Chochliki w turban… znaczy Durbanie – “Poison City” Paula Crilleya

Urban fantasy to gatunek, który przyniósł mi więcej czytelniczych rozczarowań niż jakikolwiek inny. Ilekroć natrafiałam na jakąś książkę reprezentującą akurat ten podgatunek fantasy, tylekroć właściwie przeżywałam rozczarowanie. Liczyłam, że może „Poison City” Paula Crilleya sprawi, że zła passa zostanie pokonana i w końcu uda mi się znaleźć dobrą urbanową powieść. Nie do końca tak było.

Agentowi Gideonowi Tau (znanemu w Wydziale Delfickim jako London Tau) szefowa przydziela zagadkową, acz z początku rokującą szybkie rozwiązanie, sprawę zabójstwa pewnego wampira. Jednak jak się okazuje nie jest ona tak prozaiczna, jak Gideon chciałby aby była, a ilość osób zamieszanych, podejrzanych i poszkodowanych przyrasta niemal w tempie geometrycznym. Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy pojawia się archanioł Michał oraz Lilith.

Zapowiada się całkiem nieźle, prawda? Niestety początek to droga przez mękę i dopiero druga połowa powieści wychodzi na prostą. Nie wiem, czym jest spowodowane pierwsze wrażenie – fatalnym tłumaczeniem, kiepskim stylem autora a może chęcią upchnięcia na pierwszych stu czy stu pięćdziesięciu stronach wszelkich prawideł rządzących światem i przedstawienia wszystkich magicznych stworzeń, które kręcą się po Durbanie. Stężenie problemów na stronę książki po prostu zniechęcało mnie do czytania i przez długi czas nie czerpałam przyjemności z lektury. Potem było już lepiej, może dlatego, że dostaliśmy akcję, która nie zwolniła ani na moment do finału.

Podstawowym problemem moich kontaktów z urban fantasy jest to, że nie spotkałam się jak na razie z powieścią, która dawkowałaby nam ilość magicznych stworzeń i nietypowych elementów. Crilley, podobnie jak inni autorzy, których powieści z tego gatunku czytałam, ma tendencję do zapełniania stron taką ilością przedstawicieli magicznych ras, że ciężko pod tym odnaleźć choć trochę miejsca dla zwykłych ludzi. Wampiry, anioły, demony, duchy, bogowie i boginki, ogry, wróżki – cała ta menażeria wrzucona na początku powieści od razu mnie odrzuca, sprawiając, że zwyczajnie nie chce mi się czytać.

Powieść Crilleya cierpi również z powodu nierównomiernego rozłożenia akcji – początek jest wręcz wybuchowy (i od razu wybucha nam w twarz mnogością szczegółów dotyczących świata), potem przez długi czas nic się nie dzieje i czytelnika raczony jest kolejnymi niezbyt interesującymi przemyśleniami głównego bohatera, a potem gdzieś po połowie książki akcja rusza z kopyta i utrzymuje niedające oddechu tempo aż do samego końca. Nakłada się na to również kwestia wątku kryminalnego, który od początku szyty jest grubymi nićmi i zwiastuje, że rozwiązanie zostanie objawione ex machina. Kiedy nałożymy na siebie te dwa problemy – wlokącą się akcję i śledztwo, z którego nic nie wynika dostaniemy obraz początku książki.

Co mnie jeszcze drażniło w „Poison City”? Bohaterowie. Gideon jest skończonym kretynem, który uważa się za nie wiadomo jak sprytnego i błyskotliwego, a przede wszystkim ma tendencję do odzywek niczym piętnastolatek. Wtóruje mu w tym jego szefowa, prawie pięćdziesięcioletnia Armitage, przez co mam wrażenie, że powieść napisał piętnasto- albo maksymalnie siedemnastolatek. Może to problem tłumaczenia, ale kiedy czytałam wymiany zdań między Gideonem a Armitage skręcałam się z niewysłowionej żenady. Choć obstawiam, że taka konstrukcja bohaterów (głupi acz uważający się za błyskotliwego protagonista oraz jego złośliwy side-kick, tutaj w postaci Psa, czy też szefowa, z którą Tau wdaje się w pyskówki) to efekt tego, że Crilley pisał wcześniej powieści młodzieżowe.

Powyższa kwestia może również skutkować tym, że początek „Poison City” tak ciężko się czyta – zdania są krótkie, zazwyczaj proste bądź jednokrotnie złożone, przez co całość brzmi nienaturalnie. Im dalej w lekturę tym zarówno warstwa leksykalna, jak i składniowa ulega wzbogaceniu, całość brzmi lepiej (choć dialogi nadal reprezentują dość niski poziom), a czytelnik może odnieść wrażenie, że Crilleyowi udało się przestawić na pisanie dla dorosłych. Choć oczywiście, żeby potwierdzić tę tezę musiałabym skonfrontować ją z oryginalną, angielską wersją powieści, bo wszystkie problemy językowe mogą być efektem tłumaczenia.

„Poison City” to lektura… nie nadająca się do prostego podsumowania. To z jednej strony masa problemów w postaci: kiepsko napisanego wątku kryminalnego, konstrukcji postaci rodem z YA i irytującej warstwy narracyjnej. Z drugiej strony znajdzie się kilka fajnych rzeczy w powieści (krótki wątek matki Durbanu i jej teatru), a od połowy książkę da się czytać bez zgrzytania zębami. To nieźle rokuje na przyszłość, aczkolwiek do tomu drugiego podejdę z dużą dozą nieufności.

Egzemplarz recenzencki udostępniło wydawnictwo Akurat.

PS. Tytuł nawiązuje poziomem do poziomu humoru w “Poison City”. Tak wiem, żenująco słaby zabieg.

Sharing is caring!

6 thoughts on “Chochliki w turban… znaczy Durbanie – “Poison City” Paula Crilleya

  • 11 lutego 2017 at 18:50
    Permalink

    Najpierw trochę korekty obywatelskiej: zła passę można przełamać, nie pokonać.

    I tak będę chciała przeczytać. Mam słabość do urban fantasy choć też częsciej mnie rozczarowuje niż zachwyca.

    Choć w kontekście tej notki dziwi mnie nieco wysoka ocena na GR…

    Reply
    • 11 lutego 2017 at 22:44
      Permalink

      A byłam pewna, że piszę “przełamać złą passę” 😛
      Co do wysokiej oceny na GR – nie wierzę w ocenki, więc mnie to w sumie nie dziwi. Poza tym ludziom podoba się też “Achaja”…

      Reply
      • 11 lutego 2017 at 23:37
        Permalink

        Ja też nie wierzę – przynajmniej nie tak, żeby jakkolwiek się sugerować przy wyborze własnych lektur, ale pokazują, co tam się ludiom podoba. I tak się zastanawiam, czy w tym przypadku rozbieżność oceny to może być kwestia tłumaczenia.

        Reply
        • 12 lutego 2017 at 11:39
          Permalink

          Nie starczyło mi sił, żeby sięgać po oryginał, więc wiesz jak to jest 🙂 No i ocenki na GR jakoś nie wydają mi się zbyt… ten no miarodajne – ich system niezbyt dobrze oddaje to, czy książka jest dobra czy nie. Przypomnę: jeśli wystawisz 1 gwiazdkę – to ci się nie podobało, ale już 2 gwiazdki oznaczają, że było ok, a 3 i powyżej, że ci się podobało…

          Reply
  • 14 lutego 2017 at 00:50
    Permalink

    A jakie to inne urban fantasy były tak rozczarowujące? Ja wiele nie czytałem, ale na ogół było całkiem znośnie.

    A co do Goodreads – dla mnie problemem jest to, że większość średnich mieści się tam w przedziale 3,5-4. Same gwiazdki rzeczywiście mało mówią, bo każdy do nich podchodzi po swojemu.

    Reply
    • 14 lutego 2017 at 08:58
      Permalink

      “Kłamca” Ćwieka, o ile uznać go za urban, rozczarował mnie w pewnym momencie tak bardzo, że nie byłam w stanie skończyć cyklu. Potem długo po urban nie sięgałam, aż natrafiłam na “Człowieka ze złotym amuletem” Greena, który okazał się totalną porażką. Potem znowu nie czytałam nic z urban fantasy aż do czasu heksalogii o Dorze Wilk – która z tomu na tom przynosiła coeaz mniej funu, a coraz więcej zniesmaczenia i rozdrażnienia. Teraz rozczarował mnie Crilley…
      Jedynym urbanem, który mi się podoba bał był “Strażnik Podłego Miasta”, choć mam w jego przypadku pewne wątpliwości gatunkowe.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *