Filmowe podsumowanie miesiąca #35 – assassyni na Wielkim Murze

W styczniu zrobiłam coś, co zrobić powinnam była dawno temu – wykupiłam CinemaCity Unlimited i od razu znalazło to odzwierciedlenie w liczbie nowości przez nas oglądanych. Poziom nie jest najwyższy (no generalnie to szczerze powiedziawszy jest to poziom podłogi), ale za to na przykład pierwszy raz od długiego czasu widziałam w kinie polski film.

Ben Hur (2016)
Przed premierą chichotałam na trailerach, bo z niewiadomych mi przyczyn wyglądały jak zapowiedzi kolejnego filmu o nielegalnych wyścigach, ale osadzone w pseudohistorycznych realiach starożytnej Judei.
Bogaty kupiec Juda Ben-Hur żyje w Jerozolimie na początku pierwszego stulecia, w czasach wielkiego niepokoju. Do miasta powraca jego brat Messala, aby stanąć na czele legionów rzymskich i rozprawić się z buntownikami zyskującymi coraz szersze wpływy. Ben-Hur odmawia bratu pomocy w zdławieniu powstania. Oskarżony o zdradę, zostaje skazany na lata ciężkich, niewolniczych prac. Przy życiu trzyma go jedynie myśl o zemście i powrocie do ukochanej. Jego los odmieni pewne spotkanie, dzięki któremu wyrównanie rachunków stanie się realne. Jakie szanse ma jednak niewolnik przeciwko największemu imperium świata?
Właściwie to nie wiem, czego się spodziewałam, zwłaszcza że podobno jak na poziom zeszłorocznych remake’ów stał na zadziwiająco wysokim poziomie. Oglądało mi się to całkiem przyjemnie, choć nie obyło się bez facepalmowania przy elementach historycznych (jak chociażby w scenie, w której okazuje się, że Estera ma spodnie!). Wizualnie jest całkiem ładnie, ale za to fabularnie niesamowicie płytko. No i nie jest to najlepiej zagrane widowisko – ani Juda, ani tym bardziej Messala nie wypadli zbyt przekonująco. Z resztą, czego spodziewać się po Szybkich i Rzymskich: Judea Drift?

Assassin’s Creed (2016)
Ja wiedziałam, że tak będzie – mogłabym napisać teraz. Ale nie napiszę. Trailery nie dawały mi nadziei na film dobry. No i jak się okazuje, zero niespodzianek!
Callum Lynch zostaje uratowany przed karą śmierci – jednak organizacja, która go uratowała chce w zamian niewielkiej, jakby się mogło zdawać przysługi. Mężczyzna ma, dzięki futurystycznej maszynie, wejść, w zapisane w genetycznej pamięci swojego przodka, wspomnienia. Callum pod okiem Sophii i jej niecierpliwego ojca może odtworzyć kilka fragmentów z życia assassyna Aguilara. Jak się okazuje niedługo później, templariusze (bowiem nimi są Sophia i jej ojciec) chcą poznać prawdziwą lokalizację tajemnego artefaktu.
Pisałam już recenzję, mówiłam o tym w podcaście (oraz na żywo na Brodniconie), ale powtórzę jeszcze raz wcześniejsze wnioski. Nie mamy w tym filmie ani fabuły, ani gry aktorskiej (serio po Makbecie wiedziałam, że obsadzenie jednocześnie Cotillard i Fassbendera w jednym filmie nie jest najlepszą opcją, bo oboje zagrają jak kłody), nie było też dobrych efektów specjalnych, ani niczego co można byłoby uznać za dobre. Film jest nudny, można go podsumować jako symulację bycia orłem przerywaną jakimiś scenkami bez znaczenia. Dla logiki jest obrazą – zwłaszcza finał, dla graczy uderzeniem w twarz. Dodatkowo sekwencje “historyczne” są fatalne – dwóch z trzech nie da się nawet oglądać. Poza tym, kiedy zobaczyłam królową Hiszpanii to omal nie krzyknęłam: “Królowo, a kto cię tak skrzywdził”?

Córki dancingu (2015)
Szczerze powiedziawszy, to nie ja wybierałam ten film. To Turel, natrafiwszy na angielski trailer i pełne zachwytów opinie zachodnich krytyków postanowił sprawdzić, czy jest tak dobrze, jak niektórzy utrzymują.
Dwie nastolatki – Złota i Srebrna – lądują w środku tętniącego muzyką, mieniącego się światłami neonów i cekinów świata warszawskich dancingów lat 80. Nie są to jednak zwyczajne dziewczyny, tylko syreny, które próbują poznać i zrozumieć, czym jest bycie kobietą w otaczającej je rzeczywistości. Dołączają do muzyków zespołu Figi i Daktyle, z dnia na dzień stając się sensacją nocnego życia stolicy. Pochłonięte przez miłość i rodzące się namiętności, na chwilę zapominają o swojej prawdziwej naturze. Ale wystarczy jedno złamane serce, by sytuacja wymknęła się spod kontroli…
Zastanawiam się, co ćpali twórcy, kiedy pisali scenariusz i kręcili ten film. Bo mam wrażenie, że musiały iść tam ostre dragi i to w niezłych mieszankach, bo film jest… dziwny. I to najłagodniejsze co można o nim powiedzieć. Wizualnie i muzycznie ciekawy (serio kompozycje w tym filmie są naprawdę niesamowite), za to fabularnie jest… ekscentryczny. Ciężko powiedzieć o czym on tak naprawdę jest, bo sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, podobnie, jak zachowania tytułowych “Córek dancingu”. Jako koncept jest super, ale rozwinięcie do filmu wyszło dziwacznie. A finał przewidziałam, co nieco smuci, bo był tam potencjał na więcej i więcej.

Pasażerowie (2016)
Świadomie poszliśmy na ten film, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście film jest tak zły, jak mówili o nim wszyscy, którzy byli przed nami.
Podczas międzyplanetarnej podróży kosmicznej do nowego domu, na nową planetę, dwoje pasażerów – wskutek niezrozumiałych, tajemniczych okoliczności – budzi się ze snu dziewięćdziesiąt lat za wcześnie. Jim  i Aurora (Jennifer Lawrence) zakochują się w sobie, wiedzą, że spędzą na pokładzie resztę życia. Szybko odkrywają, że statek kosmiczny znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a życie pasażerów zależy tylko od nich… Powoli dowiadują się także, dlaczego ich wybudzenie nie było przypadkowe.
Jeśli miałabym podsumować ten film jednym zdaniem, to byłby cytat z klasyka: “niebrzydka to rzecz, ale czy ma zastosowanie praktyczne?”. Serio – film jest estetyczną ucztą. I jest totalną wydmuszką fabularną. Niby jest problem, ale wszystko sprowadza się do tego, że Jennifer Lawrence krzyczy na Chrisa Pratta albo nie chce na niego patrzeć. Zagrożenia nie czuć, nie czuć niczego, również dylematów moralnych. Ale cholera jasna największym problemem jest to, że to mógł być dobry thriller sf albo dramat sf, gdyby tylko przysiąść i dopilnować szczegółów, pomyśleć logicznie i w ogóle. Jeśli chcecie znać moje zdanie – dużo lepiej by było, gdybyście obejrzeli po prostu “Pandorum”, które jest świetne w tych momentach, gdzie “Pasażerowie” dają ciała (czyli w sumie w całym filmie). Tylko, że “Pandorum” nie jest tak ładne.

Wielki Mur (2016)
A to była pozycja oglądana w sumie dla żartu, ale tylko i wyłącznie dlatego, że mamy CCU i możemy oglądać tak naprawdę tyle filmów, ile chcemy.
Dwóch europejskich rycerzy w poszukiwaniu czarnego prochu dociera do Chin, gdzie zostają złapani i już ma dojść do egzekucji, gdy… okazuje się, że jako jedni z niewielu byli w stanie zabić tajemnicze stwory, które raz na 60 lat nękają chińskie pogranicze. Dlatego też pozostają przy życiu i jak się szybko okazuje świetnie idzie im wspieranie szkolonych od maleńkiego wojowników w walce z potwornymi kreaturami, które mają być karą za chciwość jakiegoś cesarza.
To film o tym, jak Matt Damon odwdzięcza się Chińczykom za uratowanie go z Marsa. Jest w nim też Pedro Pascal, który rzuca takimi sucharami, że głowa boli oraz Willem Dafoe, który robi za personifikację chciwości Zachodu. Generalnie jest to film głupiutki i bardzo, bardzo propagandowy. Ale jest to też produkcja, którą ogląda się bez wielkiego bólu zębów, z uśmiechem na twarzy, bo przecież to taka urocza ramotka z pokazem niemożliwych akrobacji wykonywanych przez chińskie włóczniczki (brzmi to trochę jak krzyżówka włóczki z łucznicznką, ale nic nie poradzę) na bungee. Film wizualnie jest bardzo ładny, poza momentami, w którym mamy zbliżenia na CGI-stworki, bo animacja tam nadal boli.

Autopsja Jane Doe (2016)
Trailer wyglądał nawet ciekawie – generalnie miałam wrażenie, że możemy dostać film, który będzie bliski chociażby klimatowi, który mieliśmy w “Projekt Lazarus”, ale dalece się zawiodłam.
Na odludziu znaleziono ciało pięknej dziewczyny. Wszystko wskazuje na to, że ofiara nie zmarła śmiercią naturalną. Dwaj patolodzy sądowi – ojciec i syn – muszą w ciągu jednej nocy ustalić przyczynę zgonu. To jedyni specjaliści w mieście, pokładający bezgraniczną wiarę w siłę ludzkiego rozumu. Pracują metodycznie i spokojnie, odrzucając tropy, których nie da się wyjaśnić naukowo. Wkrótce jednak zmuszeni będą zweryfikować wszystkie swoje przekonania. Gdy zaczną pojmować sens prawdy, na której trop wpadli, będzie już za późno na odwrót. A nic z czym się dotąd zetknęli nie przygotowało ich na konfrontację z tak niepojętym koszmarem.
Och, mój boru, jakie to było słabe. Jakie to było beznadziejne. Jakie nudne. Naprawdę nijakie. Bez polotu, bez chociażby próby zbudowania klimatu i poczucia zagrożenia. Nie nazwałabym tego nawet horrorem, a filmem z elementami paranormalnymi. Bardzo dziwnym filmem, bo niby historia trzyma się kupy, ale z drugiej strony gdzieś pojawia się rysa fabularna, pozwalająca wątpić w stawiane hipotezy. Bardzo problematyczną kwestią jest chyba opcja podskórnych tatuaży Jane Doe – czy ktoś jej tę skórę zdarł, żeby wytatuować ją od zewnętrznej strony czy może “magicznie” tatuaże przeniknęły na drugą stronę. Najgorsze jest to, że ten film w ogóle nie jest straszny. Ani na gram. Sceną, która przeraziła największą ilość osób na sali była scena z dzwoneczkiem na samym początku (plus – oczywisty jest fakt, że jeśli twórcy pokazują ci dzwoneczek na nodze denata, to na pewno wykorzystają to w kolejnym filme. Oraz dlaczego tylko ten koleś bez twarzy miał dzwoneczek, a babcia ze zszytymi ustami oraz spalony koleś nie?).

Konwój (2016)
Znów była to kwestia naprawdę ciekawego trailera i w sumie ciężko nie było odnieść wrażeni, że to będzie dobry, udany film.
Kierujący aresztem śledczym dyrektor Nowacki odnajduje ukrywającego się przed światem sierżanta Zawadę. Doświadczony funkcjonariusz wraca do gry i dostaje nowe zadanie – zostaje dowódcą konwoju, który ma przetransportować bardzo niebezpiecznego więźnia do szpitala psychiatrycznego. Członkowie jego ekipy to ludzie ze skomplikowaną przeszłością. Wśród nich jest także pełen ideałów Feliks, prywatnie mąż córki Nowackiego, który nigdy nie powinien był znaleźć się w więźniarce. Dyrektor więzienia utraciwszy kontrolę nad konwojem, rusza w pościg, by naprawić, a może ukryć niewygodną dla niego prawdę. Powoli wychodzi na jaw prawdziwy cel konwoju. Między mężczyznami narastają konflikty i rośnie napięcie, z każdą minutą następują nieoczekiwane zwroty akcji. Od tej pory sprawiedliwość może być wymierzona na własną rękę.
To pierwszy od bardzo dawna polski film, który widziałam w kinie. I choć nie był tym, czego się do końca spodziewałam – bo z trailerów wynikało coś o wiele bardziej sensacyjno-akcyjnego a nie dramatyczno-thrillerowego, to trzeba przyznać, że naprawdę dobrze mi się ten film oglądało. Mamy niezłe zwroty akcji, ładnie skonstruowaną fabułę i naprawdę dobrze napisane postaci (choć uderza mnie to, że tak naprawdę w polskim kinie najlepiej pisze się skurczybyków albo postacie moralnie skrzywione – vide Maciąg, Nowacki), ładne zdjęcia. I gryzie mnie tylko jeden fakt – dlaczego Zawada tak nagle zmienił zdanie? Dlaczego tak szybko daje się przekonać do racji Feliksa? Mogę tylko podejrzewać, że to prawdopodobnie kwestia tego, że Maciąg chciał zabić młodego, w innym przypadku nie byłoby takiej nagłej zmiany postępowania. Z drugiej strony trochę nie pasuje do tego wszystkiego przyznanie się do torturowania więźnia, choć jeśli spojrzeć na kwestię, że w przypadku Zawady mamy postać udręczoną, wyniszczoną narkotykami i poczuciem winy, to może się okazać, że to po prostu z niego “wypłynęło”.

Justice League Dark (2017)
To była jedna z tych animacji, na które czekałam od dłuższego czasu, ale nie z jakimś wielkim napięciem. Po prostu byłam ciekawa jak wyjdzie.
W Waszyngtonie, Metropolis i Gotham dochodzi do tajemniczych zdarzeń – losowi ludzie padają ofiarami halucynacji, w wyniku których w swoim otoczeniu i w innych ludziach widzą demony. Dochodzi do tragicznych w skutkach wydarzeń, nie tylko w tych trzech miastach, ale właściwie na całym świecie. To co się dzieje zdaje się mieć mistyczne korzenie, zatem Justice League decyduje się na poproszenie o pomoc Johna Constantine’a.
To było w sumie… ciężko powiedzieć co. Generalnie animacja jest przyjemna (miło zobaczyć Constantine’a, Batka, Deadmana i Zatannę w jednym teamie), ma masę humoru (och cholera, jakie to było niesamowite zwłaszcza Batmanowe “Booooo!” albo “Jak sobie z tym radzisz? Mam lokaja”), ale fabuła nie jest jakichś wysokich lotów. To znaczy plot nie jest zbyt skomplikowany (serio, można się domyślić za szybko pewnych rzeczy) i generalnie jakoś tak mało napięcia jest. Przyjemna przygodówka, nic więcej. Ale można mieć nadzieję, że będzie to fajny zalążek do animowanego serialu o Constantinie.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *