Filmowe podsumowanie miesiąca #34 – grudniowe fantastyczne parówki

Podsumowania roku 2016 w formie pisanej nie będzie – nagraliśmy o tym trzeci odcinek podcastu, który będzie dostępny do przesłuchania za jakieś dwa tygodnie pewnie. Mamy za to filmowe podsumowanie miesiąca, choć grudzień raczej nie obfitował w dużą ilość filmów (obejrzeliśmy sporo, ale większość to były rewatche, z resztą pewnie wiecie jak wygląda takie oglądanie przy świątecznym stole). Co ciekawe wszystkie grudniowe filmy to produkcje z 2016 roku, w tym dwie premiery kinowe oraz jedna premiera od Netflixa.

Spectral (2016)
Okej, to była wielka niewiadoma – pełnometrażowy film sf od Netflixa. Mógł się okazać kompletną klapą (wiadomo przecież, że nie będzie to poziom hollywoodzki, budżet również też nie będzie ten sam). A jednak okazało się całkiem przyjemne.
Amerykańska armia wspomaga mołdawskich buntowników walczących z rządowym reżimem. W trakcie walk żołnierze z jednostek specjalnych natrafiają na nieznane zjawisko, które zabija zarówno cywili, jak i żołnierzy obydwu stron. Zagrożenie widoczne jest jednak tylko na specjalnych multispektralnych kamerkach. Żeby poznać naturę zjawiska na miejsce zostaje ściągnięty konstruktor tych kamerek – fizyk pracujący dla rządu nazwiskiem Clyne.
To był zasadniczo bardzo dobry film. Nieco za długi, ale za to cholernie satysfakcjonujący. Połączenie konwencji thrillera sf z filmem akcji/wojennym dało naprawdę dobry efekt tutaj. Przede wszystkim dobrą robotę robi główny bohater – facet napisany został w taki sposób, żeby być jednocześnie specjalistą w swojej dziedzinie, ale nie być wszechwiedzącym kolesiem, który automatycznie będzie znał odpowiedź na wszystkie pytania. Podobał mi się też pomysł z tym, jak rozwiązano kwestię tych “duchów”, “spectrali” czy jak je tam nazwiesz. No i końcówka też jest całkiem fajna – bardzo dobrze porusza kwestie moralne.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć (2016)
Bałam się iść na ten film, żeby nie doznać rozczarowania, podobnego jakie spotkało mnie po lekturze “Przeklętego dziecka”, bałam się, że będzie to odcinanie kuponów. Przekonały mnie dopiero pozytywne recenzje znajomych blogerów.
Newt Scamander wraca z wielkiej wyprawy, której celem było odnalezienie i opisanie szeregu fantastycznych zwierząt. Jego krótki pobyt w Nowym Jorku mógłby przejść niezauważony, gdyby nie pewien nie-czar (tj. amerykański mugol) o imieniu Jakub, źle skierowany magiczny przypadek oraz ucieczka kilku fantastycznych zwierząt Newta. Wszystko to może spowodować nie lada kłopoty, zarówno dla świata magicznego, jak i nie-czarów.
To właściwie całkiem fajna historia – zwłaszcza jeśli spojrzeć na nią z nieco szerszej perspektywy. Co prawda jest sporo rzeczy, które bardzo irytowały (plot hole – jak na przykład z tym, że Newt został wyrzucony z Hogwartu, a wstawił się za nim Albus Dumbledore, co jest tutaj właściwie skopiowaną historią Hagrida, a przede wszystkim zupełnie nie zgadza się z informacjami, które Rowling zawarła w książce “Fantastyczne zwierzęta”), ale jeżeli je pominąć to oglądało się to nadzwyczaj przyjemnie. Bardzo propsuję wątek Kowalskiego – to było takie ciepłe i urocze. Stworki też fajne, aczkolwiek niuchacz nie bardzo mi podszedł, czasami im CGI siadało. Na plus też Collin Farrell – omg, jak on zabójczo wyglądał.

Morgan (2016)
Tutaj też miałam wątpliwości – przede wszystkim ze względu na niepochlebne albo niezbyt entuzjastyczne recenzje, które mogłam przeczytać w internecie. I choć nie pochodziły od zaufanych i sprawdzonych blogerów, to zasiały ziarno zwątpienia.
Przedstawicielka wielkiej korporacji, która specjalizuje się w rozwiązywaniu ryzykownych sytuacji, wysłana zostaje do odległego, ściśle tajnego laboratorium, by wyjaśnić sprawę przerażającego wypadku. Na miejscu przekonuje się, że za wypadkiem stoi z pozoru niewinna „istota ludzka”, która kryje w sobie zarówno niezwykły potencjał, jak i ogromne zagrożenie.
Szczerze powiedziawszy spodziewałam się czegoś dużo, dużo gorszego, a tutaj dostaliśmy całkiem porządnie wykonany film. Co prawda bardzo mocno przewidywalny – bo już mniej więcej od połowy seansu znałam główny plot twist i tak naprawdę nic mnie nie zaskoczyło, ba wręcz wszystko potoczyło się jak po sznurku. W sumie dochodzę do wniosku, że było to całkiem zgrabne połączenie wszystkich motywów, które znamy z tego typu sf-ów, z niezłą obsadą (choć większość się marnowała – Toby Jones zdecydowanie mógłby dostać więcej czasu, a i reszta obsady była dość zaniedbana). Ale co trzeba przyznać – film jest zrealizowany na niesamowicie wysokim poziomie – ta praca kamery, te zdjęcia – po prostu cudeńko i dla nich chociażby warto obejrzeć film.

Rogue One: The Star Wars Story (2016)
O Rogue One powstała już co prawda recenzja, która wzbudziła kontrowersje wśród komentujących znajomych. Ujmę to tak – szłam na seans pełna nadziei, bo zewsząd spływały do mnie informacje o tym, jaki to był świetny film.
Kryminalistka o imieniu Jyn Erso zostaje uwolniona z więzienia Imperialnego przez żołnierzy Rebelii, którzy chcą upadku Imperium Galaktycznego. Młoda przestępczyni niedługo po przybyciu do bazy Sojuszu Rebeliantów otrzymuje niezwykle trudne zadanie polegające na kradzieży planów nowej broni Imperium. Jyn oraz jej oddział, zanim wykonają główną misję, będą musieli stawić czoła ogromnej przewadze wroga.
O moich wrażeniach – a raczej rozczarowaniach pisałam już w recenzji, więc dla odmiany tutaj napiszę o pozytywach tego filmu. Przede wszystkim obsada, choć mocno niewykorzystana, naprawdę zrobiła świetną robotę, bo zagrała naprawdę przekonująco, starając się włożyć w swoje postaci maksimum życia. Wielkie brawa za świetnie dobraną do roli aktorkę wcielającą się w Mon Mothmę – wygląda idealnie, niemalże identycznie jak ta ze starej trylogii. Ponadto wbrew pozorom (i wbrew opiniom komentujących na facebooku) bawiłam się bardzo dobrze w kinie i oglądanie przebiegło bez wielkich krzyków oburzenia z mojej strony. Po prostu pewne rzeczy wydały mi się po prostu niejasne lub mylące. Kto wie, może powtórny seans rozwieje moje wątpliwości?

Sausage Party (2016)
Wiecie, że poważnie zastanawiałam się, czy iść na ten film do kina? Ale jakoś tak wyszło, że nie było okazji i w sumie mieliśmy rację, że do kina nie poszliśmy – tego typu produkcje lepiej ogląda się w domu.
Historia Franka, parówki, która odkrywa prawdę o sobie – o tym, kim jest i jaka jest jej rola. Po upadku z koszyka na zakupy, tytułowa parówka wraz z innymi przyjaciółmi z supermarketu odbywa wielką podróż przez sklep, podróż, która pozwala im odkryć prawdę o sobie.
Wiecie co jest najzabawniejsze w tym filmie? Opis dystrybutora. Serio, rzeczy tak oderwanej od rzeczywistości nie widziałam prawie nigdy. Odkrywanie prawdy o sobie? Serio, ten film nie ma aż takiej głębi. Ale przejdźmy już do meritum. Och, wiedziałam, że ten film będzie zły pod wieloma względami, ale cholera jasna, bawiłam się całkiem nieźle – co prawda po nawet udanym początku przyszedł bardzo nijaki środek (chociaż z przebłyskami w postaci chociażby sceny z solami kąpielowymi) i dopiero końcówka była lepsza. To produkcja naprawdę z żartami tak niskich lotów, że pewnie by szorowały brzuchami po ziemi, gdyby tylko miały ciała. Seksualizacja jedzenia godna jest tutaj nagrody im. Ilony Felicjańskiej. Niemniej jednak – jeśli wiecie, że tego typu humor, wszechobecne żarty o seksie – spróbujcie obejrzeć ten film. Bo dla kilku rzeczy warto – świetnej Salmy Hayek w roli Teresy del Taco wznoszącej modły do Santa Chimichangi, kilku niesamowitych nawiązań. Niezobowiązująca, obrzydliwa rozrywka, ale czasami trzeba porzucić kulturę wyższą i obejrzeć coś okropnie prostackiego.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *