Cztery seriale na raz – czyli nietypowy subiektywny rzut okiem

Dzisiejszy subiektywny rzut okiem w seriale (albo na seriale) będzie nieco inny, bo nie skupi się tylko na jednej produkcji, ale na aktualnie oglądanych czterech tytułach. Podsumujemy sobie krótko dotychczasowe odcinki, ponarzekamy (bo jest na co) i popodziwiamy (bo jest co).

Marvel Agents of SHIELD (sezon 3, odcinki 1-6)

agents_of_shield_season_3-1920x1200

Może trochę będzie ogólnie w przypadku pierwszych trzech-czterech odcinków, a najbardziej skupię się na dwóch ostatnich. Co mnie cieszy w trzecim sezonie Agentów? Przede wszystkim powrót do formy – końcówka drugiego sezonu była nieco niemrawa, a cała sprawa z Inhumans wszystko bardzo mocno rozwlekła. Trzeci sezon zaczął się mocno i z przytupem, Whedon rzucił nas od razu w wir akcji w sześć miesięcy od wydarzeń z końcówki sezonu drugiego. Pierwsze cztery odcinki wyszły bezbłędnie – pojawił się nowy, niebieski i bardzo groźny przeciwnik, Ward odbudowuje Hydrę i nawet znalazł syna barona von Struckera, a Fitz odnalazł w końcu Simmons.

Zgrzyty pojawiły mi się w przypadku agentki May – jak wspominałam w recenzjach poprzednich sezonów niestety Melinda dla mnie jest najgorzej napisaną postacią w całym tym serialu i to zdanie podtrzymuję. Jest niespójna wewnętrznie, a skoki jej nastrojów są po prostu niemożliwe do wytrzymania. Zafundowała sobie kolejne rozstanie z Andrew, wakacje od SHIELD tylko po to, by zaraz znów rzucić się w wir walki przeciwko HYDRZE i panikować, bo „oni mogą zabić Andrew”.

No i tu dochodzimy do trzech ostatnich odcinków. W czwartym mieliśmy nieprzemyślaną akcję Huntera przeciwko Wardowi (przecież to było wiadome, że w końcu, prędzej czy później – ale raczej prędzej niż później – zostanie przedstawiony szefowi Hydry), zakończoną wielką strzelaniną. I tak się fatalnie złożyło, że May nie potrafiła dopilnować swojego ex-męża i ten wpadł w łapki Wernera von Struckera. Ward dał agentom wybór – poddajecie się i Andrew przeżyje, albo możecie walczyć dalej i on zginie. Biorąc pod uwagę kwestię przeżycia dwójki dobrych agentów (bo przecież Ward nie pozwoliłby im przeżyć, albo użyłby ich tylko i wyłącznie do tego, by rozwalić doszczętnie SHIELD), broń, którą Hunter skołował jako wkupne – wybrałabym opcję poświęcenie dr Garnera. No i poza tym nie lubię tej postaci.

„4772 Hours” odcina się zupełnie od wydarzeń z poprzedniego odcinka i funduje nam retrospekcję w pełni poświęconą Simmons i jej pobycie na planecie, na którą przeniósł ją obelisk. Problem z tym odcinkiem jest taki, że to po prostu strasznie melodramatyczna historia, robiąca z Jemmy nie wiadomo jak uzdolnioną heroinę (przecież to naukowiec, a nie specjalista od przetrwania, rzadko kiedy działała w terenie i powinna mieć spore problemy, jak chociażby z tym potworkiem ze stawu). Dodatkowo kompletnie nie przypadł mi do gustu Will – jest w nim coś nieodgadnionego i niepokojącego. Bardzo mocno wydaje mi się, że jego towarzysze niekoniecznie skończyli tak, jak opowiadał. I jeszcze na dodatek motyw tego… zła. To było już śmieszne. Zaś smartfon działający na baterii przez dobre trzy miesiące po prostu mnie rozbawił do łez.

W odcinku szóstym okazuje się, że Andrew przeżył. I tu zaczęło mi coś zgrzytać, bo jakim cudem przeżył, skoro… Ale ma na to całkiem niezłą bajeczkę, technicznie dość wiarygodną. Daisy/Skye poluje na niebieskiego potworka imieniem Lash i w sumie dochodzi do wniosku, że może być to prawa ręka Rosalind z ATCU. Ok, sama do takiego wniosku doszłam w tym odcinku, kiedy widziała, jak zmienia się z powrotem w człowieka. Jednak po analizie krwi okazuje się, że to nie on. Dobra, niebieski pozostaje na wolności, będą musieli nową teorię sobie wykoncypować. Andrew tymczasem szybciuteńko leczy swoje rany, a agentka May jest chodzącą furią. I tu zaczynają się schody. Bo zabranie Bobby na misję jest nieodpowiedzialne, zachowanie Melindy w banku jest totalnie do kitu. Rozumiem kwestie siłowe, ale agentka Morse prawie załatwiła to dyplomatycznie – jeszcze chwila, a facet połknąłby haczyk i odwołał ludzi. W końcu obie panie dostają się do von Struckera, którego szybciej dostał w ręce oprawca Warda, więc z młodego nie ma już żadnego pożytku. Poza kwestią, że wyzna, że dr Garner zamienia się w niebieskiego kolesia polującego na Inhumanów. I teraz moje pytanie – czemu *piiiiiip* badania nie wykryły niczego poza normą? Przecież zgarnęli go ludzie z SHIELD, nie zrobili mu żadnych badań w trakcie akcji ratunkowej? Nic, serio? Żadnej morfologii, badań krwi? A jeśli zrobili to czemu nic im nie wykazały? Przynajmniej moja niechęć do niego ma teraz solidną podstawę.

iZombie (sezon 2, odcinki 1-5)

zombie

Och, jak cudowny był powrót na ekrany Liv i ekipy. Masa rzeczy co prawda stanęła na głowie od ostatniego sezonu – jak chociażby Major z wiecznym fochem na Liv (daj mi trochę przestrzeni, muszę kilka spraw przemyśleć i jeszcze masa takich niezbyt miłych wymówek), Blaine prowadzący zakład pogrzebowy (zgadnijcie, dlaczego? interes z zombie musi się kręcić, a mózgi trzeba skądś zdobywać) i próbujący rozkręcić biznes handlu Utopią, nowa lokatorka Liv czy pomysł CEO Max Ragera z polowaniem na zombie.

Świetnie sprawdza się odchodzenie od „trupa odcinka” na rzecz bardziej rozbudowanej i wielowątkowej fabuły, od procedurala do bardziej zwartej konstrukcji. I to rozwijanie postaci – zwłaszcza za Majora wzięli się porządnie, choć strasznie mnie czasami wkurza, to rozumiem, w jakim kierunku idzie. Z resztą nikt nie stoi w miejscu – Liv zmienia się z odcinka na odcinek, oczywiście nie tylko z pomocą mózgów; fajny krok naprzód zrobił Babineux – twórcy świetnie wykorzystali jego doświadczenie z Vice; Blaine dalej jest najlepszym złym pod słońcem. Po prostu poezja, a z odcinka na odcinek jest coraz lepiej.

The Walking Dead (sezon 6, odcinki 1-4)

the-walking-dead

To niestety serial, który sprawia, że z odcinka na odcinek zaczynam tracić wiarę w twórców. Boję się, że po prostu się za bardzo zmęczyli i zaczyna im brakować pomysłów. Pierwsze dwa odcinki jeszcze jako tako dawały radę, tak trzeci i czwarty po prostu mnie zniszczyły z powodu sporych idiotyzmów (3) oraz dziwności (4).

Zacznijmy od pierwszego – twórcy rzucają nas do akcji totalnie od czapy, gdzieś lecz nie wiadomo gdzie, dodatkowo dorzucając masę postaci. Oczywiście w końcu wszystko się wyjaśnia, ale zanim tak się stanie dostajemy masę naprawdę niezrozumiałych scen. Dodatkowo zastanawia mnie – dlaczego nie mogłoby w końcu im się coś udać? Przecież akcja jest zaplanowana bardzo dobrze, przeprowadzona nie mniej sprawnie, ale i tak musi się coś stać? I to tak totalnie od czapy – najpierw okazuje się, że próba generalna staje się głównym podejściem, a potem – że połowa stada zostaje odciągnięta, bo w Alexandrii zaczyna się coś dziać.

Drugi odcinek – przerzuca nas do osiedla, które jak się okazuje można bardzo łatwo zaatakować i właściwie tak samo niemalże zniszczyć. Gdyby nie terminator-kobieta czyli Carol to pewnie większość mieszkańców gryzłaby piach. Świetnie spisywał się Carl, ale oczywiście przegrał pojedynek o dziewczynę. Za to podejście Morgana kompletnie mnie rozwaliło, bo oczywiście jego filozofia zen nie pozwala mu zabijać. I tak jak w trakcie odcinka przewidywałam – to narobiło kłopotów. Ale oczywiście nie jemu, tylko biednemu Rickowi, ale o tym za chwilę.

Trzeci odcinek to już największe nieporozumienie, jakie widziałam. Zaczyna się całkiem nieźle – Rick ma pomysł na zawrócenie stada i generalnie zapobiegnięcie dojścia zombie do Alexandrii, ale wszystko musi pójść nie tak – najpierw ginie jeden z randomowych członków ekipy, która wyruszyła do kamieniołomu. Potem cała grupa się rozdziela, Rick zostawia instrukcje Michonne i Glennowi, sam ruszając, by wyprzedzić stado i spróbować je z powrotem ściągnąć na drogę. I co się od razu dzieje, kiedy Rick zostawia Glenna i Michonne? Okazuje się, że ci w ogóle nie potrafią dojść do ładu z jasnym i klarownym rozkazem i muszą zrobić swoje. Więc niewiele myśląc pakują się w naprawdę niezłe tarapaty, z których cało wychodzi tylko i wyłącznie trójka bohaterów z Michonne na czele, a Glenn ginie najbardziej bezsensowną śmiercią ever. Już wolałabym, żeby zginął z ręki Negana w Sanktuarium. A Rick przez Morgana wpada w niemałe kłopoty i gdyby nie był Rickiem to bym się nim martwiła.

Czwarty odcinek poświęcony jest Morganowi właśnie i jest totalnie przekombinowany. Zarówno pod względem samej fabuły (czyli historii tego, jak Morgan został mistrzem zen i wybrał drogę pokoju), jak i pod względem realizacji – te dziwaczne filtry, ten efekt pulsowania… ech, szkoda gadać. I to całe ględzenie o drodze pokoju, o byciu wspaniałym i cenieniu każdego życia. Fajnie jest tak gadać, kiedy na twojej drodze nie spotykasz zbyt wielu osób, które chcą zabić ciebie i twojej rodziny i zabrać twojego miejsca do życia. No i generalnie zachowanie Morgana jest dziwne, a co najgorsze – zupełnie mi się ta postać przestała kleić. Nie rozumiem go. Po prostu. No i niestety przez większość odcinka wiało nudą.

Ash vs Evil Dead (sezon 1, odcinek 1)

ash

Pilot tego serialu jest taki, jaki mogłabym sobie wymarzyć, by był pilot serialu kontynuującego historię Martwego zła. Naprawdę – od dużych ilości krwi, przez niepoprawne zachowanie głównego bohatera, lekkie poczucie kiczu i naprawdę fajna akcja. I tylko dlaczego to tak szybko się skończyło, dlaczego ten odcinek był krótki? No i gościnnie występująca Xena też była miłą niespodzianką – ciekawe, czy zagości na dłużej. Było groovy! I liczę, że drugi odcinek mnie nie zawiedzie.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *