez lata stało się to jego obsesją, zniszczyło mu karierę oraz związek z Anne. Kiedy jeden z eksperymentów Drake’a – obcy Venom – scala się z ciałem Brocka, ten otrzymuje nagle supermoce i zdolność robienia wszystkiego, czego tylko zapragnie. Wynaturzony, mroczny, nieprzewidywalny, agresywny Venom w ciele Brocka sprawia, że Eddie próbuje zapanować nad nowymi mocami, choć zauważa też, że są inspirujące i kuszące. Jeden i drugi starają się przejąć kontrolę nad sobą nawzajem i dostać to, czego chcą, coraz bardziej spajając się ze sobą.
To był taki milusi, przyjemny film, że gdyby wyciąć ze dwie sceny z ludźmi rozkawałkowanymi przez Venoma, to w sumie mógłby lecieć w niedzielne popołudnia wraz z innymi filmami familijnymi na Polsacie. I to jest prawdopodobnie przyczyna tego, że został przyjęty, jak przyjęty, czyli bardzo negatywnie. Zapowiadano nam historię mroczną (i momentami jest naprawdę w tym duży potencjał), ale podobno wtrąciła się wytwórnia i nieco nam Venoma złagodziła. Mimo tego wyszedł solidny popcorniak, z bardzo dobrym Tomem Hardym w roli głównej, taki, który chętnie obejrzę jeszcze raz już na spokojnie w domu. Nic wybitnego, ale zawsze mogło być gorzej i film mógł się okazać zupełną klapą.

Bad times at El Royale (2018)
Trailer podpowiadał, że będzie to kino w stylistyce, z jakiej znamy filmów Quentina Tarantino. I do tego jeszcze z Chrisem Hemsworthem w roli bad guy’a.
Siedmioro obcych sobie ludzi, z których każdy skrywa mroczną tajemnicę, spotyka się w El Royale, nie cieszącym się dobrą sławą, na wpół zrujnowanym hotelu nad jeziorem Tahoe, na granicy stanów Nevada i Kalifornia. W ciągu jednej brzemiennej w skutki nocy każdy z nich stanie w obliczu szansy na odkupienie… zanim nie rozpęta się prawdziwe piekło.
Całość zapowiadała się jak film Tarantino, całość miała nawet zbliżoną do Tarantino narrację i sposób prowadzenia fabuły. Tyle, że zabrakło wiele do poziomu Tarantino – narracja prowadzona jest w sposób zdecydowanie mniej płynny, fabuła zaś wygląda na ustawioną konkretnie pod pewne postaci i nie wykorzystuje wielu wątków, które zaczyna. Problematyczne są postaci – bo wiele z nich ma potencjał, ale w sumie go nie wykorzystuje: weźmy za przykład Billy’ego Lee granego przez Hemswortha – było można z niego zrobić naprawdę ciekawego złola, a ostatecznie skończyło się na jakimś gościu, co to przypominał trochę Charlesa Mansona. Cały film zdaje się być zbudowany wokół postaci ojca Flynna i Darlene, choć ta ostatnia jest jak dla mnie najmniej intrygującą postacią. Kompletnie za to nie rozwinięto Laramie Seymoura Sullivana, choć i jego wątek i jego postać mogły być osią napędową tego filmu. Przyjemnie zaskoczona za to poczułam się przy Milesie Mellerze. Ale więcej widać w tym filmie problemów niż dobrych rozwiązań.

Mayhem (2018)
Gdyby nie to, że film był puszczany w ramach maratonu horrorów, w trakcie którego premierę miała Suspiria, nigdy bym w sumie nie obejrzała tej “produkcji”. I nic bym nie straciła.
Szklane biurowce wypełnione pracownikami rozmaitych korporacji to wręcz idealne środowisko życia… dla mikrobów, bakterii i innych zabójczych wirusów. Zwłaszcza zaś dla tych, które sprawiają, że łagodni jak baranki pracownicy open space’ów stają się żądnymi krwi zabójcami. Derek Cho  został właśnie niesprawiedliwie zwolniony z pracy. Nie zamierza jednak poddać się i swej posady bez walki. W obliczu chaosu wywołanego atakiem tajemniczej choroby i kwarantanną, którą objęty został cały budynek firmy mężczyzna rozpoczyna prywatna wojnę  z korporacyjną wierchuszką.
Cóż to był film tak skrajnie słaby, że prawie już nic z niego nie pamiętam. Szczerze powiedziawszy to lało się tam dużo krwi, scenariusz próbował być dowcipny, a ja nie wiedziałam, czy być zażenowana czy znudzona. Sposób narracji nie pomagał w obserwowaniu szczątkowej fabuły, a cała ta przerysowana satyra na korporacje naprawdę kiepsko się sprawdziła.

Suspiria (2018)
Od pierwszego trailera czułam się kupiona. Klimat aż wylewający się z zapowiedzi i przepiękna Tilda Swinton w jednej z wiodących ról to było to, czego potrzebowałam i co przemawiało za obejrzeniem tej produkcji jak najszybciej.
Amerykańska tancerka Susie Bannion, udaje się do Berlina, aby rozpocząć naukę w tamtejszej, prestiżowej szkole baletu. Jej przyjazd zbiega się w czasie z tajemniczym zniknięciem Patricii, jednej z wychowanek akademii. Susan, czyniąca niesamowite postępy pod okiem ekscentrycznej dyrektor artystycznej szkoły – Madame Blanc, szybko zaprzyjaźnia się z inną tancerką Sarą. Kiedy w szkole dochodzi do kilku mrożących krew w żyłach incydentów, obie dziewczyny zaczynają nabierać podejrzeń, co do prawdziwej natury akademii. Wkrótce Susie pozna jej największy, mroczny sekret.
Suspiria nie jest strasznym filmem. Ale jest filmem pełnym napięcia, z nie do końca oczywistymi rozwiązaniami fabularnymi i przede wszystkim masą głębi. To nie jest film, który na pewno wam się spodoba, bo może się okazać, że jednak to do was nie przemówi jego stylistyka. I pełna erotyzmu strona wizualna. Generalnie oglądanie Suspiri w kinie na maratonie filmowym na pewno jest błędem (popełniliśmy go), bo to jeden z tych filmów, które powinno się obejrzeć w domu, rozkoszując kolejnymi pięknymi scenami. Lub też scenami, w których leje się krew, dużo krwi. Kino odziera to przeżycie z intymności, jaka powinna mu towarzyszyć. A poza tym jest tu piękna Tilda Swinton i to już powinno wystarczyć za rekomendację.

Look Away (2018)
Trailer wyglądał interesująco i zapowiadało się, że dostaniemy intrygujący film o opętaniu, wykorzystujący do tego lubiany przez nas motyw lustra jako elementu związanego z paranormalną emanacją.
Maria to nieśmiała, wyalienowana licealistka, gnębiona i upokarzana przez rówieśników. Zdesperowana dziewczyna zwierza się własnemu odbiciu w lustrze. Okazuje się wkrótce, że jej bliźniaczy, wyrozumiały i okazujący wsparcie lustrzany obraz to w rzeczywistości bezwzględna i głodna przemocy Airam. Następuje zamiana miejsc, która doprowadza do nieoczekiwanych i przerażających zdarzeń. Czy Airam to osobna postać, czy inna twarz tracącej zmysły i coraz bardziej żądnej zemsty Marii?
To film straszny pod jednym względem – pod względem tego, jak rodzice głównej bohaterki się do niej odnoszą. Jak bardzo nie widzą jej problemów i tego, że pogarszają jej sytuację. Cała reszta – to jakiś bełkot, w który ciężko uwierzyć. Dobry horror opierać się musi na tym, że nie ma problemu z zawieszeniem niewiary, musi pokazywać codzienność, żebyśmy bali się niezwykłości. Tymczasem w tym przypadku idiotyzm goni idiotyzm, a widz tylko czeka kiedy to się wreszcie skończy. Tak było i nie pomógł Jason Isaacs, w roli ojca maniaka ideału, maniaka piękna i harmonii, który na sweet sixteen swojej córki chce zaoferować jej operację plastyczną, jeszcze bardziej powiększając jej kompleksy.

Hotel Transylvania 3 (2018)
Na tę animację czekaliśmy zbyt długo (letni film w Polsce goszczący na ekranach kin dopiero jesienią), a na dodatek zbyt mocno (pierwsze dwie były naprawdę udane).
Tym razem Paka Draka wybierze się na ekskluzywne wakacje. Będą podróżować luksusowym potwornym statkiem. W końcu od codziennej pracy w Hotelu Transylwania trzeba kiedyś odpocząć. Czas na spokojne żeglowanie i korzystanie ze wszystkich dobrodziejstw statku – od upiornych zawodów w siatkówkę przez egzotyczne wycieczki aż po relaksujące opalanie pod światłem księżyca. Ale wakacje ze snów szybko stają się wakacjami z koszmarów, kiedy Mavis spostrzega, że Drac zakochał się w tajemniczej pani kapitan statku. Ericka ukrywa niebezpieczny sekret, który zagraża gatunkowi potworów.
Kto pisał tu scenariusz? A tak, na pewno nie Adam Sandler. I to widać, bo znacząco zmieniono wydźwięk całości. Przede wszystkim w odstawkę poszła cała ferajna Draka – ze świecą szukać scen z Frankensteinem, Waynem, Murrayem i Griffinem. Brakuje w tym dobrego humoru, są jakieś takie mdłe żarty. Z komedii pomyłek Hotel Transylwania stał się komedią romantyczną i to bardzo słabą. Dzieciakom pewnie się spodoba, ale starszy widz może zatęsknić za bardziej udanymi dowcipami. Bitwa DJów jest całkiem spoko, ale i tak nie poprawia to odbioru tego filmu.

Outlaw King (2018)
Trailer sugerujący dobry film historyczny? Jest. Ciekawi aktorzy w rolach głównych? Są. W reszcie poprawność historyczna w ubioru bojowym? Jest! Interesujący rozdział z historii Anglii? Jest.
Dotychczas nieopowiedziana prawdziwa historia Roberta I Bruce’a, który w ciągu jednego roku z upadłego szlachcica stał się królem, a następnie wyjętym spod prawa bohaterem. W zniewolonej przez Anglię średniowiecznej Szkocji walczył, by ocalić swoją rodzinę, lud i kraj. Po przejęciu szkockiej korony, Robert i jego garstka sprzymierzeńców muszą stawić czoła najsilniejszej armii świata, dowodzonej przez króla Edwarda I oraz jego nieprzewidywalnego syna, księcia Walii.
Proszę państwa oto jest król, król wszystkich filmów historycznych. Zadbano tu o konsultację historyczną, zadbano tu o odpowiednie odzianie bohaterów, nie pominięto żadnego z detali (włącznie z kapturami pikowanymi pod hełmami!). I wyszedł z tego bardzo dobry film, ze świetnie napisaną fabułą (choć skrótową, kondensującą wojnę Roberta z Anglią do króciutkiego okresu). To także film, który pomógł mi odkryć, że Aaron Taylor-Johnson jednak dobrym aktorem jest (tak, Quicksilver z Avengers: Age of Ultron) i za każdym razem, kiedy pojawiał się na ekranie kradł Chrisowi Pine’owi film. Jako historyczka wielbię ten film. Jako fanka kina – widzę kilka dłużyzn, ale oceniam go pozytywnie.

Beautiful Creatures (2013)
Pewnie wiecie, że czasami między mną a Turelem pada sakramentalne zdanie: “Obejrzyjmy coś”. I to coś bardzo często jest losowo znalezionym filmem. Tym razem padło na paranormal romance.
Opowiada historię szesnastoletniego Ethana Wate’a, który mieszka na południu Stanów Zjednoczonych. W małym miasteczku Gatlin w Karolinie Południowej czas stanął w miejscu, a ludzie ciągle postrzegają wojnę secesyjną poprzez pryzmat “północnej agresji”. Jednakże pierwszego dnia kolejnego roku szkolnego Wate spotyka tajemniczą Lenę Duchannes, siostrzenicę lokalnego odludka, a także… dziewczynę swoich marzeń. Ethan szybko odkrywa, że Lena nie jest typową nastolatką, a ich rodzący się związek nie opiera się tylko i wyłącznie na fizycznym przyciąganiu, lecz również na tajemniczej więzi, która już niedługo zmieni ich życie.
Tak złego filmu to ja dawno nie widziałam. Serio mamy tu wszystko, czego nam trzeba, by uznać to za dzieUo tej samej klasy (albo niżej) co Zmierzch: idealne tajemnicze nastolatki, które trafiają do szkoły w środku roku i od razu podbijają serce głównego bohatera; miłość od pierwszego wejrzenia, która okazuje się być zakazana i groźna dla głównego bohatera; jest też rodzina, która nie chce dopuścić do romansu. Za to system magiczny w Beautiful Creatures jest idiotyczny i nawet mniej przemyślany niż sparklące wampiry: w szesnaste urodziny zyskujesz pełnię mocy i odgórnie zostajesz albo dobry, albo zły i nie można wybrać. Ale jednak wujek wybrał. Ale główna bohaterka nie może wybrać. A jednak wybiera i staje się Mary Sue, kroczącą po dwóch stronach mocy. Nie ratuje tego filmu wspaniały w swojej dziwacznej roli Jeremy Irons. Chcę to odzobaczyć.

Fantastic Beasts: Crimes of Grindelwald (2018)
Pierwsza część była zaskakująco przyjemna, mimo retconów w stosunku do kanonu znanego z książek o Potterze. Część druga, zanim na nią poszłam zdążyła oberwać sporą dawką krytyki.
Akcja filmu, do którego scenariusz napisała J.K. Rowling, rozpoczyna się w 1927 r., kilka miesięcy po tym, jak Newt pomógł zdemaskować i schwytać niesławnego czarnoksiężnika Gellerta Grindelwalda. Ten dotrzymał danego wcześniej słowa i uciekł w dramatycznych okolicznościach. Cały czas gromadzi nowych zwolenników swojej sprawy — wyniesienia czarodziejów ponad wszystkie niemagiczne istoty. Jedyną osobą będącą w stanie go powstrzymać jest czarodziej, którego niegdyś uważał za swojego najlepszego przyjaciela — Albus Dumbledore. Jednak Dumbledore nie obejdzie się bez pomocy swojego byłego ucznia Newta Scamandera, któremu już raz udało się pokrzyżować plany Grindelwaldowi. Przygoda ponownie splata losy Newta, Tiny, Queenie i Jacoba. Jednak misja ta będzie także sprawdzianem ich lojalności, kiedy będą stawiali czoła nowym zagrożeniom w coraz bardziej niebezpiecznym i podzielonym świecie czarodziejów.
Czego nie ma w tym filmie? Fantastycznych stworzeń. Niestety jest ich tak mało, że proszę państwa smutno mi się robi z tego powodu. Czego jeszcze nie ma w tym filmie? Dobrze napisanej fabuły. Bohaterów pcha do przodu imperatyw. Czego jeszcze brakuje? Dobrze napisanych postaci. Tina gdzieś znika. Kowalski traci swój charakter. Nie ma też Dumbledore’a, choć wiele bym dała, żeby zobaczyć więcej Jude’a Lawa w tym filmie. Nie ma też spójności z uniwersum. Nie ma też dobrze napisanych relacji (serio, jeśli najlepiej napisanym wątkiem jest toksyczna relacja Queenie i Jacoba to nie świadczy dobrze o filmie). Poza tym wątków jest za dużo, postaci jest za dużo, robienie z Flammela jakiegoś comic reliefa nie jest fajne. A Johnny Depp po raz pierwszy od wielu lat nie gra Jacka Sparrowa (a to jest akurat ok).

Mortal Engines (2018)
Jeśli idziemy na film, tylko po to, żeby zobaczyć Hugo Weavinga w roli tego złego, to nie można się spodziewać, że film będzie dobry. A przynajmniej my się tego nie spodziewamy.
Cywilizacja człowieka została zniszczona przez kataklizm. Tysiące lat potem ludzkość dostosowała się do nowych warunków. Gigantyczne miasta przemieszczają się po Ziemi, niszcząc mniejsze metropolie. Tom Natsworthy, pochodzący z przedmieść miasta trakcyjnego – Londynu, walczy o przetrwanie. Na swojej drodze spotyka niebezpieczną uciekinierkę Hester Shaw. Dwa przeciwieństwa, których drogi nigdy nie powinny były się przeciąć, tworzą nieprawdopodobny sojusz. Sojusz, który ma zmienić bieg przyszłości.
W tym filmie są dwie rzeczy dobre: Hugo Weaving w swojej roli przerysowanego złola i Londyn. Londyn proszę państwa jeździ, pożera inne miasta i w ogóle jest awesome, a na samym szczycie ma katedrę św. Pawła. O pardon, jest jeszcze jedna fajna rzecz w tym filmie: necron, zwany dla niepoznaki Wskrzeszeńcem o imieniu Shrike – najlepszy bohater całego filmu. Reszta to typowy słabo przemyślany dystopijny obraz dla nastolatków. I serio, były lepsze dystopie już. Problemem była fabuła (bez sensu), problemem byli bohaterowie (bez charakteru), a także CGI, które było okropne i przywodziło na myśl koszmarki a’la gobliny z Hobbita.

Aquaman (2018)
Zacznę od starego i niezbyt już śmiesznego żartu: jeśli powiedzielibyście mi kiedyś, że film, o gościu, który rozmawia z rybami, będzie najlepszym filmem DC, to bym was wyśmiała.
Arthur Curry, po pokonaniu Steppenwolfa, działa jako Aquaman, ratując ludzi na morzu. Ani mu w głowie walka o tron Atlantydy. Jednak kiedy jego przyrodni brat, Orm, decyduje się wypowiedzieć wojnę powierzchni, Arthur musi zdecydować się na walkę o władzę nad morzami i oceanami. Razem z księżniczką Merą ruszą w misję odszukanie trójzębu króla Atlanta, który daje władzę nad wszystkim, co pod wodą.
James Wan wyciągnął z Aquamana wszystko, o czym mogliśmy tylko marzyć. Wzbudzający moje wątpliwości kolorowy trailer okazał się zapowiedzią jednego z fajniejszych filmów komiksowych, a zdolności Wana w kreowaniu wspaniałych ujęć sprawiły, że oglądanie tego wszystkiego było niesamowitą przyjemnością. Miałam też wątpliwości, czy Patrick Wilson w roli Orma sobie poradzi, ale stworzył naprawdę charyzmatycznego złola, który trafi na pewno do top 10 moich ulubionych villainów. Wszystko w tym filmie zagrało: obsada, wizualia, fabuła. Ludzie narzekają, że są dłużyzny, ale kurczę tak robi filmy Wan: długie wprowadzenie, które idealnie buduje nastrój całości i przedstawia nam świat.

Spider-man: Into the Spider-verse (2018)
Trailer zapowiadał świetną zabawę i ciekawą animację. Poza tym Pajączek jakoś ostatnio znowu trafił do grona jednych z najbardziej lubianych przeze mnie postaci, więc była to pozycja obowiązkowa.
Miles Morales jest normalnym nastolatkiem, chodzącym do szkoły na Brooklynie, podziwiającym Spider-Mana i mającym trudne relacje z rodzicami. Pewnego dnia, kiedy spędza czas z ulubionym wujkiem, gryzie go pająk i… zupełnie nagle zaczyna się dziać z nim coś dziwnego. W międzyczasie Peter Parker ginie, zabity przez Kingpina i najętych przez niego złoli. A potem dzieje się coś dziwnego i pojawia się kolejny Peter Parker, tylko że wygląda jakoś tak inaczej.
Into the Spider-verse jest śliczną animacją, od tego zacznijmy. Tak, śliczną, mimo że w trailerach miałam problem z jej zmiennym stylem. Po drugie – to naprawdę dobry film o Pajączku, o dorastaniu do odpowiedzialności, o nauce swoich możliwości, o przyjaźni. Po trzecie – c’mon tam jest Spider-Ham i Spider-Man Noir, i Spider-Gwen, i Penny Parker. To naprawdę świetna animacja, z dobrze napisanym złolem, choć czasami zbyt łzawa.

Sharing is caring!

2 thoughts on “Filmowe podsumowanie miesiąca #48 – ten dziwny ostatni kwartał

  • 12 stycznia 2019 at 14:05
    Permalink

    “Outlaw King”, dobrym filmem? Z całym szacunkiem, ale to brzmi dla mnie jak jakiś żart. W ogóle, podczas oglądania tego, bawiłem się znakomicie, ale nie w taki sposób, co powinienem. W sensie, ten film był absurdalnie śmieszny. Dialogi Roberta Bruce’a były wręcz karykaturalne, w życiu nie został przedstawiony jako charyzmatyczny król, którym w istocie był. Skrótowość zaś przybrała takie rozmiary, że gdybym nie znał tej historii wcześniej, za nic bym się nie połapał, jak to się dzieje, dlaczego i w jakiej rozciągłości czasowej.
    Pod względem wizualnym faktycznie dobry. oddano nawet piękno szkockiego krajobrazu (byłem z kilka razy, więc tu akurat na pewno wiem, co mówię :P), ale reszta? Dla mnie to momentami wyglądało jak jakiś dziwny żart.
    Żeby nie było, nie czepiam się, tylko wyrażam zdziwienie. Nie oglądam dużo, a i na kinie się nie znam. Mogę tylko powiedzieć, czy zgodny mniej więcej, z realiami i czy się podobał. Zgodny był, jak sama pisałaś, będąc ode mnie mądrzejsza. Ale czy podobał? Chyba nie tak, jak powinien 😛

    Reply
    • 15 stycznia 2019 at 15:42
      Permalink

      Przyznam ci rację w jednej… a nawet dwóch kwestiach. Po pierwsze: cała rebelia Roberta Bruce’a jest skrócona tak bardzo, że aż strach. To znaczy nie obraziłabym się, gdyby pojawiły się w filmie daty jakieś, w sensie na początku filmu, tuż po tym, jak Edward miota sobie z Werewolfa w stronę zamku Stirling (tam jest takie piękne długie ujęcie… no miód na moje serce normalnie), potem w miarę upływu czasu też kolejne daty powinny się pojawiać. Byłoby łatwiej obserwować upływ czasu.
      Po drugie, zgodzę się z tym, że Chris Pine nie zagrał Roberta jako charyzmatycznego przywódcy, ale tu winić będę scenariusz, bo pewnie tak napisano tę postać. Dlatego w każdym momencie, kiedy obok pojawiał się James “Czarny Douglas” Douglas, Bruce po prostu znikał.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *