Bez serc, bez ducha, bez kontekstu historyczno-społecznego, czyli spoilerowo o drugim sezonie Anne with an E

Minęło już trochę czasu od premiery drugiego sezonu Anne with an E, pomyślałam więc, że mogę pozwolić sobie na mocno spoilerowy tekst na temat tego serialu i tego, co robią twórcy z materiałem źródłowym. Będę odnosić się troszeczkę do recenzji pierwszego sezonu oraz tego, co napisałam dla serwisu Serialomaniak.pl w przedpremierowym tekście o sezonie drugim.

Nowi lokatorzy na Zielonym Wzgórzu

To była dla mnie najbardziej kontrowersyjna rzecz w pierwszym sezonie, o czym mogliście przeczytać tu (i pewnie gdzieś w innych częściach internetu, czyli np. u Pyzy Wędrowniczki, na blogu Pierogi Pruskie w komentarzach do recenzji pierwszego sezonu). Co prawda moje obawy w kontekście możliwości poprowadzenia akcji w stronę naprawdę nieprzyjemnych kwestii nie spełniły się, ale mimo wszystko spory niesmak pozostał.

Niesmak powodowany głównie zbyt współczesnym podejściem do kwestii przyjmowania lokatorów pod dach. Nie twierdzę, że w końcówce XIX wieku się to nie zdarzało – owszem była to dość powszechna praktyka (w samym cyklu powieściowym o Ani mamy sporo takich sytuacji), ale ze względów obyczajowych raczej nie dochodziło do sytuacji, gdzie dwóch dorosłych mężczyzn przyjmowanych było do domu, w którym mieszkała panna. Spotkałoby się to z ogólnym oburzeniem. A na pewno nie pozwalano, by ci mężczyźni mieszkali po sąsiedzku z taką panną, ściana w ścianę i drzwi w drzwi.

Ale nie jest to największy problem, jaki wiąże się z Nate’em i panem Dunlopem. Jest za to kilka innych. Zacznijmy od tego, że zapowiadało się na koniec poprzedniego sezonu, że wątek nowych lokatorów na Zielonym Wzgórzu będzie miał duży wpływ na wygląd całego sezonu, być może stanowiąc dla niego główną oś fabularną. Tymczasem, cała sprawa z oszustami zamknęła się w dosłownie trzech odcinkach. Serio, serio.

Okej, może wychodzi ze mnie zwykłe czepialstwo, ale wydaje mi się, że chyba potrzeba nieco więcej czasu ekranowego, żeby zbudować dobrą intrygę, a w widzach poczucie, że dorośli mieszkańcy Avonlea nie łapią się na słabego baita. Tymczasem dostajemy coś przeciwnego – intrygę szytą tak grubymi nićmi, że aż dziwne, że ktokolwiek się na to nabrał. Poczynaniami bohaterów kieruje imperatyw, zaś twórcy sprawiają, że selektywna pamięć Jerry’ego przedłuża wątek do trzech straszliwie nieprawdopodobnych odcinków.

Nie wiem, jaki jest cel tego wątku? Pokazać, że pan Barry, który najbardziej angażuje się w sprawę związaną ze złotem, jest fatalnym sąsiadem (w końcu pożyczek nie oferuje bezinteresownie, tylko zamierzając zgarnąć odpowiedni procent), okropnym mężem i ojcem (zupełnie nie ma zamiaru słuchać doradztwa żony i nie przejmuje się tak naprawdę przyszłością Diany) i ogólnie człowiekiem (serio, ta postać to chyba jeden z najpaskudniejszych ludzi w Avonlea)? Udowodnić, że Ania jest inteligentniejsza od połowy sąsiadów? Dało się bez wprowadzania Nate’a i Dunlopa. Spróbować stworzyć niejednoznaczne moralnie postaci? To też dałoby się zrobić bez konieczności wprowadzania takiego wątku na siłę – z resztą książki o Ani mają kilka takich postaci (mam wrażenie, że bardzo dobrze sprawdziłby się tu pan Harrison). Gilberta też inaczej można byłoby ściągnąć z powrotem do domu.

Gilbert, Trynidad i sprawa rasizmu

Pod koniec poprzedniego sezonu, jak dobrze pamiętacie młody Blythe został sierotą, a nie chcąc na zawsze utknąć na farmie, opuszcza rodzinną wioskę. Jak się okazuje w sezonie drugim – trafia na parowiec, na którym rozpoczyna pracę jako palacz. Oczywiście twórcy nie byliby sobą, gdyby nie zaczęli w całej sprawie kombinować i komplikować. I nie mam im za złe, że wprowadzają do historii Basha, który jest naprawdę fajnie napisaną postacią i wprowadza dużo kolorytu, zarówno do życia Gilberta, jak i również potem do Avonlea (i nie mówię jedynie o kolorycie w kwestii tego, że Sebastian Lacroix, pieszczotliwie zwany Bashem, jest ciemnoskóry). Przyjaźń z tym bohaterem może jedynie Blythe’owi wyjść na dobre, pomóc spojrzeć na świat z innej, doroślejszej perspektywy. Problem, jak zwykle tkwi w szczegółach.

Zacznijmy może od tego, że zdziwienie Gilberta na Trynidadzie w kwestii rasizmu można byłoby jeszcze obronić. Jak? No cóż, zakładając, że nawet jeśli czytał o niewolnictwie i o tym, jak na południu (w stosunku do Kanady wszystko jest południem) traktuje się czarnoskórych, to pewnie nigdy nie widział takiej sytuacji na własne oczy. I możliwe, że kiedy pierwszy raz na własne oczy/uszy przekonał się o dyskryminacji i rasizmie, mógł być w szoku. Założenie miałoby szansę się obronić, gdyby nie kilka aspektów.

Może w Avonlea nie było do tej pory czarnoskórych, więc nie było szans na ich dyskryminowanie, ale z samym zjawiskiem Gilbert musiał się już spotkać. I to nie raz. Mowa tu oczywiście o zachowaniu anglojęzycznych Kanadyjczyków w stosunku do rodzin francuskojęzycznych, które zazwyczaj zatrudniały się jako pomoc sezonowa w gospodarstwach. Traktowano ich jako obywateli drugiej kategorii, pogardzano (nawet w serialu próbowano to nieśmiało zasugerować, kiedy Ania próbowała się zaprzyjaźnić z Jerrym w pierwszym sezonie Maryla i Mateusz pukali się w głowę, jak na przedstawicieli anglojęzycznych Kanadyjczyków z drugiej połowy XIX w. przystało; oczywiście teraz się to zmieniło całkowicie) i zachowania te niewiele się różniły od rasizmu prezentowanego przez białego mieszkańca Trynidadu w stosunku do Basha. Dlatego ciężko jest sobie wyobrazić, że Gilbert może być rasizmem zszokowany.

Jeszcze większe jest zdziwienie w momencie, kiedy okazuje się, że w Charlottetown, czyli najbliższym dużym mieście w stosunku do Avonlea, istnieje slums czarnoskórych i generalnie wszyscy wiedzą, że czarnoskórzy tam są i wszyscy zachowują się źle wobec czarnoskórych. Gilbert bywając zapewne z ojcem w mieście nie mógł tego nie zauważyć. Albo o tym nie słyszeć.

Po tej wewnętrznej niespójności można się domyślić, że całość była pisana na kolanie. Wątki są wrzucane bezsensownie i tylko po to, by wypełnić czas ekranowy. Bash, mający szansę być naprawdę bardzo sympatyczną postacią, ostatecznie zostaje przygnieciony głupotą twórców i bezmyślnym wrzucaniem wątków do garnca fabuły. Mam również straszne wrażenie, że sytuację amerykańską przeniesiono zupełnie bez pomysłu na prowincjonalny grunt kanadyjski.

Wątek na Trynidadzie to również wątek słabo napisany w stosunku do samego Gilberta. Możecie mi wierzyć lub nie – straszliwie zirytowałam się, kiedy twórcy postanowili wepchnąć Blythe’a na tę ciężarną czarnoskórą prostytutkę, której ciężki poród odbierze. Wszyscy wiemy, że Gilbert ostatecznie zostaje lekarzem, jednak dało się to potoczyć inaczej, zasugerować delikatniej, subtelniej. Ale nie, musieli zrobić to w sposób tak ostentacyjny, jak tylko się to dało.

Cole, ciotka Józefina, czyli odrobina tęczy jeszcze nikomu nie zaszkodziła?

Twórcy chyba za punkt honoru postawili sobie w tym sezonie, żeby zaprezentować jak największą ilość motywów, dzięki którym środowiska antydyskryminacyjne będą wychwalały serial pod niebiosa. Oczywiście robią to w tak ostentacyjny sposób, że zastanawiam się, czy tego typu „reprezentacja” nie szkodzi środowiskom nieheteronormatywnych. I nie zrozumcie mnie źle – bardzo cenię, jeżeli dany produkt nie zapomina o tęczy i LGBT, ale cenię również to, by nie było to tylko wymachiwaniem wielokolorową flagą dla samego wymachiwania tą flagą. A tu mam wrażenie, że tak jest.

Zacznijmy od tego, że ten wątek (podobnie z resztą jak cały serial) jest odzierany ze swojego kontekstu historycznego, przez co daje fałszywe poczucie, że kiedyś było tak jak dziś i że świat zawsze był otwarty na osoby innej orientacji (choć oczywiście zdarzały się wyjątki). Ujawnienie się ciotki Józefiny jako lesbijki jeszcze mogłoby przejść jako dziwactwo starej panny, która tęskni za swoją przyjaciółką (choć zdjęcia, które prezentują obie panie są dość „ostentacyjne”, jak na czas akcji). Z resztą starszej pannie Barry wyoutowanie się mogłoby przyjść całkiem łatwo – i tak już część rodziny uważała ją za mocno „oryginalną”, zaś życia jej nie pozostało na tyle dużo, by ucierpieć mocno z powodu opinii, jaka się o niej rozniesie.

Mam problem bardziej z reakcją Ani na wyjście ciotki Józefiny z szafy i totalnie rozumiem Dianę. Biorąc pod uwagę wiek, w którym rozgrywa się akcja, poglądy najlepszej przyjaciółki głównej bohaterki, są poglądami większości – homoseksualizm postrzegany był wówczas jako coś nienormalnego, więc Diana prezentując taki światopogląd niczym się nie wyróżnia. Co innego zaś Ania, która oczywiście musi być bardziej progresywna niż sufrażystki z Avonlea i przyjąć coś takiego zupełnie jako naturalną oczywistość. Zrobić coś, co robimy obecnie.

Dodatkowo dochodzi tu jeszcze coś, co robi Cole od samego początku – niby stara się ukrywać swoją orientację, ale z drugiej strony twórcy nie widzą problemu, by spędzał dużo czasu z dziewczynami, zaplatał im włosy czy też w jednej ze scen dobrowolnie dał się przebrać w sukienkę. Jego prowokacyjnie odmienne zachowanie w prawdziwym, a nie wyidealizowanym XIX wieku, doprowadzić by mogło do totalnego społecznego wykluczenia. Z resztą mam wrażenie, że wyoutowanie się przed ciotką Józefiną i Anią przyszło mu nader łatwo, choć powinien odczuwać ogromną społeczną presję i obawy czy nawet postępowa dziewczynka taka jak Ania i przedstawicielka tego samego „środowiska”, czyli panna Barry, będą w stanie go zaakceptować.

Bliższa prawdzie i mentalności epoki jest postawa pana Philipsa, który również okazuje się być gejem (zwrócę waszą uwagę na to, co już opisywałam przy poprzednim sezonie – twórcy nader często i zupełnie niepotrzebnie powielają wątki: mając jedną sierotkę, tworzą drugą; jeśli Ania ma trudne dzieciństwo, to Mateusz także nich ma wspomnienia z nieprzyjemnych sytuacji z dzieciństwa; mając jednego geja nie mogą się powstrzymać, by nie dorzucić jeszcze kolejnego; z resztą paralele widać nie tylko w tym względzie – scenarzyści nie mogąc sobie darować, że mają tylko jedną osobę szykanowaną w szkole, tworzą właśnie Cole’a, który przyciąga część nieprzyjemnych zdarzeń i obelg na siebie). Philips bowiem stara się czy to wmówić sobie, czy to udawać, że pociągają go młode dziewczęta, totalnie oburzając się na samą myśl o tym, że może być inaczej. Cole’a, który jest wyraźnie inny i wyraźnie ma podobne preferencje do nauczyciela ze szkoły w Avonlea, traktuje z odrazą, którą być może w pewnym stopniu czuje także do siebie. Dało się to wszystko zrobić bardziej subtelnie, ze smakiem i w lepszym stylu.

Flashbacki z Wietnamu, leniwe scenopisarstwo i ogólna miernota

Co mnie bardzo irytowało w sezonie pierwszym, a co ku mojemu niezadowoleniu powróciło w sezonie drugim ze zdwojoną miejscami siłą, to oczywiście wspomnienia Ani z pobytu w sierocińcu. Rozumiem, że dziewczynka ma prawo być straumatyzowana i w stresowych sytuacjach odwoływać się do nieprzyjemnych momentów z przeszłości, jednak twórcy korzystają z tego środka o wiele za często. Czasami pojawiają się one w losowych miejscach i trochę są wyrwanie z kontekstu.

Jeszcze bardziej irytujące są one w połączeniu z leniwym scenopisarstwem, o którym wspominałam wyżej. Dla przykładu: jest scena, w której dzieciaki ze szkoły w Avonlea grają w „butelkę” (mam wrażenie, że to chyba też taki motyw zupełnie pozbawiony sensu w tym okresie historii) i Josie Pay złośliwie pyta Anię, czy już się całowała – a właściwie indaguje, że na pewno się już całowała. I hyc, twórcy fundują nam flashback i widzimy, jak jedna ze starszych dziewczynek z sierocińca molestuję Anię, zmuszając do pocałunku. Gdzie tu leniwe scenopisarstwo? Cóż, ten flashback jest napisany specjalnie pod to, by okazało się, że Payówna miała rację, a Ania zmusiła się do okłamania pozostałych. No i oczywiście po to, by pokazać jeszcze jak bardzo dręczona była panna Shirley.

Serial w wątkach oryginalnych jest bardzo mierny i miałki. Jakby chciał coś zrobić własnego, ale nie ma na tyle odwagi, by całkowicie oderwać się od oryginału (i na przykład spokojnie przesunąć akcję do współczesności, co łatwo tłumaczyłoby mentalność bohaterów), a jednocześnie tyle dobrego pomysłu, by do wątków adaptowanych dorzucić jakieś ciekawe motywy oryginalne. Tam gdzie twórcy budują własna historię – ponoszą porażki. Also, tak na koniec, by jeszcze jeden gwóźdź do trumny przybić, albo jeszcze jedną szpilę wbić – motorower to wynalazek stricte XX wieczny, zaś cała akcja rozgrywa się około lat 70. XIX wieku.

Sharing is caring!

One thought on “Bez serc, bez ducha, bez kontekstu historyczno-społecznego, czyli spoilerowo o drugim sezonie Anne with an E

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *