“Ale ja nawet nie wierzę w Andrastę!”, czyli słów sporo o Dragon Age: Inkwizycja

Z dawna oczekiwana trzecia część serii Dragon Age od pierwszych zapowiedzi obiecywała stać się najbardziej kompleksową i rozbudowaną grą RPG z wątkiem fabularnym starczącym na 160 godzin i wielkim żyjącym światem. Obiecywano, że wybory podejmowane przez gracza będą miały faktyczny i fizyczny wpływ na wygląd i kształt Thedas a pozycja, na której znajduje się nasz bohater pozwoli poczuć się naprawdę ważnymi i wpływowymi. Pech chciał, że jak zwykle nie do końca wszystko zagrało i ostatecznie otrzymaliśmy ładną i kolorową, ale jednak wydmuszkę. Ale po kolei.

Technikalia

Na sam początek skupię się na tym, co w głównej mierze jest największym problemem DA:I. A mianowicie wszelkiej maści problemy techniczne. Każdy, kto zdążył już zainteresować się tematem wie zapewne, że gra ma wyjątkowe tendencje do wieszania się i wywalania do pulpitu bez najmniejszego powodu. Aby było śmiesznie to problem ten nie dotyczy tylko PC. Na PS3 również gra wiesza się jak opętana a do tego potrafi nawet zjeść zapis. Dodatkowo rzadko kiedy osiąga 30 klatek. Co ciekawe, na PC wyciągałem całkiem stabilne 57 FPS bez różnicy na jakich ustawieniach grałem. Jedyne co się zmieniało to częstotliwość z jaką gra odmawiała współpracy. Na wyższych ustawieniach mimo, w zasadzie, braku spadku płynności potrafiła wywalać się co chwila, a na najniższych bardzo rzadko, a po patchu, który pojawił 26 stycznia to już w ogóle.

 

Ale przejdźmy do tego, co najbardziej mnie gryzie – te włosy postaci wyglądające jak czapki lego-ludków. Na szczęście na suwaku koloru jest jeden, który sprawia, że wyglądają w miarę naturalnie. Więc jest nadzieja.

 

Kuleje również bardzo mocno system walki, z którego zrobiono grę akcji, co nie do końca się sprawdza zwłaszcza, gdy mamy nieco więcej wrogów przed sobą i panuje niezły bałagan, przez co nie można sensownie kontrolować drużyny a tryb taktyczny nie przydaje się absolutnie w ogóle. Słabo wygląda balans klas, gdzie podobnie jak w DA2 największą zadymę robi mag, a na odpowiedniej specjalizacji jest w stanie solować smoki, co kończy się tym, że w zasadzie nie opłaca się robić innej klasy. Trybu multi nie odpalałem, gdyż gry RPG nie mają opcji gry sieciowej. Tyle w temacie.

 

Świat

Co do lokacji w jakich przyjdzie nam inkwiztorować nie można powiedzieć za wiele złego. Są przepiękne. Pełne bujnej roślinności, o ile nie jest to pustynia, i biegających okazyjnie żyjątek. Wizualnie jest nawet lepiej niż dobrze. Podupadłe zamczyska i dworki, tevinterskie twierdze oraz ruiny elfich świątyń i krasnoludzkich posterunków wyglądają wręcz obłędnie. Ale na tym kończą się plusy.

 

Pośród wszystkich lokacji, jakie przyjdzie nam zwiedzić najwięcej naładowane wszystkiego jest w Zaziemiu. Jest tam zatrzęsienie questów i w zasadzie do samego końca gry mamy tam co robić. W połączeniu z dość ciasną górzystą topografią sprawia wrażenie dość sporej i rozbudowanej lokacji. Taka iluzja żyjącego świata rzucona przez twórców na sam początek, aby zadowolić graczy. Typowy zabieg. Niestety po opuszczeniu tej lokacji z drobnymi wyjątkami trafiamy na absolutnie puste i do tego ogromne kawałki świata. Syczące Pustkowia, Zachodnie Podejście, Święte Równiny, Szmaragdowe Mogiły czy nawet Emprise du Lion są puste. Ogromne mapy, na których jest bardzo niewiele. Tak niewiele, że nawet wiwerna goniąca mnie przez pół pustyni była czymś interesującym.

 

Również micro lokacje takie jak Val Royeaux, w których również nic nie ma i które zupełnie nie spełniają swojej roli. Ba! Wioska Redcliff jest większa i gęściej zaludniona niż stolica Imperium Orlais. Dodatkowo wszystko tam jest sterylne. Nie ma życia. NPCe nic nie robią. Stoją biernie cały czas w tym samym miejscu czekając aż się do nich łaskawie zagada.

 

Do tego przeszkadza trochę w takiej grze brak systemu dobowego, który wprowadziłby jeszcze więcej realizmu do zabawy, ale to już najmniejszy problem. Dla jasności – świat przedstawiony jest bardzo dobry i w pełni wprowadza tę pseudo średniowieczną konwencję fantasy do uniwersum, co nadaje mu życia i wiarygodności, ale jest niestety w zbyt wielu miejscach pusty. Wynika to z tego, że wbrew obiegowej opinii nie tak prosto jest stworzyć grę z otwartym, żyjącym światem i BioWare po prostu nie dał rady.

 

Inkwizycja

Jako, że gra ma taki podtytuł a nie inny, automatycznie nakierunkowuje on graczy na organizacyjny aspekt rozgrywki. Według zapewnień mieliśmy stanąć na czele organizacji walczącej o pokój, dobrobyt i lepsze jutro, z którą każdy musi się liczyć. Obiecywano bycie kimś ważnym i wpływowym dla całego świata. A otrzymaliśmy w zasadzie kółeczko wzajemnej adoracji, które każdy wpływowy ma gdzieś. Jest to do zrozumienia biorąc pod uwagę fakt, że nie lądujemy w prężnie działającej organizacji tylko zakładamy ją od zera co wiąże się z tym, że przez całą grę każdy traktuje nas jak popychadło i potężny Inkwizytor musi szukać zgubionych Bryłkowców. Niestety sam wątek Inkwizycji jest po całości spartolony i faktycznie nie mamy wpływu na nic. Nawet z własną twierdzą nie możemy praktycznie nic robić. W Overlordzie było już więcej opcji customizacji swojej bazy.

 

Wybory

Czarny koń praktycznie każdej gry RPG ostatnich lat. Każdy gracz chce podejmować decyzje wpływające na otaczający go świat. Obiecywano również, że będziemy mogli decydować o rzeczach ważnych dla całego Thedas, i że to co zrobimy odbije się na jego kształcie. Fakt jest taki, że tych decyzji jest aż cztery i wpływają one tylko na to, jakie NPCe stoją w twierdzy na dziedzińcu i, jakie misje są dostępne na stole (misje, których w większości sam nie wykonujesz). Żadna nasza decyzja nie wpływa na to jak odbierają nas inne postacie fabularne, ani na zakończenie, które jest takie samo bez względu na to co robiłeś. Fakt, poprzednie gry również kończyły się w z góry ustalony sposób ale karty epilogu opowiadały o tym co dalej się wydarzyło i jaki wpływ miały działania naszego bohatera. A tutaj? Pięć kart przedstawiających nieistotne dla nas informacje, które i tak nie mają wpływu na rozgrywkę.

 

Najzabawniejszym wyborem, przed którym staniemy to wybór Boskiej Zakonu, gdzie o dziwo mamy coś do powiedzenia. Całość akcji zamyka się w rozmowie i wybraniu misji na stole. I tyle. Do samego końca gry absolutnie nic nam to nie da, i po zakończeniu również. Tak więc wpływ na grę jaki mamy nie jest nawet iluzoryczny. Jego po prostu nie ma i twórcy nawet nie silili się aby to jakoś zatuszować.

 

Fabuła

Przechodząc do historii przedstawionej trzeba otwarcie i z czystym sercem przyznać, że ludzie w BioWare ciągle potrafią pisać świetne i wciągające scenariusze. Fabuła, mimo kilku potknięć, jest bezsprzecznie najmocniejszą stroną produkcji i broni się sama. Jest to kolejny po Shadowrunie przykład, że dobra historia jest w stanie pociągnąć grę mimo technicznego niedopracowania. Choć jak wspomniałem zdarzają się potknięcia i idiotyzmy.

 

Takie na przykład jak używanie fajnie brzmiących słówek na określenie czegoś zupełnie innego. Mówię tu o nazwaniu akcji w Świątyni Świętych Prochów mianem konklawe. Nie wydaje mi się aby oni zebrali się w celu wybrania nowej Boskiej. Dodatkowo okazuje się, że koniec końców przywódcy obu walczących stron nie pojawili się na rozmowach, co automatycznie przekreśla sens całej akcji.

 

Do tego niektóre kombinacje fabularne są z logicznego punktu widzenia nieakceptowalne. Mag Qunari heroldem Andrasty na czele najpotężniejszej politycznie organizacji na świecie? Nigdy by takie coś w rzeczywistości nie przeszło. Niedomaga również główny zły w osobie odgrzewanego kotleta z Koryfeusza, który prawdę powiedziawszy niczego sobą nie reprezentuje i wnosi do całości bardzo niewiele.

 

A co do tych 160 godzin fabuły to główny wątek idzie skończyć w niecałe 10 a ja sam, robiąc większość questów pobocznych wyrobiłem się w 40. Tak więc jest cała masa zapychaczy a głównych fabularnych zadań jest osiem. Co jest po prostu do bani.

 

Na szczęście wśród questów pobocznych trafiają się całkiem ciekawe i wnoszące co nieco do rozgrywki. Na szczególną uwagę zasługują zadania towarzyszy, świetnie rozszerzające im charaktery ale o tym później.

 

Trafia się również kilka questów rozszerzających uniwersum i wnoszących sporo informacji i opisujących naprawdę ciekawe rzeczy. Gratka dla każdego, kto tak jak ja, lubi zagłębić się w świat przedstawiony i poznawać jego historię i sekrety.

 

Bohaterowie

Jednym z zarzutów z jakimi się spotkałem była nijakość bohaterów. Ludzie twierdzili, że towarzysze są nijacy, płytcy i nudni. Ciekaw jestem, skąd ci ludzie wzięli sobie te stwierdzenia. Nawet prolog, na który wszyscy narzekają nie jest moim zdaniem zły i trzyma poziom reszty bajki. A co do samych bohaterów to przyznam, że na początku też miałem wrażenie, że są słabi.

 

Kassandra ze swoim skrzekliwym głosem i kijem w tyłku była bo była. Varric wydawał się ledwo cieniem siebie z gry poprzedniej silącym się na czerstwe dowcipy i Solas, który najwyraźniej miał całą masę kompleksów. Ale fakt jest taki, że na dalszych etapach gry, gdy zaczynasz rozmawiać z nimi i wsłuchiwać w rozmowy jakie sami między sobą prowadzą dochodzisz do wniosku, że są to naprawdę dobrze i kompleksowo skonstruowane postaci o własnej przeszłości i charakterze. I nawet koniec końców Solas wychodzi na interesującego.

 

Gra daje nam możliwość dowiedzenie się naprawdę sporo o naszych towarzyszach a dodatkowo okrasza to świetnie napisanymi dialogami i przerywnikami filmowymi, które potrafią wzbudzić emocje. Po akcji w Adamancie było mi faktycznie strasznie przykro z powodu Varrica, co nie jest proste w moim wypadku. Kompania również potrafi zajmować się sobą sama i w rozmowach dowiadujemy się, że ktoś ma z kimś płomienny (dosłownie) romans, gdzieś indziej tworzy się specyficzny trójkącik, ktoś czyta erotyki a inna osoba psoci na potęgę. Postaci są zaraz po fabule najmocniejszą stroną gry i warto zapoznać się z ich historią.

 

Muzyka

Na sam koniec napiszę o ścieżce dźwiękowej. Co prawda z reguły poruszam ten temat tylko, jeśli muzyka była albo wybitnie dobra albo wybitnie zła. A że akurat o muzyce i o kanonach konstruowania tematów muzycznym wiem co nieco to się wypowiem. O! Ścieżka muzyczna z DA:I jest specyficzna. Nie jest w brew pozorom zła ani nawet przeciętna. Jest bardzo dobra, niekiedy nawet z aspiracjami do wybitnej, ale wyjątkowo dziwnie skonstruowana. Praktycznie każdy utwór bardzo niebezpiecznie ociera się o granice plagiatu (choć trudno w muzyce obejść się bez inspiracji innymi dziełami i kompozytorami). Co nie jest jakoś wybitnie złe, gdyż wszystko w muzyce i tak zostało już wymyślone, ale gdy główny motyw gry zaczyna się dokładnie tak samo jak „Stewart of Gondor” to nie jest najlepiej i wyraźnie wskazuje na wtórność kompozytora, który w dorobku ma FPSy i gry akcji. Niestety gry RPG wymagają bardziej indywidualnego podejścia niż wyciągnięcie poszczególnych kawałków muzyki, z innych gier czy filmów fantasy.

 

Podumowanie

W kwestii podsumowania, wyraźnie na plus wypada główny wątek fabularny, co prawda z lekkimi potknięciami ale ostatecznie w całokształcie jest bardzo dobrze. Do tego kompleksowi i wiarygodni bohaterowie, świat przedstawiony oraz świetne linie dialogowe.

 

Minusem całej produkcji jest niestety Koryfeusz, który kiedy pojawia się po raz pierwszy sprawia wrażenie tego twardego i pewnego siebie a im dalej w las tym bardziej mięknie i na sam koniec w zasadzie już tylko piszczy. Do tego ponad wszystko silnik graficzny. Rozumiem, że poczciwa Aurora nie jest już silnikiem na nową generację ale z drugiej strony Frostbyte też nie. Byłoby w zasadzie ok gdyby nie to że gra robi co chce i że zdarzają się błędy, które nie powinny mieć miejsca przy tytule od takiego studia jak BioWare. Oraz, moim prywatnym zdaniem, rozwój Leliany jako postaci, który chyba zmierza w złą stronę.

 

Na zakończenie nie przedłużając, dodam że Dragon Age Inkwizycja jest grą bardzo dobrą, niekiedy nawet wybitną, ale z faktu wielu niedopracowanych rzeczy i nieskończenie niewykorzystanego potencjału nie zasługuje na tytuł gry roku, ale jak najbardziej jeśli jesteś fanem dobrych RPG z ciekawym światem, fabułą, bohaterami i jesteś dość cierpliwy to jest to gra, po którą z czystym sumieniem polecam ci sięgnąć.

Sharing is caring!

2 thoughts on ““Ale ja nawet nie wierzę w Andrastę!”, czyli słów sporo o Dragon Age: Inkwizycja

  • 10 lutego 2015 at 11:31
    Permalink

    Dzięki za ciekawy artykuł. DA:I mam już dawno za sobą, też zdarzały mi się problemy techniczne, lecz aktualizacje sterowników w moim przypadku pozwoliły o tym zapomnieć i grało mi się wyśmienicie. Jestem ogromnym fanem uniwersum DA, uwielbiam Origins, nawet w DA II grało mi się przyjemnie (choć przede wszystkim na fabułę, która mnie wciągnęła), mam za sobą książki, komiksy, ale nie po to tutaj jestem. Co do DA:I, gra super, choć nie jestem pewna czy na taki produkt czekałam, bo gdzieś pomiędzy moimi zachwytami nad tytułem tlą się też wady, które nie pozwalały całkowicie się oddać przyjemności z grania. Tkwiło coś takiego w narracji, że przez pewien czas nie czułam się zorientowana, może to wynika, że z zasady omijam wszystkie DLC i czegoś nie wiedziałam. Poza tym podczas rozmów z towarzyszami, zwłaszcza ich misji, najczęściej przemieszczaliśmy się z Twierdzy do innego regionu, tylko żeby zobaczyć jedną,dwie sceny i wrócić jakby nigdy nic do bazy i zakończyć misję (choćby misja Vivienne). To mnie okropnie wybijało z rozgrywki, za każdym razem też zadawałam sobie pytanie, ile czasu Inkwizytor poświęca na dostanie się do Skyhold z odległego miejsca. Poza tym praca kamery drażniła mnie przez cały czas i sam system walki, choć się przyzwyczaiłam, to nie podobał mi się, przez masę efektów nieraz nie widziałam, co się dokładnie dzieje. Co do naszych towarzyszy podpisuję się pod waszym zdaniem, grając miałam wrażenie, że są to równie namacalne postaci, jak towarzysze Sheparda w Mass Effect. No, może poza Vivienne, do której nawet po 120 godzinach grania pochodziłam, jak pies do jeża. Romans z Iron Bull i scena już po scenie łóżkowej zasługują, by DA:I przejść jeszcze raz, by tę scenę zobaczyć (jeśli się nie widziało jej za pierwszym razem). Co do głównego złego, to był to typ chociażby Ronana z Guardian of the Galaxy, co to dużo krzyczy, nic nie robi i czeka, aż bohater przyjdzie mu skopać pomioci tyłek. A przy opisie świata mogę przytaknąć, nie miałam wrażenia żyjącego świata i cały czas zastanawiałam się, po co ten rozmach, jeżeli gracz musi chodzić po wręcz martwym świecie. Mnie DA:I nieco zawiódł, nie dałabym za niego jeszcze raz pieniędzy, które zapłaciłam w dniu premiery i gdybym nie miała już Inkwizycji, to prawdopodobnie czekałabym aż stanieje i przejdzie to serii EA Classics.

    Reply
  • 20 lutego 2015 at 11:37
    Permalink

    A już myślałam, że mam wyjątkowe szczęście i gra mnie po prostu nie lubi, skoro wywala mnie do pulpitu… Zwłaszcza pod koniec walki…

    Odczucia względem gry mam podobne, choć mnie akurat “brak życia” w poszczególnych lokacjach aż tak nie przeszkadzał (no, może ludzie mogliby od czasu do czasu sobie pochodzić, a nie tkwić jak przyspawani w jednym miejscu), dużo bardziej irytowali mnie przeciwnicy wyskakujący zza każdego krzaka na Zaziemiu. Ja tylko chciałam przejść, żeby dokończyć questa…

    Jeśli chodzi o walkę, jestem zwolenniczką trybu taktycznego, chociaż tutaj praca kamery starała się bardzo uprzykrzyć mi życie.

    Podobnie jak koleżankę wyżej, mnie też zastanawiało, ile zajmowało Inkwizytorowi i ekipie przemieszczanie się między lokacjami. Jeszcze bardzie zastanawiało mnie, dlaczego wszyscy zachowują się raczej beztrosko i dlaczego mam tyyyyle czasu na radosne zwiedzanie najróżniejszych lokacji, skoro Koryfeusz lada dzień może przypuścić atak?

    W ostatecznym rozrachunku gra szalenie mi się podobała, główny wątek fabularny był nie najgorszy, kompani Herolda dobrze skonstruowani (najbardziej irytowała mnie Sera z tymi jej dziwnymi odgłosami), muzyka potęgowała klimat gry (a było kilka scen, które chwytały ze serce również dzięki muzyce),a grafika, choć ciut przejaskrawiona jak dla mnie, była całkiem przyjemna dla oka.
    (Teraz zżera mnie ciekawość, jak wypadnie Wiedźmin 3, bo porównań nie da się uniknąć ;p)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *