Agenci specjalnej troski – Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.

Zanim usiadłam do pisania tej notki miałam wszystko poukładane w głowie. O czym chcę napisać, jak chcę napisać, co chcę zawrzeć i na co zwrócić uwagę. Ba, miałam już w głowie ułożoną prawie całą treść, ale jak to zwykle bywa, kiedy zasiadłam do pisania nagle poczułam w głowie pustkę. Ale spokojnie, nie zapomniałam co ma być tematem notki – Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D (tak celowo używam angielskiego tytułu, bo polski mnie nieco mierzi).

Serial zaczęłam oglądać właściwie wraz z początkiem jego emisji we wrześniu zeszłego roku (kiedy jeszcze nikt w Polsce nie myślał, że produkcja trafi do rodzimej telewizji) i właściwie wytrwałam do końca bez porzucania go (co prawda zrobiłam sobie dłuższą przerwę w okolicach kwietnia/maja ze względu na dość późne nadrobienie Zimowego Żołnierza, do którego nawiązywały bezpośrednio odcinki z końcowej części sezonu). I muszę przyznać, że od samego początku czułam w stosunku do niego jakąś taką podświadomą sympatię. I podobał mi się, do cholery, podobał mi się od samego początku.

 

A ten nie zapowiadał w sumie nic wielkiego – ot taka tam produkcja, która już na dzień dobry stawia ci kilka pytań o to „Jak?” i od której ty nie wymagasz żadnej odpowiedzi. Tak po prostu jest i jako widz to akceptujesz, choć za każdym razem patrząc na Coulsona – pytasz: jakim cudem?! Ale godzisz się z niewiedzą, bo tak musi być. Początek tak jak mówiłam, nie znamionował niczego wielkiego – ot wskrzesili jedną z postaci, dorobili jej team i postawili przed nimi zadanie. Myślałam sobie wtedy, że w sumie to będzie tylko taki zapychacz, przyjemny (bo przyjemny), ale zapychacz pomiędzy poszczególnymi filmami składającymi się na filmowe uniwersum Marvela.

 

Ale jak się okazało twórcy potrafili mnie zaskoczyć, bo nie dość, że powoli udało im się połączyć serial z filmami (na początek drobnymi tylko nawiązaniami) i stworzyć coś, bez czego w tym momencie nie wyobrażam sobie tego uniwersum. Świetnie zwłaszcza udało im się zgrać z wydarzeniami z Kapitana Ameryki i kontynuować je w kolejnych odcinkach serialu. Ale wiecie co mi się najbardziej podoba? Że w międzyczasie widzowie dostali również mnóstwo nowych wątków, rozwiązano kilka zagadek, ale żeby zaintrygować widza dodano kilka nowych, na rozwinięcie których poczekamy do kolejnego sezonu (choć mam nadzieję, że część znajdzie finał w drugich Avengersach).

 

Jednak nie fabuła w serialu podobała mi się najbardziej (choć muszę przyznać, że wiele wątków po prostu mnie uwiodło), a jego bohaterowie. I to im pozwolę sobie poświęcić trochę więcej miejsca. Przede wszystkim do tej pory mam poważne wątpliwości, kto jest głównym bohaterem – Coulson czy Skye, a może oboje? I chyba to byłaby prawidłowa odpowiedź: oboje, bo wątki obu tych postaci rozwijają się niemalże równolegle i to wątki tych postaci będą najprawdopodobniej motorem napędowym drugiego sezonu.

 

Wracając jednak stricte do bohaterów muszę przyznać, że strasznie mi się podoba sposób, w jaki zostali rozwinięci – Skye zaczynała jako bohaterka niezwykle irytująca i w pierwszych kilku odcinkach miałam ochotę ją zamordować. Niesamowite, że twórcom udało się sprawić, że pod koniec sezonu polubiłam ją niezwykle mocno, prawie tak samo mocno jak lubię duet Fitz-Simmons (moje kochane nerdy! – cudownie było obserwować rozwój uczucia między nimi). Również postać Coulsona została poprowadzona w ciekawym kierunku, zwłaszcza poprzez to, że dzieli z widzem niewiedzę dotyczącą swojego powrotu; zaś zakończenie sezonu dało nam nadzieję na interesujący przebieg akcji w kolejnym. Metamorfoza Warda niesamowicie mnie zaskoczyła, ale po dogłębnej analizie jest jak najbardziej prawdopodobna i uzasadniona. Jedynie agentka May w tym gronie wypada dość blado i nadal mam problem z jej zrozumieniem, a jednocześnie wydaje mi się, że po prostu twórcy zapomnieli o rozwijaniu tej postaci. Generalnie May w mojej opinii jest bardziej konceptem, szkicem bohaterki o kilku luźno przypisanych cechach, aniżeli pełnowymiarową postacią z dobrze zarysowanym charakterem.

 

Najciekawszą sprawą była przede wszystkim jednak tożsamość Jasnowidza, głównego antagonisty w serialu. Pierwotnie wydawało się, że raczej będzie to typ serialu bez wątku przewodniego, coś w stylu procedurali, w przypadku których każdy odcinek dotyczy czegoś innego. Nagle jednak okazało się, że istnieje jakiś główny przeciwnik, człowiek lub ktoś kto miesza bohaterom szyki, ktoś, kto pociąga za sznurki. I rozwiązanie wątku Jasnowidza, powiązanie go z innymi wątkami i wyjaśnienie zagadek łączących się z nim było naprawdę świetnie wykonane. Chylę czoła przed pomysłem i wykonaniem, bo scenarzyści naprawdę zrobili kawał dobrej roboty.

 

I wiecie, co? Mówcie sobie co chcecie, narzekajcie ile chcecie, a ja i tak będę twierdzić, że ten serial jest dobry, a nawet więcej. Idealnie znajduje równowagę pomiędzy powagą a dowcipem (ostatni odcinek jest idealnym przykładem tego), świetnie uzupełnia uniwersum i przede wszystkim – zapewnił mi mnóstwo zabawy. Przez te dwadzieścia dwa odcinki bawiłam się przednio i mam nadzieję, że przy drugim sezonie będę bawić się równie dobrze.

 

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *