5 powodów, dla których kocham iZombie

W marcu na ekranach telewizorów zagościł iZombie, który od pierwszego odcinka podbił moje serce. Pamiętacie przecież, ciepłe słowa o pierwszym i drugim odcinku? Cóż, serialu nie porzuciłam, ba z coraz większym zainteresowaniem śledziłam każdy kolejny odcinek. Aż po sam finał. I teraz po opadnięciu emocji warto byłoby przyjrzeć się temu za co kocham ten serial. Mogą pojawić się spoilery.

    1. Absolutnie fantastyczni bohaterowie. Twórcy serialu kupili mnie od razu kreacją Liv, po drugim odcinku byłam święcie przekonana, że Ravi też się rozwinie, liczyłam również na ewolucję Clive’a i Majora. I się nie zawiodłam. Wszystkie te postaci zyskały sporo wraz z rozwojem serialu i rozwinęły relacje nie tylko z Liv, ale również między sobą. Niesamowicie fajnie patrzyło się na tę chemię między postaciami – Ravi i Major, którzy od razu znaleźli wspólny język; detektyw Babineaux, który okazał się być gliną z przeszłością i przede wszystkim absolutnie lojalnym partnerem dla Liv. Jeśli dodamy do tego jeszcze kiełkujący związek Peyton i Raviego, niesamowicie poprowadzoną relację pomiędzy Olivią a Lowellem (złamaliście mi serce!) i do tego jeszcze te wszystkie postaci poboczne, które gdzieś tam przewinęły się przez ekran i odegrały większą lub mniejszą rolę.
on zombie i ona zombie
Tak śliczna para – zombie on, zombie ona.
  1. Niesamowity czarny charakter. Blaine jest B-O-S-K-I. Albo diabelski, bo taki jest jego plan. Ciężko o lepszego złego – nie dość, że inteligentnego i z pomysłem, to jeszcze dążącego do realizacji swojego planu konsekwentnie. Z jednej strony jest zimnym skurczybykiem, z drugiej – potrafi być romantyczny i uroczy (póki jest mu to na rękę). I ma absolutnie genialny plan na biznes i to mu wychodzi. Cholera jasna takiego evil planu to ja nie widziałam – rozkręcić specjalistyczny sklep mięsny, obsługujący tylko i wyłącznie zombie. I to zombie, których Blaine sam sobie stworzył. To postać, której nienawidzisz i którą, mimo wszystko, podziwiasz (bo jest za co).
blaine zombie
Panie, panowie, poznajcie Blaine’a DeBeersa i niech nie zwiedzie was jego niewinna mina.
  1. Emocje. Końcówka sezonu dała mi w kość. Ostatnio jedynie The Walking Dead potrafiło mnie w ten sposób poruszyć i sprawić, że przez cały odcinek siedziałam rozemocjonowana, ale iZombie robi to jeszcze lepiej. Do tej pory przeżywam śmierć Lowella (Liv, konsekwencje nie pociągnięcia za spust ugryzły cię w tyłek; a razem z tobą połowę widzów serialu) i otarcie się o śmierć Majora… No po prostu finałowe odcinki tak bardzo mną wstrząsnęły. Z resztą emocje nie tylko wiązały się z męską częścią ekipy, ale również z tymi trudnymi chwilami, kiedy Liv ujawniła Peyton trudną prawdę o swoim stanie. Brawa dla duetu reżyserskiego, bo zrobili niesamowity serial!

    zombie killer Major
    “Zabiliście już Lowella… Błagam nie zabijajcie jeszcze Majora”
  1. Humor. I choć z odcinka na odcinek robiło się coraz poważniej i bardziej mrocznie nie zapomniano również o tej lekkie stronie iZombie. Humoru sytuacyjnego było wiele – zwłaszcza, że w każdym odcinku Liv po zjedzeniu mózgu przejmowała część zachowań i charakteru swojego posiłku, przez co wiedzieliśmy ją w niezliczonej ilości wariacji – poczynając od alkoholiczki, kleptomanki, poprzez niechlujną paranoiczkę, aż po seksoholiczkę z tendencją do wtryniania nosa w nie swoje spawy. Ale nie tylko Liv jest przyczyną humoru – Ravi i Major nie ustępują jej w tym o krok, a i Clive doda czasami coś od siebie. Ogólnie jest zabawnie (oczywiście poza momentami, kiedy jest smutno).

    za kogo może przebrać się zombie na haloween
    Zombie przebrane za… zombie.
  1. Nawiązania. Ten serial nie byłby taki cudowny, gdyby nie ciągłe puszczanie do widzów oczka. A to w pierwszym odcinku Major grający w Dying Light, a to Liv oglądająca Noc żywych trupów/Świt żywych trupów. A to kilka odcinków później Major z Ravim grający w Diablo. To niezwykle miłe dla mnie, że ktoś tworzy serial, w którym nienachalnie, zupełnie mimochodem nawiązuje się do popkultury. To tak jakby iZombie działo się tuż obok, a Liv po skończonej pracy w kostnicy siadała i czytała ten sam internet co ja.

    shall we play a game
    Partyjka w Diablo lekiem na całe zło. I na zombie w Seattle też.

Uwierzcie mi, ja mogłabym mówić o tym serialu cały dzień, a i tak pewnie nie wyczerpałabym tematu. I wciąż płaczę po Lowellu, bo to jest takie smutne…

PS. Dla wszystkich oczekujących na materiały o Grze o Tron – na pewno wkrótce coś się pojawi, może w końcu zrobię recap odcinków, albo po prostu napiszę felieton o kilku aspektach. Aczkolwiek finał sezonu GoT ssał.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *