Z wizytą w krainie kangurów – „Języki węży” Naomi Novik

Cykle mają to do siebie, że niekoniecznie wszystkie tomy stoją na takim samym poziomie. Stało się tak w przypadkuTemeraire’a, którego szósta część okazała się być drogą przez mękę. Dlaczego tak odbieram Języki węży? O tym w dalszej części recenzji.

Zgodnie z wyrokiem wydanym w zakończeniu Zwycięstwa orłów Laurence i Temeraire zostali przewiezieni do odległej brytyjskiej kolonii założonej w Australii. Sytuacja, na jaką trafiają w Sydney nie zwiastuje końca kłopotów. Okazuje się bowiem, że gubernator z królewskiego nadania został siłą odsunięty od władzy. Zarówno on, jak i jego następca na stanowisku zarządcy kolonii, zabiegają o wsparcie Laurence’a i jego smoka. Wybawieniem z tej niezręcznej sytuacji okazuje się być wyprawa badawcza w głąb kontynentu.

Po takim zarysie fabuły można spodziewać się naprawdę fascynującej powieści, która wciągnie czytelnika na długie godziny. Tymczasem  okazuje się, że Języki węży są niezwykle nużące, zwłaszcza ze względu na wątki polityczne. Sprowadzają się one do ciągłych wizyt starego i nowego gubernatora u Laurence’a oraz prób przekonania go do siebie kolejnymi obietnicami. Zrozumiałym jest, że być może autorka chciała uzyskać taki właśnie efekt, by doszło do swoistej immersji i czytelnik zrozumiał zniechęcenie głównego bohatera. Można byłoby zatem spodziewać się, że wyruszenie na wyprawę badawczą zaowocuje ożywieniem atmosfery i mniejszą nudą.

Jednak druga część książki, rozwijająca się wokół wyprawy w głąb Australii, również rozczarowuje. Długa podróż przez monotonne pustkowia owocuje znużeniem protagonistów, co wprost emanuje na czytelnika. Dodatkowo całość jest bardzo nudna, ekspedycji brakuje dynamiki, a kolejne kłopoty spadające na Laurence’a i jego towarzyszy tylko potęgują atmosferę przygnębienia. Języki węży pozbawione są właściwie wszystkiego, co podobało się czytelnikom w cyklu – powietrznych potyczek i smoków. W całej powieści pojawia się ich zaledwie kilka, co przenosi ciężar fabuły na ludzkich bohaterów.

A ci w szóstym tomie Temeraire’a nie przechodzą jakiejś znaczącej ewolucji. Właściwie żadna z postaci – obecnych w cyklu przez cały czas, czy powracająca po kilkutomowej nieobecności nie otrzymała nowych cech charakteru. Laurence dalej reprezentuje idealistyczne, nieco nierzeczywiste postrzeganie świata. Nie potrafi przejść obojętnie nad krzywdą innych, nawet jeśli są to skazańcy, a walka w ich interesie mogłaby pogorszyć jego położenie. Zupełnie przeciwne podejście ma powracający po pięciu tomach nieobecności kapitan Jeremy Rankin. Novik nadal kreuje go na wyniosłego i raczej podłego człowieka, robiącego wszystko, by przypodobać się władzom. Autorka w drugiej części książki mocno skupia się na wątkach konfliktu pomiędzy tymi dwoma bohaterami, co dodatkowo męczy i irytuje.

Sytuacji nie ratują te nieliczne smoki, które się w Językach węży pojawiają. Temeraire wciąż nieco nawinie podchodzi do świata, nie rozumiejąc (albo nie chcąc zrozumieć), że polityka nie sprowadza się do tego, że narody powinny być dla siebie miłe. Po raz kolejny czytelnik przekona się również, że Niebiański bywa samolubny i zwierzęco zazdrosny. Szósty tom cyklu Novik wprowadza również dwa nowe smoki – Cezara i Kulingile, jednak o ich osobowościach niewiele można powiedzieć.

Języki wężysą też jedyną powieścią w cyklu Temeraire, która niewiele wnosi do świata przedstawionego. Trafiamy co prawda na nowy kontynent, jednakże nie ma tutaj zderzenia z inną kulturą. Australia u Novik pozbawiona jest smoków, fauna i flora jest uboga i mało interesująca. Jeśli dodać do tego monotonne krajobrazy pustyni, otrzymamy bardzo nudne otoczenie dla równie nieciekawej akcji, co jeszcze pogłębi niechęć czytelnika do dalszego brnięcia w fabułę tego tomu.

Jak widać szósta część Temeraire’a może sprawić czytelnikowi niemały kłopot. Niemalże całkowity brak akcji, powolne tempo rozwoju wydarzeń i przede wszystkim wszechobecna atmosfera zniechęcenia bardzo mocno męczą. Języki węży są powieścią nużącą i nawet najwięksi entuzjaści cyklu Novik mogą mieć problemy, by przez nią przebrnąć.

2 thoughts on “Z wizytą w krainie kangurów – „Języki węży” Naomi Novik

  • 9 lutego 2016 at 22:10
    Permalink

    He he, widzę, że jednak przerosło Cię zilustrowanie wpisu dziełem polskiej myśli okładkowej.;D

    No nie mów mi, że nie zauważyłaś pokrewieństwa smoków z bjundipami, bo w Ciebie zwątpię. W sumie właśnie tego wątku mi szkoda, bo bjundipy jako pierwotne australijskie nielotne smoki to byłoby coś wspaniałego (zwłaszcza, ze autorka wyraźnie sugeruje, że są inteligentne i tworzą komunikujące się ze sobą społeczności. A z ludźmi się nie komunikują, bo z ich punktu widzenia Aborygen niewiele się różni od kangura). Z drugiej strony, w takim kształcie, w jakim nam to zaserwowano, nie bardzo jest mozliwośc rozwinięcia pomysłu.

    Drugim fajnym momentem było spiknięcie Rankina z Cezarem. Po uległum niczym lablador Levitase Cezarek stanowi doskonała karmiczną przeciwwagę.;)

    Reply
    • 9 lutego 2016 at 22:21
      Permalink

      Zauważyłam pokrewieństwo pomiędzy smokami a bunyipami (twoje określenie bjundip to świetne słówko, kojarzy mi się z czymś do jedzenia), ale ten wątek został strasznie po macoszemu potraktowany – widać, że Novik planowała ten tom jako przejściowy napisać, więc ograniczyła się tylko do pokazania, że takie coś istnieje, ale bez jakichś istotnych szczegółów. No i wydaje mi się też, że są ze smokami spokrewnione mniej więcej w tym samym stopniu, co węże morskie ze smokami.

      Polska okładka mnie mierzi i nadal nie rozumiem, dlaczego nie ma okładki właśnie oryginalnej z Temerairem i Kulingile.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *