Filmowe podsumowanie miesiąca #32 – wrześniowa mieszanka wybuchowa

Właśnie odkryłam, że strasznie nie lubię pisać wstępów. Jest w nich coś takiego, że ciężko mi jest nie oprzeć się sztampie, schematowi i napisać coś nowego. Ciężko zacząć trzydziestą drugą notkę z cyklu czymś oryginalnym, ujmując jednocześnie wszystko, co bym chciała. Tak, to trzydzieste drugie podsumowanie miesiąca – edycja za wrzesień 2016, w którym obejrzeliśmy sześć bardzo różnych filmów.

7737099-3Obecność 2 (2016)
Nie będę udawać, że żywiłam wobec tego filmu nadzieję, że przebije poziomem pierwszą część. I po seansie nie wiem, czy moje oczekiwania zostały spełnione, ale wiem, że to był film bardzo różny od tego, co dostaliśmy w pierwszej części.
Lorraine i Ed Warren udają się do północnej części Londynu, aby pomóc samotnej matce wychowującej czwórkę dzieci, której dom jest nawiedzany przez złośliwe duchy.
To jest bardzo dobry film, ale jedynka jednak była lepsza. Może dlatego, że fabuła była bardziej zwarta, trzymała się tylko jednego miejsca. W sequelu jest chyba nieco więcej wątków, a przede wszystkim zdecydowanie więcej jest takiego ganiania z miejsca na miejsce, zmiany planów, co niestety nie pozwoliło na takie ładne ujęcia jak w pierwszej części. Było też ciut za dużo jumpscare’ów, co nieco psuło klimat i napięcie. Jest oczywiście w Obecności 2 masa fajnych rzeczy – jak chociażby początek filmu z nawiązaniem do Amityville (niektórzy twierdzą, że nie było to potrzebne, ale w moim odczuciu to dobre nawiązanie, bo mało kto kojarzy udział Warrenów w śledztwie dotyczącym Amityville); jak zwykle aktorstwo na najwyższym poziomie, a ujęcia są jak zwykle niesamowite (te kadry z zaznaczoną gdzieś niemalże na skraju obecnością są niesamowite).

Człowiek o żelaznych pięściach (2012)7560094-3
Bywają w naszym (moim i Turela) życiu takie chwile, że zupełnie przypadkiem dokonujemy nie dość, że wyjątkowo okazyjnego zakupu, to wyjątkowego pod względem kupionego tytułu. Tak było w przypadku Człowieka o żelaznych pięściach, którego nabyliśmy wraz z Crimson Peakiem w bardzo ciekawej promocji.
W jednej z chińskich wiosek pracuje czarnoskóry Kowal. Planuje uzbierać wystarczającą ilość pieniędzy, by móc opuścić wioskę ze swoją ukochaną Lady Silk, pracującą w burdelu Madame Blossom. Okazji do zarobku ma wiele, bowiem w wiosce istnieje kilka wrogich klanów zaopatrujących się u niego w broń. Kiedy przywódca jednego z nich zostaje zamordowany, wybucha krwawa wojna. Gdy konflikt przybiera na sile w okolicy pojawia się tajemniczy Jack Knife. Tymczasem do wioski zmierza rządowy transport złota, który wielu chciałoby przejąć…
Boziuniu kochany, jaki to był śmieszny film. Dawno się tak nie uchichrałam. Film jest uroczo głupiutki, uroczo parodiuje wszystkie te chińskie produkcje przygodowe, świetnie wplatając w to jeszcze elementy westernu. Oczywiście, krew leje się strugami, to tu, to tam latają odrąbane głowy, a ogólny poziom choreografii jest niesamowicie wysoki (scena, w której Madame Blossom walczy swoim wachlarzem z kolejnymi Lwami jest niesamowita). Poziom aktorstwa nie jest tutaj oskarowy, ale odtwórcy (zwłaszcza pan grający Srebrnego Lwa) poradzili sobie ze swoimi dość… kiczowatymi rolami.

kingsglaive_final_fantasy_xv_main_key_visualKingsglaive (2016)
Czasami oglądamy też filmy powiązane z grami komputerowymi. Tak było w przypadku uwielbianego przeze mnie Final Fantasy VII: Advent Children czy widzianego w sierpniu 2015 Dragon Nest.
Magiczne królestwo Lucis cierpi z powodu kolejnych ataków agresywnego imperium Niflheimu. Królestwa broni elitarna gwardia, zwana Kingsglaive, której magii udziela sam król. Jako jedyni stoją pomiędzy agresją imperium a miastem Insomnia.
Okej osobno trzeba w przypadku tej produkcji ocenić poziom fabularny (z megafajną intrygą i ciekawym twistem) od poziomu artystycznego. Bo samą historię naprawdę wypada poznać – równie dobrze można byłoby to oderwać całkowicie od serii gier Final Fantasy, nieco ją rozbudować, wyrzucić niektóre elementy, dodać inne i mielibyśmy fajny fantaziakowy film przygodowy w jakimś tam randomowym neverlandzie. Jako film zrobiony do gry, która jeszcze nie wyszła, cóż to niezły koncept, który można po prostu uznać za takie bardziej rozbudowane intro. Co zaś się tyczy poziomu artystycznego – cholera jasna, nie można było utrzymać jednego poziomu cały czas? Bo momentami animacja wygląda przecudnie (prawie tak realnie jak film aktorski), a czasami wygląda okropnie sztucznie, jak animacja generowana na silniku gry. I to strasznie bolało, zwłaszcza w scenie walki przybocznego króla Regisa z generałem Glaucka. Plus sekwencje żywcem wyjęte z Final Fantasy VII: Advent Children.

London has fallen (2016)7725259-3
Kiedy nie ma co oglądać sięgamy po filmy, które w jakiś sposób gdzieś rzuciły się nam w oczy albo po prostu zagrali w nich nasi ulubieni aktorzy. Akurat pod tę kategorię podpada Londyn w ogniu.
Premier Wielkiej Brytanii umiera w niewyjaśnionych okolicznościach. Jego pogrzeb to największe zgromadzenie przywódców wolnego świata od dziesiątków lat. Wszystko wskazuje na to, że jest to najlepiej strzeżona impreza w dziejach, dopóki nie okaże się, że terrorystyczny spisek sięga samych szczytów zachodnich służb specjalnych, a spotkanie w Londynie od początku planowane było jako okazja do zamachu. Jedynym człowiekiem, który może jeszcze odwrócić bieg dramatycznych zdarzeń jest szef ochrony prezydenta USA czyli agent Mike Banning.
Generalnie przez pół filmu facepalmowałam z powodów dziur w fabule i kolejnych nielogiczności. Drugie pół filmu podziwiałam jaką jednoosobową armią jest postać grana przez Gerarda Butlera – serio, koleś nie dość, że pokonał niemalże całą armię terrorystów, to jeszcze właściwie wyszedł z całej akcji bez szwanku. Poza tym jest to produkcja o tym, jak najpierw USA daje ciała, potem daje ciała brytyjski rząd(którzy nie czekają z pogrzebem do wyników sekcji zwłok), a potem znowu dają ciała brytyjskie służby i całą sytuację musi naprawić Leonidas bez 300 Spartan. Co prawda się nie nudziłam, bo jest sporo fajnej akcji, ale co chwila facepalmowałam (mentalnie co prawda, ale liczy się, prawda?).

darknessThe Darkness (2016)
Ciągle też nam zdarza nam się obejrzeć losowo niemalże wybrany horror. Okazją do tego było spotkanie z Sidą z Muzeum Nietoperzy, która zagościła u nas w trzeci weekend września.
Rodzina Taylorów (wraz z dwójką dzieci: nastoletnią córką i upośledzonym synem) spędza wakacje w Kolorado. Po ich powrocie zaczynają się dziać dziwne rzeczy, ich syn Michael tymczasem wymyśla sobie przyjaciółkę, z którą rozmawia.
To horror tak sztampowy, tak typowy i złożony z tak wielu znanych motywów, że świetnie nadawałby się do grania w bingo i odhaczania kolejnych pozycji obowiązkowych. Generalnie zamiast strachu był śmiech, To film o tym, że nie warto przywozić ze sobą z wycieczek żadnych nieatestowanych pamiątek, które nie były sprzedawane w sklepach z pamiątkami; a jednocześnie uczy nas także, że aby odesłać groźne demony zagłady (które nie robią nic poza patrzeniem się na bohaterów lub okazjonalnym powarkiwaniem) wystarczy odłożyć ich zabawki na miejsce. Ale za to w filmie gra Kevin Bacon, a epizodycznie pojawia się znana z roli w Agentach Shield Ming-Na Wen (jej obecność prowokuje do jeszcze większych wybuchów śmiechu, bo agent May jest tutaj niejako ekspertką od spraw paranormalnych, co w zestawieniu z pierwszym odcinkiem czwartego sezonu Agentów bardzo nas śmieszyło).

Noc oczyszczenia: Czas wyboru (2016)7741236-3
Z tą serią miałam mieszane uczucia – pierwsza część choć nie zachwyciła, była zdecydowanie lepsza od drugiej, więc do trzeciej podchodziliśmy z ostrożnością.
Przed nami kolejne 12 godzin, podczas których może zdarzyć się wszystko. Nie ma reguł, nikt nie jest bezpieczny. Raz w roku świat ogarnia całkowita anarchia. Legalne jest każde przestępstwo. Na ten dzień czekają mordercy i zwyrodnialcy. Wiedzą, że tego dnia mogą zrobić wszystko. I nie cofną się przed najbardziej wymyślnymi torturami. Minęły dwa lata, od kiedy Barnes darował życie zabójcy swojego syna. Jako szef ochrony dba o bezpieczeństwo senator Charlene Roan, która ubiega się o prezydenturę.
Narzekałam na dwie poprzednie części “Nocy oczyszczenia” (uparcie chciałam pisać, że “Igrzysk śmierci”), tak w przypadku trzeciej będę chwalić. Cholera jasna, oprócz tradycyjnej dla tej serii siekanki mamy porządny aspekty polityczny i społeczny, mamy wreszcie jasny przekaz, mamy wreszcie osoby, które są gotowe przeciwstawić się systemowi. Widać, że scenarzyści dobrze przemyśleli całą sytuację i doszli do wniosku, że przedstawiona przez nich dystopia nie ma prawa istnienia i będą istniały jednostki, które się temu w końcu przeciwstawią. Mamy do tego fajną akcję, sporo emocji (choć od początku wiedziałam, że pani senator nic się nie stanie i tak zaciskałam kciuki, żeby się jej udało) i przede wszystkim bohaterów, których tym razem da się polubić. Dobrym ruchem jest również to, że połączono poprzednie części klamrą (Dante Bishop to ciemnoskóry nieznajomy z pierwszej części, a sierżant Leo Barnes znany z drugiej części pojawia się tutaj jako szef ochrony pani senator).

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *