Filmowe podsumowanie miesiąca #46 – drugi kwartał z upadłymi Avengersami

Połowa lipca to chyba dobry moment na podsumowanie drugiego kwartału pod względem filmowym, prawda? To znaczy byłoby to wcześniej, ale trochę innych rzeczy wpadło, a że ostatnio nie zabieram się zbyt często za pisanie, to wpis z filmowym podsumowaniem musiał trochę zaczekać. Pół miesiąca. Ale no cóż, bywa.

Znowu będzie kwartalnie, bo w tym roku jakoś tak słabiej troszkę chodzimy do kina i w domu oglądamy filmy znacznie rzadziej. W drugim kwartale troszeczkę filmów się nam uzbierało, choć jakość ich była różna – od wyjątkowo słabego The Void, do prześwietnych Avengers: Infinity War. No to zaczynamy!

Ready Player One (2018)
Nie czytałam powieściowego oryginału i w sumie nie żałuję, ale przed seansem doczytałam sobie opinie na temat filmu i bardzo mi to pomogło odpowiednio się do tego wszystkiego nastawić. Uwierzcie, że gdybym nie wiedziała, na co idę, mogłabym doznać sporego szoku.
Rzeczywistość 2045 roku nie nastraja optymistycznie.  Świat znajduje się na skraju upadku i pogrążenia w chaosie. Wade Watts czuje, że żyje, tylko gdy ucieka do OASIS — wirtualnego uniwersum, w którym większość ludzi spędza całe dnie.  W OASIS można podróżować, przeżywać przygody i być kimkolwiek się zapragnie. Jedynym ograniczeniem jest własna wyobraźnia. Ekscentryczny geniusz James Halliday, który stworzył OASIS, szuka godnego następcy. Organizuje trzyetapowy konkurs, w którym nagrodą jest olbrzymia fortuna i całkowita kontrola nad uniwersum.  Wade i jego przyjaciele z “Wielkiej Piątki” podejmują wyzwanie polegające na szukaniu skarbów w zakrzywionej rzeczywistości. W fantastycznym świecie — pełnym niespodzianek, ale i niebezpieczeństw — czeka ich zadanie ważniejsze niż sam konkurs. Muszą ocalić OASIS.
Wiecie co? Ten film w zasadzie, jeśli wyłączy się myślenie i będzie oglądać tylko dla zabawy w wyłapywanie kolejnych nawiązań do popkultury lat 80., jest całkiem niezły. Kiepska za to jest warstwa fabularna, która właściwie chce chyba tylko pokazać, że internet i wirtualna rzeczywistość to zło i żebyśmy częściej wychodzili na zewnątrz. Poza tym wizualnie jest bardzo średnio (efekty momentami dość mocno zgrzytają – a to wielki problem w filmie, który w jakichś 80% składa się z efektów specjalnych). Jak chcecie sobie obejrzeć coś ciekawego w temacie ludzi uzależnionych od gry/uwięzionych w grze to jednak polecam No Game No Life i Sword Art Online.

 

A Quiet Place (2018)
Zapowiedź tego filmu nas oczarowała. Niemy horror? Genialne. Z resztą bardzo lubimy horrory nietypowe, nieszablonowe i jak najbardziej wyłamujące się z typowego schematu i z umiarem korzystające z jump scare’ów.
Wstrząsająca opowieść o czteroosobowej rodzinie Abbotów zmuszonej do porozumiewania się w całkowitej ciszy, bez używania słów, czy choćby najmniejszego dźwięku. Całe ich życie, życie w ciągłym, nieprzerwanym napięciu, koncentruje się na tym, by nie wydawać i nie generować żadnych dźwięków. Każdy bowiem może okazać się dla nich śmiertelny, po tym, jak tajemnicze istoty – reagujące na każdy dźwięk – zagrażają przetrwaniu ludzi. Jeśli cię usłyszą, wytropią cię…
Generalnie ten film to perełka. Niesamowite, jak można zbudować napięcie i poczucie zagrożenia poprzez właśnie kwestię tego, że film jest niemalże niemy. Jak niewielkiego budżetu tak naprawdę potrzeba, by zrobić świetny pełen napięć horror. Problem powstał, kiedy zaczęłam myśleć nad logicznością samego finału i rozwiązaniem kwestii fabularnej. I film trochę stracił w moich oczach właśnie przez końcówkę, a szkoda, imo trochę inaczej dałoby się z tej sprawy wyjść. Nie zmienia to faktu, że to może być czarny koń przyszłych Oscarów.

 

Avengers: Infinity War (2018)
Żeby uniknąć spoilerów i tego, że ktoś może zepsuć mi seans, przed obejrzeniem zespoilowałam sobie wszystko sama – poczytałam kto i jak ginie, żeby nie zostać zaskoczoną. I nie zepsuło mi to wcale seansu.
Kiedy Avengersi i ich sojusznicy kontynuują ochronę świata przed globalnym zagrożeniem, pojawia się nowy przeciwnik, Thanos. Celem tego międzygalaktycznego despoty jest zebranie wszystkich sześciu Kamieni Nieskończoności, artefaktów o niewyobrażalnej mocy. Chce za ich pomocą kreować rzeczywistość według własnej, pokręconej woli. Los Ziemi i wszelkiego życia znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie.
Jaki to był miodny film. I bardzo smutny, ale to podkreśla jeszcze bardziej, jak mocno przywiązana byłam do fikcyjnych postaci (co prawda masowe wymieranie bohaterów na sam koniec nie poruszyło mnie zbytnio – poza Parkerem, tak, śmierć Petera była… omg, Tomie Hollandzie, totalnie mnie kupiłeś). Jest kilka oczywiście mniejszych lub większych irytujących kwestii, ale jeszcze nie widziałam takiego filmu superbohaterskiego, który nie miałby żadnych problemów. Thanos jest genialny, best supervillain ever. Tak bardzo miodzio byli ci Avengers, że obejrzeliśmy ich trzy razy w kinie.

 

Jumanji: Welcome to the Jungle (2018)
Na Jumanji do kina nie poszłam, bo polski dystrybutor wypuścił film jedynie w wersji z dubbingiem, a tej obsady nie mogłabym słuchać w innej niż oryginalna wersji językowej.
Kiedy dzieciaki odkrywają starą konsolę gier wideo z grą “Jumanji”, o której nigdy dotąd nie słyszały, natychmiast przenoszą się w świat niebezpiecznej dżungli. To właśnie w niej dzieje się akcja gry, a one stają się awatarami postaci, które wybrały: zapalony gracz Spencer staje się odważnym łowcą przygód, fan piłki Fridge zamienia się (według własnych słów) w Einsteina, Bethany – popularna dziewczyna z sąsiedztwa – staje się profesorem w średnim wieku, natomiast niepozorna Martha przybiera postać nieustraszonej wojowniczki. Wkrótce odkrywają, że w Jumanji chodzi nie tylko o grę, ale przede wszystkim o przetrwanie. Aby wygrać i powrócić do realnego świata, będą musieli wyruszyć w najbardziej niebezpieczną przygodę życia, odkrywając prawdę o sobie, albo pozostać w świecie gry na zawsze…
To w sumie komedia familijna, czyli czymś czym było oryginalne Jumanji. Jednakże film miewa swoje gorsze momenty – środek jest za bardzo przegadany i ciągnie się niemożliwie. Niby humor i fenomenalna gra aktorska (serio, Dwayne Johnson, grający strachliwego nastolatka w skórze nieustraszonego poszukiwacza przygód to naprawdę poezja) powinny zrekompensować mi niemrawy środek, ale jakoś tak wyszło no powiedzmy sobie dość średnio z odchyłem w kierunku dobrego.

Tomb Raider (2018)
Ten… wiedziałam, że będzie to co najwyżej średni film. O ile nie film zły. I niewiele się pomyliłam, bo wychodząc z kina nie miałam zbyt dobrego zdania o kolejnej ekranizacji przygód Lary Croft.
Lara Croft to niepokorna córka ekscentrycznego podróżnika, który zniknął, gdy dziewczyna miała kilkanaście lat. Teraz, jako 21-letnia kobieta, podąża własną ścieżką, odmawiając spełnienia woli ojca, który chciał dla niej spokojnego życia. Zostawia wszystko za sobą i udaje się w ostatnie znane miejsce jego pobytu. Poszukując śladów, musi odnaleźć osławiony grobowiec na mitycznej wyspie u wybrzeży Japonii. Jeśli nie przezwycięży własnych lęków, może nie przeżyć niezwykle niebezpiecznej wyprawy. Jak wiele poświęci, by poznać tajemnicę zniknięcia ojca i zyskać miano tomb raidera?
Po całkiem niezłym początku (akcja z nielegalnym wyścigiem rowerowym po Londynie jest chyba najlepszym elementem filmu), przyszła kolej na bardzo średnie rozwinięcie i słabą końcówkę. Mamy bardzo przewidywalny plot twist z Trójcą; do tego przekalkowaną niemalże kropka w kropkę fabułę pierwszej gry (wyrzucając element nadprzyrodzony, co sprawia, że Trójca wydaje się być bandą idiotów, którzy dali się omamić snem o potędze i boskości) – włącznie z jednym czy dwoma QTE. Totalnie również zmarnowano potencjał Alicji Vikaander, bo jej Lara jest mdła i nijaka.

 

The Void (2016)
„Hej, obejrzyjmy jakichś horror” – to zdanie zazwyczaj kończy się tym, że oglądamy żenująco słaby film. Na perełki trafiamy zdecydowanie zbyt rzadko, choć w tym przypadku myśleliśmy, że się uda.
W posępną, burzową noc grupka osób zostaje osaczona w wyludnionym szpitalu przez wyznawców tajemniczego kultu. Jednak szybko okazuje się, że nie jest to ich największy problem. W podziemiach budynku czyha bowiem coś dużo bardziej przerażającego.
Początek jest obiecujący, owszem. Jest tajemnica, jest morderstwo, jest zagrożenie i dużo niewytłumaczalnych zdarzeń. Potem za to robi się totalny miszmasz – nie wiem, czy oglądamy film o siłach nadprzyrodzonych, kosmitach czy po prostu gore o psychopacie, który stara się zabawić w Boga. Z minuty na minuty robi się coraz dziwniej i dziwniej, żeby w końcówce dać nam tak szaloną i dziwaczną jazdę bez trzymanki, że zaczniemy zastanawiać się, czy ktoś w międzyczasie nasz czymś nie naszprycował. Totalny odjazd, ale raczej oceniałabym to negatywnie. Ostatecznie wyszło chyba, że to film, który jakoś chce nawiązywać do mitologii Cthulhu, ale coś chyba mu nie wychodzi. Albo wychodzi za dużo. Sama już nie wiem.

 

Habit i zbroja (2017)
Polski pełnometrażowy dokument o historii Zakonu Krzyżackiego? Bierę, zwłaszcza że w rolach rycerzy znajomi z rekonstrukcji.
Film przedstawia dzieje Państwa Zakonnego i Rzeczpospolitej Obojga Narodów jak gigantyczną grę strategiczną, w której konkurują ze sobą różne wartości cywilizacyjne i ścierają emocje aktorów historii. Scenariusz obejmuje 300 lat, od XII do XVI wieku. Pokazuje powstanie Zakonu NMP Domu Niemieckiego w Palestynie, a następnie kolonizację ziem pruskich nad Bałtykiem i budowę Państwa Zakonnego oraz okres jego prosperity. Dalej film przedstawia wielką wojnę Zakonu z Rzeczpospolitą w XV wieku, w tym bitwę pod Grunwaldem (1410). Historię kończy likwidacja Państwa Zakonnego na mocy II Pokoju Toruńskiego (1466) i akces jego mieszkańców do Rzeczpospolitej Obojga Narodów w tzw. Hołdzie Pruskim.
Jest całkiem nieźle – narrator bywa uroczo dowcipny, a i wydaje mi się, że jest to dość przystępna forma opowiedzenia o dziejach Zakonu Krzyżackiego dla laików i mogłaby spokojnie trafić na lekcje historii jako materiał dydaktyczny. Tylko z jednym, wielkim zastrzeżeniem – przy omawianiu bitwy pod Grunwaldem miałam wrażenie, że jeden ze schematów pokazywał tzw. „wilcze doły”, czyli powielał jeden z dawno rozwianych mitów grunwaldzkich. I końcówka jakaś taka no powiedzmy sobie dziwaczna dość.

 

Deadpool 2 (2018)
Wiecie co? Pierwszy Deadpool przy drugim seansie bardzo dużo tracił i obawiałam się, że sequel będzie tylko odgrzewanym kotletem. Po części moje obawy się spełniły.
Wade’a Wilsona aka Deadpoola nie trzeba nikomu przedstawiać. Prowadzi szczęśliwe życie ze swoją ukochaną Vanessą, jednocześnie nadal pracując jako najemnik, walcząc z przestępczością. A potem następuje tragedia, pojawia się gość z przyszłości i ogólnie sprawy się mocno komplikują.
Nowy Deadpool owszem jest odgrzewanym kotletem – i to w takim stopniu, że pojawiają się znane już nam żarty z malusieńkimi, odrastającymi kończynami. Fabuła z resztą też nie jest jakaś wybitna, ot leniwe scenopisarstwo, w którym rzeczy dzieją się, bo się dzieją. Deadpool (a właściwie częściej Wade niż Deadpool) wypada dość blado, film kradną mu dwie nowe postaci: Cable – w tej roli doskonały Josh Brolin – i Domino. Jest kilka fajnych smaczków (Vanisher!) a końcówka i to co się dzieje po napisach jest świetna. Ale nadal jest to film, w którym trzeba przeżyć masę żenująco słabych żartów, żeby do tego dotrwać.

 

Solo: A Star Wars Story (2018)
Nie jestem wielką fanką Gwiezndych Wojen, co gorsza ostatnie filmy (The Last Jedi i Rogue One) wcale mi się nie podobały. Ale Solo kusił mnie od trailera.
Młody Han wyrywa się z planety, na której się wychował, z zamiarem wstąpienia do Imperialnej floty. Jego marzenia pryskają jak sen złoty, kiedy trafia na front planetarny, skąd dezerteruje, ratując Chewbaccę i dołączając do bandy awanturników.
Kurczę, jaki to był miły i przyjemny film! Dobra odmiana po uderzającym mocno w patetyczne tony Rogue One i pełnym nielogiczności i idiotyzmów The Last Jedi. Oczywiście jest sporo rzeczy, do których można się przyczepić – jak chociażby do wątków Qi’ry, bo one w sumie nie mają sensu i znaczenia dla całości historii i wątpię, żeby zostały pociągnięte w innych filmach. Wątek Enfys Nest, które z kosmicznego rozrabiaki zmienia się w pierwszej wody rewolucjonistę i prekursora Ruchu Oporu. Bardzo na plus Lando i jego „związek” z L3-37, świetny i dwulicowy Beckett oraz straszny Dryden Vos (Paul Bettany w momencie, w którym się pojawia, absolutnie kradnie film).

 

Jurassic World: Fallen Kingdom (2018)
Nie sądziłam, że po spektakularnej porażce, za jaką uznałam Jurrasic World będę chciała jeszcze mieć jakikolwiek kontakt z tą franczyzą.
Minęły cztery lata, od kiedy luksusowy park rozrywki Jurassic World został zdewastowany przez dinozaury i zamknięty. Isla Nublar jest dziś opuszczona przez ludzi, a dinozaury, które przetrwały, próbują poradzić sobie w dżungli same. Kiedy uśpiony dotąd wulkan budzi się do życia, Owen i Claire za wszelką cenę chcą uratować pozostałe przy życiu stwory. Owen próbuje odnaleźć Blue, zaginionego raptora, którego wychował, dla Claire ocalenie dinozaurów staje się najważniejszą misją. Kiedy przybywają na wyspę, wulkan zaczyna już wyrzucać z siebie deszcz lawy.
To był w sumie dziwny film – z jednej strony głupi, ale z drugiej tak głupi, że aż uroczy. Typowy popcorniak, przy którym można spokojnie wyłączyć myślenie. Jest w nim sporo z komedii (scena, w której przerażony i porażony środkiem uspokajającym Owen odczołgowywuje się od lawy była po prostu przekomiczna i co najważniejsze pokazała cały talent komediowy Pratta); trochę filmu sensacyjnego i horroru (początek z nagłym i niespodziewanym pojawieniem się T-Rex jest naprawdę super, a potem w rezydencji na koniec filmu to był już tylko horror – zwłaszcza, kiedy Indoraptor wkrada się do pokoju Maisie Lockwood. Generalnie bardzo cieszyło mnie w tym filmie to, że jest idealnie dobrany balans między ilością czasu poświęconego dla dinozaurów i ilością czasu ekranowego dla ludzi.

Sharing is caring!

4 thoughts on “Filmowe podsumowanie miesiąca #46 – drugi kwartał z upadłymi Avengersami

  • 25 lipca 2018 at 09:24
    Permalink

    Biedny ze mnie człek… Nie widziałem żadnego. A kilka na pewno chcę, z Avengersami na czele. Teraz mam jednak Netfliksa, więc może część niektórych zaległości zacznę powoli nadrabiać.

    Reply
    • 25 lipca 2018 at 13:42
      Permalink

      Damn, wychodzi, że trochę ci zaspoilowałam Avengersów. 🙁

      Reply
  • 25 lipca 2018 at 14:16
    Permalink

    Aaaa, czyli ta scena z Prattem miała być śmieszna! No tak coś czułam, ale mnie nie bawiła. Ale mnie Pratt ogólnie nie bawi, zwłaszcza kiedy gra dupków a la Star Lord.
    Za to zgadzam się z opinią o The Rocku w Jumanji. On w ogóle ma zadziwiająco duży potencjał komediowy (i dystans do siebie).
    A wiesz, że ponoć ta scena z Tomem Hollandem była improwizowana?

    Reply
    • 25 lipca 2018 at 14:56
      Permalink

      O tym, że Tom Holland podobno improwizował to słyszałam.
      Ja Pratta jako Star-Lorda przestałam tolerować w drugich Guardiansach, ale w akurat tej scenie w Jurassic Worldzie był zabawny.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *