Filmowe podsumowanie miesiąca #16 – lutowe zombie pingwiny z SS

Luty za nami – i tradycyjnie przed nami filmowe podsumowanie miesiąca. Tym razem udało nam się obejrzeć sześć produkcji, spowodowane było to głównie ilością seriali, które na bieżąco oglądamy (pojawiła się Agent Carter, której recenzja wkrótce; wrócił The Walking Dead, Black Sails i Wikingowie). Ale nie przedłużajmy.

Skumringslandet (2014)
No coś nas podkusiło, aby obejrzeć niskobudżetową norweską produkcję. Będzie fajnie mówili. Nie było.
XIV-wieczna Norwegia – dwóch braci wspólnie żyje na farmie, do czasu wyjazdu jednego z nich na Sorbonę. Po jakimś czasie otrzymuje z domu list, że drugi z braci, Ansgar, oskarżony jest o czary i współpracę z siłami nieczystymi.
Historia, która nie trzyma się kupy – dwóch braci gdzieś z norweskiej dziczy żyje sobie na farmie i posiada kopalnię, która przynosi im niewysłowione zyski, tak niewysłowione, że potem będzie się o nią (o kopalnię, nie o farmę) bić lokalny szeryf (sic!) i opat klasztoru, a my w międzyczasie dostaniemy bajkę o trollach, trochę czegoś co próbuje być kryminałem i szczyptę niewielką thrillera. Dodatkowo realia historyczne – żadne, ale to normalka czy w filmach hollywoodzkich czy europejskich. A zapowiadało się całkiem nieźle, ale cóż, z realizacją powstał mały problem. Ale co tam – krajobrazy były ładne!

 


Zombie SS (2009)
A to film nadrobiony w ramach oglądania klasyki filmów o bardzo czarnym humorze. Też produkcji norweskiej – no cóż, ten miesiąc Norwegowie zdominowali.
Grupka studentów wyjeżdża na kilka dni w góry. I wiecie jak to musi się skończyć. Tak, będą musieli się tam zmierzyć z bandą nazistowskich zombie. I będą ginęli, a śnieg w Norwegii nigdy nie był tak czerwony.
Taki zwyczajny, raczej przeciętny filmik o zombie. Ok, miał swoje momenty – zwłaszcza scena z wiszeniem na flakach nad przepaścią, albo scena a’la Evil Dead. Reszta jednak jest nudna jak flaki z olejem i tak naprawdę możecie sobie odpuścić. W sumie raczej niczego wybitnego się nie spodziewałam, choć czasami było dość abstrakcyjnie (zwłaszcza z karabinem maszynowym zamontowanym na skuterze), ale trochę się rozczarowaliśmy poziomem. Tak jak już pisałam wyżej – można sobie odpuścić, chyba że chcecie dobrze poznać historię, która doszło do wydarzeń z kontynuacji.

 

Død Snø 2 (2014)
Po słabej jedynce byliśmy z Turelem pełni obaw o kontynuację (choć trailery dawały nam nadzieję, że nie będzie źle). I obawy się nie spełniły. To jedna z lepszych komedii o zombie, jakie widziałam.
Martin, który przeżył atak nazistowskich zombie, odzyskuje przytomność w szpitalu i dowiaduje się, że przyszyto mu rękę Herzoga – dowódcy zombie SS. Najgorsze jednak przed nim, bo jak się okazuje oskarżono go o morderstwo znajomych, a nazistowskie zombie chcą dopełnić misji, którą im przerwano w drugiej wojnie.
Mujeju ten film jest genialny. Ja nie wiem, co brali twórcy w trakcie pisania scenariusza, ale poproszę to samo. Jest zabawnie, z pomysłem i dużym jajem. A już “szpital polowy” (właściwie wszystkie sceny z herr doktorem są wybitne) albo przepompowywaniem benzyny z autobusu do czołgu albo z wiernym zombie głównego bohatera są przegenialne. I nic, nawet mocno specyficzna końcówka tego nie jest w stanie zniszczyć.

 

Patrick (2013)
I kolejny film, który zdecydowaliśmy się obejrzeć w ciemno. Bo Charles Dance, bo to na pewno będzie fajne mówiliśmy sobie. Cóż…
Patrick od kilku lat przebywa w śpiączce na oddziale małego, prywatnego szpitala. W tym samym czasie, pracę rozpoczyna Kathy Jacquard, młoda pielęgniarka, która jest w separacji z mężem. Kobieta zaczyna wyczuwać, że pacjent komunikuje się z nią i manipuluje wydarzeniami z jej życia.
…ten film to zmarnowany świetny pomysł. Bo o ile scenariuszowo i aktorsko to jeszcze trzyma się kupy, tak efekty wprawiają w osłupienie, a potem wywołują tylko i wyłącznie pusty śmiech. Ja rozumiem, że to nie jest wysokobudżetowa produkcja amerykańska, ale oglądając film z 2013 wymagam zachowania poziomu. A tu efekty rodem z Przerażaczy czy Pogromców Duchów, więc no raczej niezbyt wysokiej jakości, śmieszne i rozbijające całkowicie klimat produkcji. No i ciężko mi było ogarnąć miks klimatu szpital a’la początek dwudziestego wieku + iphone’y.

 

Pingwiny z Magadaskaru (2014)
Pewnie nie wiecie, ale uwielbiam Pingwiny. Skipper, Kowalski, Rico i Szeregowy potrafią poprawić mi humor nawet w najgorsze dni. Więc pełnometrażowy film z moimi ulubionymi pingwinami musiałam obejrzeć.
Szeregowy obchodzi urodziny i Skipper wraz z ekipą włamują się do Fortu Knox, by zdobyć paczkę wycofanych z produkcji chipsów. Jednak nie wszystko idzie gładko, bo wpadają w macki niejakiego Dave’a – ośmiornicy, która z zemsty chce doprowadzić wszystkie pingwiny do zguby.
No powiem, że to była dobra animacja. Co prawda nie dorównuje poziomem do niektórych odcinków serialu animowanego (zwłaszcza odcinka o zombie), ale jest przeurocze. Scena w Fort Knox sprawiła (ta z pasami), że spadłam z fotela. No i dubbing po raz kolejny wypadł genialnie (ale Pingwinów nie da się zepsuć), choć muszę przyznać, że rozważałam, czy dla głosu Benedicta Cumberbatcha nie obejrzeć wersji anglojęzycznej, ale doszłam do wniosku, że w sumie to jakoś niewiele mi rekompensował.

 

Anioł Śmierci (2014)
A ten film obejrzeliśmy z premedytacją – żeby wiedzieć, dlaczego Kobieta w czerni nie powinna mieć kontynuacji. Przekonaliśmy się o tym dobitnie.
Do ponurej posiadłości na Węgorzowych Moczarach przyjeżdża grupa dzieci ewakuowanych z wojennego Londynu. Ich pojawienie się budzi najmroczniejszego mieszkańca domu. I Kobieta w Czerni ponownie zabiera dzieci ze sobą.
W recenzji dobitnie dowiodłam, że ten film nie powinien powstać. Ale Hammer połasiło się na kasę. Mówię wam jednak – nie oglądajcie, nie ma czego, bo formuła jest znana. I nie ma tu nic nowego.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *