“A imię jego czterdzieści i cztery” – “Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego

Jest w Polsce kilku autorów płci obojga, którzy są moimi pewniakami i po ich twórczość sięgam bez lęku o jakość. Robert M. Wegner, Anna Kańtoch, Agnieszka Hałas i Krzysztof Piskorski to moi ulubieńcy i niekwestionowane diamenty polskiego rynku wydawniczego. I o najnowszej powieści tego ostatniego chciałabym dzisiaj napisać. Bo „Czterdzieści i cztery” przebiło wszystko, co czytałam do tej pory z twórczości Piskorskiego.

Na początku XIX wieku naukowcy na całym świecie odkryli eter – energię, która rozciąga się pod całym wszechświatem oraz odpowiednio przetworzona pozwala na podróże do innych rzeczywistości. Jego odkrycie zmieniło losy całego świata – Napoleon nie przegrał kampanii pod Lipskiem, nie było więc abdykacji, pierwszego wygnania, powrotu i „stu dni”, ani tym bardziej nie było Waterloo. Nie było też Kongresu Wiedeńskiego, a Księstwo Warszawskie dalej istnieje. Jednakże losy Polaków nie potoczyły się o wiele lepiej – choć Księstwo istnieje, nadal jest to raczej namiastka wolnego państwa. W listopadzie 1830 roku na Litwie wybucha powstanie. Polacy liczą na zwycięstwo przy pomocy Konrada Załuskiego – emigranta, który stał się jednym z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi w Wielkiej Brytanii. Jednak pomoc nie nadchodzi, a Rosjanie niszczą Wilno i wybijają powstańców niemal do nogi.

Ale to dzieje się na długo przed akcją powieści – powstanie listopadowe możemy obserwować jedynie w prologu, w jego ostatnich chwilach, oczami Elizy Żmijewskiej, która jest główną bohaterką „Czterdziestu i czterech”. Później fabuła zawiera nas w podróż po Europie2, gdzie Eliza natknie się na najdziwniejszą parę, jaką w życiu widziała. Później wróci do Europy1, by kontynuować swoje zadanie, wplątując się w kolejne awantury i kłopoty, podejmując wiele sprzecznych czy złych decyzji. Na swojej drodze spotka polskich romantyków, członków luddystycznej Loży Nowego Świtu, piewców technologii eterowej, ale również niesamowite stworzenia i całą masę niebezpieczeństw.

Światy Piskorskiego zawsze są doskonale skonstruowane i przemyślane (pisałam o tym przy okazji recenzji świetnego „Cieniorytu”). Tym razem mamy do czynienia z retrofuturytyczną wersją XIX wieku, w której najważniejszą rolę odgrywa eter – energia zdolna do tworzenia rozdarć rzeczywistości, dzięki którym bohaterowie mogą przenieść się do innej wersji ich świata, ich Europy. Początkowo objawia nam to jako cud techniki, a jedynym niebezpieczeństwem jakie niesie eter jest to wiążące się z przejściem do nieznanego świata. Jednak im dalej w powieść, tym więcej negatywnych skutków, które niesie ze sobą eter. Jednak eter nie jest jedynym niezwykłym elementem świata przedstawionego. Już bowiem w prologu rozgrywającym się w litewskim lesie napotkamy stworzenie rodem ze słowiańskich bestiariuszy – leszego. Jak okazuje się wierzenia naszych przodków stanowią dość istotny element kreacji świata i wplecenie ich do fabuły zostaje logicznie, choć nie do końca wprost wyłożone.

Skoro już padło magiczne słowo „fabuła” to muszę powiedzieć, że jest to chyba najbardziej skomplikowana powieść Piskorskiego, jaką czytałam – nawet świetny „Cienioryt” nie był tak pełen wątków, które przeplatały się na tyle różnych sposobów. Mimo obfitości motywów i poszczególnych fabularnych nitek nie można odczuć przesytu, nie ma się wrażenia bezcelowości tego wszystkiego. Nie, intryga jest tak skonstruowana, że wyraźnie widać główny, przewodni motyw. Autor wszystkie wątki zgrabnie splótł w jedną, logiczna całość i pokazał, że poza tworzeniem rozbudowanych światów, potrafi również kreować niesamowite fabuły. Jedynym moim zarzutem jest to, że wątek Loży Nowego Świtu został tak brutalnie urwany i wygląda na mocno niedokończony, jakby autorowi zabrakło pomysłu, jak domknąć tę sprawę.

Nie byłoby „Czterdziestu i czterech” bez świetnie napisanych postaci. Mówiąc szczerze nie pokochałam Elizy Żmijewskiej, głównej bohaterki powieści, ale nie mogę jej odmówić bycia interesującą i głęboką psychologicznie. Nawet jeśli odstręczała mnie swoim zachowaniem, pewną dozą niezdecydowania, którą się cechowała (a którą tłumaczyła poczuciem sprawiedliwości), to podziwiam jej nastawienie na cel, upór i determinację, z jaką dąży do wykonania postawionego jej zadania. Można by rzec, że Eliza w pewnym sensie jest postacią tragiczną – z jednej strony jest święcie przekonana o winie Konrada, z drugiej stara się udowodnić jego niewinność. Postawiona zostaje przed całą masą niełatwych wyborów, a jej działanie może zdecydować nie tylko o jej losie, ale także o losach Księstwa Warszawskiego i całego świata. Ale Eliza nie jest jedyną interesującą postacią, bo Piskorskiemu udało się wykreować całą plejadę niezwykłych bohaterów i każdy, choćby odgrywał najmniejszy epizod, jest bardzo ciekawy. I wszystkich z nich chciałoby się poznać jeszcze bliżej i przeczytać o jeszcze nich więcej, choć zdecydowanie mogłoby by być szerzej o Byronie i całej Loży Nowego Świtu, o epizodycznie pojawiających się Słowackim czy Mickiewiczu.

„Czterdzieści i cztery” pochłania się niesamowicie szybko, bo Piskorski sprawnie operuje językiem, malując przed czytelnikiem plastyczne krajobrazy i dynamiczną akcję. Dialogi wypadają ze wszech miar naturalnie – autor nie stylizuje wypowiedzi swoich postaci, co choć mogłoby się wydawać dziwne, pomaga uwierzyć, że ci ludzie mogliby istnieć naprawdę. Poza tym ciężko oderwać się od lektury – kolejne sceny tak bardzo wciągają, że gdybym mogła to zapewne przeczytałabym ją za jednym zamachem, wciąż powtarzając sobie „jeszcze tylko jedna strona”.

Dawno nie byłam tak zadowolona z lektury, dawno nie miałam też po jej zakończeniu takiego kaca książkowego, jak w przypadku „Czterdziestu i czterech”. Jestem pewna, że nawet osoby, które nie za bardzo przepadają za XIX wiekiem, byłyby tą powieścią zachwycone. I uważam, choć może to ryzykowne stwierdzenie, że jest to pewniak do przyszłorocznego Zajdla. Czego z resztą Krzyśkowi życzę, bo zasłużył pisząc taką świetną powieść. A teraz biegnijcie do sklepów i kupujcie!

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego chciałabym serdecznie podziękować Wydawnictwu Literackiemu.

Ps. Co do znaczenia tytułu, mam pewną teorię, ale pozwolę sobie podzielić się nią na Facebooku.

Sharing is caring!

4 thoughts on ““A imię jego czterdzieści i cztery” – “Czterdzieści i cztery” Krzysztofa Piskorskiego

  • 4 grudnia 2016 at 16:16
    Permalink

    A wiesz, ja akurat Elizę i to, co nazywasz niezdecydowaniem, interpretuję nieco inaczej. Miałam raczej wrażenie, że Eliza sama siebie próbuje oszukać wmawiając sobie winę Konrada za niepowodzenie powstania (w czym pomaga jej poniekąd żal o śmierć przyjaciół), podczas gdy tak naprawdę, w głębi uszy ciągle ma nadzieję, że Konrad okaże się niewinny. I nie podejmie nieodwracalnych działań, dopóki wszelkie drogi udowodnienia niewinności nie zostaną wyczerpane.

    PS. A przy okazji sceny z Napoleonem nie miałaś żadnych skojarzeń?:D

    Reply
    • 4 grudnia 2016 at 18:11
      Permalink

      Nie, naprawdę nie skojarzyło mi się to z Warhammerem – jedyny wspólny mianownik pomiędzy Napoleonem a Imperatorem to kwestia tego, że przy obu przebywają i obu oddają życie psionicy. Ale Napoleon to taki żywy trup utrzymywany na siłę przy życiu. 🙂

      Reply
  • 6 grudnia 2016 at 16:11
    Permalink

    W recenzji swej swe zachwyty już wyraziłem, ale dodam jeszcze a propos Elizy – podobało mi się to, że nie wszystkie jej wybory były dobre. I w dodatku konsekwencje tych złych też magicznie usunięte nie zostały.

    Reply
    • 6 grudnia 2016 at 16:21
      Permalink

      Po tym poznaje się fachowca właśnie – pozwala swoim bohaterom popełniać błędy i pozwala przez nie cierpieć.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *