Wizje szaleństwa – „Fulgrim” Grahama McNeilla

Po „Ucieczce Eisensteina”, która podejmowała poboczny nieco, aczkolwiek bardzo istotny wątek, w „Fulgrimie” Grahama McNeilla (czyli autora „Fałszywych bogów”) powrócimy do głównego nurtu wydarzeń w Galaktyce i wielkiej, bratobójczej wojny, jaką rozpętał Horus, buntując się przeciw Imperatorowi.

Zanim jednak dobrniemy do konsekwencji ucieczki Nataniela Garro na pokładzie Eisensteina i reperkusji pogromu lojalistów na Istvaanie III, cofniemy się nieco w czasie, by wraz z Prymarchą Fulgrimem i jego Astartes stoczyć walki z Laerami. Podbój Laeranu czy też 28-3, jak został wpisany do imperialnych rejestrów, otwiera trzeciemu Legionowi drogę do chwały. Jest to również kluczowy moment dla całej historii Dzieci Imperatora. Nie zdradzę wam więcej z fabuły, by nie psuć niespodzianki.

Kolejny raz uraczeni zostaliśmy zmianą punktu widzenia (co stanie się charakterystyczne dla serii), w tym wypadku przyjdzie nam większość wydarzeń obserwować z perspektywy jednego z ciekawszych i dziwniejszych Legionów Astartes – Dzieci Imperatora. Specyficzny charakter zarówno Prymarchy, jak i jego Kosmicznych Marines, przede wszystkim uwidoczniający się w ich dążeniu do perfekcji we wszystkim, na początku was nieco zniechęci. Bo ileż można czytać, że ten czy tamten wojownik zabił swego wroga idealnym cięciem, że plan był doskonały, a uroda Fulgrima czy któregoś z kapitanów wprost olśniewała. Bez tego jednak czytelnik nie zdołałby pojąć ogromu i przyczyn nieszczęścia, jakie spadną na ów Legion. Dzieci Imperatora są również odmienne od swych braci w innym aspekcie – czytając o nich, zauważymy, że są bardziej niż inni Astartes oddani mistyce. Jakby wbrew Imperialnej Prawdzie, którą niosą światom, praktykują niemalże magiczne rytuały, a jeden z kapitanów rozprawia ciągle o bogach wojny.

 

„Fulgrima” od „Ucieczki Eisensteina” odróżnia również fakt, iż na fabułę książki składa się szereg większych i mniejszych potyczek. Zaczyna się na Laeranie, gdzie obserwujemy desant drugiej i trzeciej kompanii, a później ostateczny cios zadany ksenosom. Potem Dzieci Imperatora dołączają do Legionu Żelaznych Pięści, by wspomóc swych braci w walkach z Diasporeksami. Następnie zmierzą się z Eldarami i przystępują do Herezji Horusa. Ktoś z tego opisu mógłby wywnioskować, że brak miejsca tu na przemyślenia i spostrzeżenia – nic bardziej błędnego. Powieść McNeilla zawiera również wiele treści typowo psychologicznych, zwłaszcza że Astartes to tylko część z bohaterów, których tu poznamy.

 

„Fulgrim” to cała masa ważnych i mniej ważnych, aczkolwiek równie ciekawych, postaci. Przede wszystkim autor mocno skupił się na osobie samego Prymarchy, dzięki czemu poznajemy jego pobudki, dążenia i motywacje. Fulgrim jest osobą skomplikowaną i trudno mi określić, czy zapałałam w stosunku do niego sympatią. Raczej nie i myślę, że większość czytelników ma podobne odczucie. Zwłaszcza wobec tej manii doskonałości, bliskiej obłędowi chęci dorównania Imperatorowi. Jednocześnie to postać tragiczna i zakończenie powieści sprawiło, że zaczęłam mu współczuć. Astartes z Legionu Dzieci Imperatora są nie mniej interesujący od swego wodza – Juliusz Kaesoron (z lubością oddający się lekturze i chętnie wspierający sztukę), Solomon Demeter (rozprawiający ciągle o losie, bogach wojny i innych, mniej lub bardziej, mistycznych i nieprzystających do wojownika Imperatora rzeczach) czy chociażby Fabiusz (konsyliarz, który chce udoskonalić dzieło Pana Ludzkości). Dwudziesta ósma flota ekspedycyjna to jednak nie tylko wojownicy – na „Dumie Imperatora” (okręcie flagowym Fulgrima) pełno jest wszelkiej maści upamiętniaczy, z których grona warto wymienić Ostiana Delafour i Serenę d’Angelus. Epizodycznie w powieści przewijają się również inni Prymarchowie (najlepiej zarysowana jest postać Ferrusa Manusa), wojownicy Astartes, a ważną rolę odegra ksenos (!) – przedstawiciel wymierającej rasy Eldarów, Eldrad Ulthran.

 

Pierwszy raz w serii pojawia się bardzo mocno zarysowany wpływ Osnowy i istot tam zamieszkujących na psychikę bohaterów. Choć Dzieci Imperatora zawsze cechowały się dążeniem do perfekcji, która wyróżniłaby ich spośród innych Legionów, to po zetknięciu się z mocą sił Chaosu zdają się być owładnięci manią doskonałości. Początkowo sami tego nie odczuwają, jednak z czasem zwykłe odczucia im nie wystarczają. Szukają czegoś więcej i więcej, sięgając granic dekadencji i zepsucia. Zresztą wpływ Slaanesha (on to bowiem od samego początku miesza wśród Legionu Fulgrima) dotyka również śmiertelników. Wszyscy oni poszukują coraz to nowych doznań, nowych powodów do ekscytacji i silnych wrażeń. A kiedy kończą się tradycyjne środki, zaczyna się perwersja. Wszystko w dwudziestej ósmej flocie staje się karykaturalne – od dzieł sztuki tworzonych przez upamiętniaczy, po Prymarchę.

 

„Fulgrim” to bardzo dobra powieść. Może ponury klimat Warhammera nie wylewa się z niej, jak czynił to w „Ucieczce Eisensteina”, ale nie przeszkadza to w jej odbiorze. McNeill doskonale poradził sobie z budowaniem atmosfery obłędu i uczynił ją główną zaletą, jak i wadą piątego tomu Herezji. Ten szaleńczy nastrój jest tak przytłaczający, że czytelnicy w ramach ochrony zdrowia psychicznego powinni zapoznawać się z książką powoli i ostrożnie. Z drugiej jednak strony ”Fulgrim” tak bardzo wciąga, że momentami ciężko było się od niego oderwać.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.

Na koniec zapraszamy wszystkich naszych czytelników do odpowiedzenia nam na krótkie pytanie: Czy chcecie, aby na naszym blogu pojawiały się również materiały video? Odpowiadać możecie w komentarzach, bądź w facebookowej ankiecie, którą znajdziecie tutaj.

Sharing is caring!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *