Filmowe podsumowanie miesiąca #47 – miszmaszowy trzeci kwartał

Wracam po dłuuuuuugiej przerwie (wiem, że czekaliście i pewnie nadal czekacie na niektóre teksty; tak, nadrobimy) i wracam oczywiście z podsumowaniem miesiąca. A raczej kwartału, bo ostatnio filmów oglądamy troszkę mniej niż uprzednio, dlatego noteczki w tej serii pojawiają się dość rzadko (a co rzadko się u nas ostatnio nie pojawia, pewnie zapytacie – odpowiem: wolny czas i ochota na napisanie coś na bloga). Ale żeby nie przedłużać to zapraszam do przeglądu. 

Winchester (2018)
Trailer “Winchestera” może i był zachęcający, ale nie wierzyłam zupełnie, że wyjdzie z tego dobry horror. Może nie spodziewałam się kompletnej katastrofy, ale raczej sceptycznie podchodziłam do tego tytułu.
Po tragicznej śmierci męża i syna, Sarah Winchester pogrąża się w żałobie i oddala od codziennego życia. Jest przekonana, że jej rodzinę nawiedzają duchy osób, które zostały zabite z broni skonstruowanej przez jej męża, czyli ze słynnego karabinu Winchester. By bronić się przed demonami Sarah zleca budowę niezwykłej posiadłości. Składający się z setek pokoi, skonstruowany jak labirynt, pełen prowadzących donikąd schodów i ślepych korytarzy dom ma być pułapką na duchy. Rodzina Winchester, zaniepokojona stanem zdrowia wdowy wzywa na konsultację słynnego psychiatrę, który ma odwieść kobietę od jej szalonych planów. Wkrótce okazuje się jednak, że Sarah Winchester wcale nie oszalała…
To jest jeden z tych horrorów, które będąc średnio-straszne są bardzo dobre pod względem metodologicznym i technicznym. I rzeczywiście choć Winchester nie straszy zbyt często, to bardzo fajnie bawi się konwencją, widzem i co najważniejsze również bardzo ładnie wykorzystuje cały potencjał, który tkwi w historii. Nie ma tu za dużo jump scare’ów, co dobrze świadczy o filmie, ale nie ma też jakoś szczególnie mocno kumulującego się napięcia. No i Helen Mirren taka wspaniała! 

Incredibles 2 (2018)
After twelve fourteen f***ing years… parafrazując słynną frazę Nuklearnego Księcia, wreszcie doczekaliśmy się drugiej części Iniemamocnych.
W rodzinie Iniemamocnych przyszła kolej na zmiany! Podczas gdy Helen rozwija swoją karierę zawodową, jej mąż Bob zostaje w domu z dziećmi realizując się w zaciszu domowych pieleszy. Ta nowa sytuacja jest trudna dla wszystkich, a pączkujące nadprzyrodzone zdolności małego Jack-Jacka nie czynią jej łatwiejszą. Kiedy kolejny szwarccharakter planuje genialny i niebezpieczny spisek, cała rodzina Iniemamocnych musi ponownie zjednoczyć siły, aby stawić czoła nowemu wyzwaniu. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić – nawet dla Iniemamocnych.
Po czternastu latach oczekiwania ciężko oceniać ten film jako kontynuację – większość już tak naprawdę zapomniała, o czym byli Iniemamocni (choć kultowe cytaty nadal gdzieś kołaczą się po głowach). Nawet jeśli pamiętają, to czy pierwszą część są w stanie teraz ocenić inaczej niż przez pryzmat nostalgii, a dwójeczkę przez pryzmat tego, co wydaje im się, że sądzili o części pierwszej? Ale wracając może do właściwej oceny filmu: tak naprawdę nie wiem, co powiedzieć, poza tym, że przez pierwsze pół seansu czekałam na Ednę, a potem znów czekałam na kolejne pojawienie się Edny. Serio, Edna kradnie film.

The First Purge (2018)
Mój romans z serią Noc oczyszczenia był niesamowicie burzliwy – pierwsza część była całkiem okej, dwójka mnie srogo zirytowała, a potem przyszła trójka i pozamiatała, uwodząc mnie po całości. A co zrobił mi prequel?
Za każdą tradycją kryje się rewolucja. Kolejny Dzień Niepodległości będzie świadkiem corocznego 12-godzinnego bezprawia. Aby zmniejszyć roczne współczynniki przestępczości, organizacja New Founders of America (NFFA) testuje socjologiczną teorię, kierując – w ciągu jednej nocy – agresję na określoną zamknięta społeczność. Ale kiedy przemoc ciemiężców spotyka się z agresją zmarginalizowanych, patologia rozprzestrzenia się z przedmieść na cały kraj.
Powiem szczerze – uznaję intrygę w tym filmie za przegenialną. Byłam bardzo mocno zdumiona, jak świetnie to wszystko zagrało i stworzyło produkt, który kupił mnie całkowicie. Wszystko wygląda na przemyślane, dokładnie przeanalizowane i co najważniejsze jest spójne ze sobą kompozycyjnie i logicznie. Najbardziej podoba mi się tu kreowanie bohaterów – jest powolne, pokazuje nam ich z wielu perspektyw i udowadnia, że niektórzy, których moglibyśmy brać za czarnych charakterów – są nimi tylko dla większych czarnych charakterów. W ogóle przepięknie ten film pokazuje, jak manipuluje się mediami i opiniami, jak łatwo ktoś u władzy może zamienić w piekło życie kogoś kto tej władzy nie ma. Z resztą chętnie bym sobie o tym filmie podyskutować

Ant-Man and the Wasp (2018)
Trzecia tegoroczna odsłona wielkoekranowego serialu o superbohaterach Marvela i film, na który pewnie nikt po tym, jak Avengers: Infinity War zdemolowali uniwersum i w ogóle nasze życie emocjonalne, nie czekał. No może prócz mnie, bo ja do Scottiego i reszty ferajny mam szczególny sentyment.
Scott Lang, zarówno jako ojciec jak i superbohater, próbuje stawić czoła konsekwencjom swoich czynów z okresu Wojny Domowej. Podczas prób zrównoważenia życia rodzinnego z obowiązkami Ant-mana, otrzymuje pilne zadanie od doktora Hanka Pyma i Hope van Dyne. Musi połączyć siły z Osą, by odkryć sekrety z jej przeszłości.
To jest idealny film na odpoczęcie od trudnych i przykrych momentów z Infinity War. To jest dokładnie taki Ant-Man and the Wasp, jakiego oczekiwałam. I wbrew pozorom to wcale nie jest odgrzewany kotlet części pierwszej – tu fabułę mamy nieco bardziej skomplikowaną, trudniej jest wyznaczyć granicę pomiędzy tym, kto jest dobry, a tym kto jest zły. To też bardzo dobry film jeśli chodzi o relacje rodzinne i pokazanie tego, jak to jest być rodzicem-superbohaterem. A przy tym jest sympatycznym i lekkim filmem, takim idealnym na popołudnie.

Elizabeth Harvest (2018)
Nie powiem – do tego filmu przyciągnął mnie głównie Ciaran Hinds, którego ogromnie cenię jako aktora, a którego niestety zbyt rzadko zdarza mi się oglądać. No i trailer był intrygujący.
Elizabeth przybywa do posiadłości swego świeżo poślubionego męża, genialnego naukowca Henry’ego. Otoczona luksusem, ma wszystko, czego zapragnie. Jest tylko jedno pytanie, które ją nurtuje i nie pozwala w pełni cieszyć się zbytkami: co takiego dzieje się za zamkniętymi drzwiami laboratorium jej męża, że zabroniono jej tam wchodzić? Ciekawość może okazać się bardzo niebezpieczna, a odkryta tajemnica okrutniejsza niż kara za złamanie zakazu.
To jest trochę taka postmodernistyczna baśń o Sinobrodym: jest piękna młoda żona, jest mężczyzna, który daje jej wszystko, ale zakazuje wchodzić do tego jednego pokoju. W pewnym momencie jednak (dość szybko) film zmienia się w studium obsesji na punkcie jednej kobiety i na punkcie przeszłości. To film niełatwy, powolny i bardzo specyficzny, nie dający się sklasyfikować i łatwo opowiedzieć. I piękny, i przerażajacy.

Mission Impossible: Fallout (2018)
To jest jeden z tych filmów, które po seansie wydawały mi się być zupełnie słabe, ale im dalej od momentu obejrzenia, tym bardziej jestem przekonana, że się pomyliłam. Ale nie uprzedzając faktów…
Konsekwencje zakończonej niepowodzeniem misji IMF może odczuć cały świat. Aby zapobiec katastrofie, Ethan Hunt i jego zespół muszą stanąć do wyścigu z czasem i po raz kolejny bohatersko ocalić ludzkość przed zagładą.
Z seansu wyszłam, no cóż, zawiedziona to dużo powiedziane. Poczułam się tak, jakby dano mi w twarz. Jakby specjalnie chciano obrazić moją inteligencję, wciskając mi ten sztampowy film akcji, który wygląda, jakby zatrzymał się w latach dziewięćdziesiątych. Jakiś czas po seansie doszłam jednak do wniosku, że te wszystkie klisze, powielanie schematów i cała ta sztampa to zamierzony i bardzo świadomy efekt, który wyszedł naprawdę genialnie. A to podnosi moją ocenę tego filmu o co najmniej dwa oczka w górę. A tak poza tym uważam, że wąs Cavilla kradnie film. Znaczy sam Cavill też nie jest zły, ale ten wąs! 

Teen Titans: Go! To the Movies (2018)
Animowane filmy z bohaterami DC prawie w ogóle nas nie zawodzą. Owszem było kilka pozycji, które nie zachwyciły, ale jest z nimi lepiej niż z produkcjami aktorskimi.
Tytani odnoszą wrażenie, że wszyscy najsłynniejsi superbohaterowie występują we własnych filmach — znaczy się wszyscy oprócz Młodych Tytanów! Jednak lider grupy — Robin, ma zamiar to zmienić. Chce być postrzegany jako gwiazda, a nie tylko postać drugoplanowa.  Gdyby tylko udało im się zwrócić na siebie uwagę najbardziej rozchwytywanego reżysera w Hollywood… Pełni entuzjazmu i zwariowanych pomysłów Młodzi Tytani wyruszają do Tinsel Town w przekonaniu, że uda im się spełnić marzenia. Kiedy grupa trafia w ręce Super-Czarnego charakteru i jego maniackiego planu podbicia całego świata, sytuacja całkowicie wymyka się spod kontroli. Więzy przyjaźni i duch walki łączące członków grupy zaczynają słabnąć, stawiając pod znakiem zapytania przyszłość Młodych Tytanów!
To już kolejny film animowany dla dzieci, który owszem może i jest targetowany na dzieciaki, ale również na ich rodziców (czy ogólnie ludzi dorosłych). Mam wrażenie, że ogólnie jest już tak jakoś, że część nawiązań i żarcików jest wrzucona tylko i wyłącznie po to, by zadowolić widza pełnoletniego, co wcale nie jest takie złe ostatecznie. No i można śmiało powiedzieć, że ktoś się tu chyba inspirował choć trochę Batmetalem (wszechobecność pośladków! aż spodziewałam się, że zaraz zobaczę gdzieś charakterystyczny batmetalowy dzióbek).

The Nun (2018)
Na ten film czekałam właściwie od dwóch lat, to znaczy od momentu, kiedy się Valak na ekranach pojawił jako postać w drugiej Obecności. No i wreszcie się doczekałam, choć nie jestem pewna, czy jest to film dokładnie taki, jaki chciałam zobaczyć.
Kiedy młoda zakonnica odbiera sobie życie w klasztorze w Rumunii, nękany zmorami z przeszłości ksiądz i nowicjuszka, która ma właśnie złożyć śluby zakonne, zostają wysłani przez Watykan, aby zbadać tę sprawę. Wspólnie odkrywają niechlubny sekret zakonu. Ryzykując nie tylko własnym życiem, ale też swą wiarą i duszami, stawiają czoła złowrogiej sile pod postacią demonicznej zakonnicy. Natomiast opactwo staje się straszliwym polem walki toczącej się między żywymi i potępieńcami.
Kurczę, spodziewałam się, że to będzie najczystszej wody horror, a tu dostaliśmy film dark fantasy z elementami horrorowymi (nota bene bardzo udanymi, kilka sekwencji było mega: scena w tej kaplicy ze zniszczonym krucyfiksem, gdzie cień Valaka przemieszcza się po ścianie aż do lustra; scena z Valakiem wyłaniającym się z wody w finale). Było też niezwykle dużo pastiszu, jak na uniwersum Conjuring (ten pastisz był zastosowany cudownie, vide scena w konwencie, gdy siostra Irene składa śluby zakonne, a jednocześnie Frenchie ładuje strzelbę, co przywodzi nieco na myśl Evil Dead 2; scena nagrobkowa też była niczego sobie). No i wreszcie mamy piękną klamrę, która spaja całość uniwersum – nawet nie mówię tu o intrze, ale scena z Irene marzącą farbą po nosie Lorraine, to dokładnie to samo, co widzieliśmy w Conjuring 2; zdjęcia zakonnic, które były w tym domu gościnnym, gdzie ojciec Burke i Irene spędzili pierwszą noc były w domu Mullinsów z Anabell: Creation. Generalnie warto obejrzeć The Nun kilka razy, żeby wyłapać niuansy i smaczki.

The Predator (2018)
Kiedy ten film wychodził masa osób miała nadzieję, że będzie zupełnie innym filmem. I masa osób się na nim niestety zawiodła. A wystarczyło, by promocja była nieco inna.
Tym razem spektakularne polowanie przenosi się z odległych zakątków kosmosu wprost na ulice niewielkiego miasteczka na amerykańskiej prowincji. Najgroźniejsi łowcy wszechświata są silniejsi, mądrzejsi i bardziej śmiercionośni niż kiedykolwiek wcześniej, ulegli bowiem modyfikacji genetycznej, wzbogacając się o DNA innych gatunków. Kiedy mały chłopiec przypadkowo sprowadza ich ponownie na Ziemię, jedynie oddział byłych żołnierzy i skromny nauczyciel mogą zapobiec zagładzie rasy ludzkiej.
Rozumiem ludzi, którzy się zawiedli – po zapowiedziach oczekiwali innego filmu. Albo inaczej: rozumiałabym ich, gdyby nie to, że film od samego początku pokazywał, czym jest: bardzo niepoważnym filmem akcji, w którym krew leje się hektolitrami a trup ściele się gęsto. Mnie ta koncepcja totalnie kupiła i bawiłam się wyśmienicie. Kupiłam dobrze bawiących się w swoich rolach aktorów, kupiłam wątek walczących z predatorem żołnierzy z psychiatryka, kupiłam totalnie predatorowego psiaka po lobotomii; nie kupuję jednak problemów z efektami – jedne wyglądają genialnie, inne zaś – trochę lub mocno mniej.

BlacKkKlansman (2018)
Pierwszy trailer mnie kupił – tylko wyczekiwałam momentu, kiedy będę mogła pójść do kina. I specjalnie nawet nie googlowałam nic na temat sprawy, którą opowiadał film.
Jest początek lat siedemdziesiątych, a Ron Stallworth jest pierwszym czarnoskórym detektywem, który służy w Departamencie Policji w Colorado Springs. Zdeterminowany, by wyrobić sobie nazwisko, Stallworth odważnie decyduje się na niebezpieczną misję: infiltracje Ku Klux Klanu. Razem z kolegą Flipem Zimmermanem tworzą grupę, której udało się przeniknąć do struktur Ku Klux Klanu. Udowodnili rasistowskie działania organizacji, uniemożliwili dokonanie zamachu, w którym mieli zginąć ludzie.
Wciąż jestem oczarowana tym obrazem i przerażona, jak bardzo współczesna jest część przedstawionych tam problemów. Z resztą – Spike Lee celnie podsumował całość, umieszczając na końcu fragmenty nagrań o współczesnych aktach rasizmu. Pointa jest, choć niespodziewana i dość nietypowa, “w punkt”. Ten film nie ma słabych punktów – aktorstwo to pierwsza klasa i nie jestem pewna, czy bardziej mi się podobał John David Washington czy Adam Driver. Sama historia była tak nieprawdopodobna, że musiałam dwa razy sprawdzić, czy rzeczywiście tak było i czy czarnoskóry policjant zinfiltrował struktury KKK.

Juliusz (2018)
Boję się chodzić na polskie komedie. I jednocześnie marzę, by kiedyś jeszcze obejrzeć coś, co będzie śmieszyło, a nie żenowało.
Tytułowy bohater – uporządkowany nauczyciel plastyki ma w swoim życiu jeden zasadniczy problem – ojca, nieustająco imprezującego artystę-malarza. Kiedy senior przeżyje drugi zawał serca, a mimo to odmówi zmiany stylu życia, Juliusz będzie musiał znaleźć sposób na to, by wpłynąć na jego zachowanie. Lekarstwem na bolączki bohatera wydawać się będzie przypadkowo poznana, beztroska lekarz weterynarii – Dorota. Okaże się jednak, że prawdziwe problemy dopiero nadchodzą…
Poszłam na ten film z założeniem, że może sobie trochę się pośmieję, ale głównie będzie to fala żenująco niskich lotów dowcipów. A tu okazało się, że dostałam film dość abstrakcyjny w swoim humorze (serio nie spodziewałam się w naszym rodzimym kinie zobaczyć imprezy promującej masarnię, z nagimi mężczyznami w rolach stołów), ale też momentami bardzo wzruszający. I może Juliusza drugi raz szybko nie obejrzę i na pewno nie będzie to priorytet na liście DVD do zakupu, ale muszę powiedzieć, że byłam po seansie zdecydowanie pozytywnie zaskoczona.

Sharing is caring!

2 thoughts on “Filmowe podsumowanie miesiąca #47 – miszmaszowy trzeci kwartał

  • 19 października 2018 at 14:45
    Permalink

    A jak to tak?! Nietragiczna polska komedia romantyczna? Toć to jakaś niedorzeczność 😉

    Reply
    • 29 października 2018 at 15:36
      Permalink

      No bo ona nie jest romantyczna w takim stricte gatunkowym sensie, ten romans to trochę na uboczu jest.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *