Welcome home, Daenerys – Gra o Tron, s07e01 „Dragonstone”

Cały świat skupił się w poniedziałek przed telewizorami by obejrzeć pierwszy odcinek siódmego sezonu Gry o Tron. Wróciliśmy do Westeros, by zmierzyć się z nowymi porządkami i w oczekiwaniu wielkiej, finałowej batalii. A oto co twórcy zaprezentowali nam w „Dragonstone”, pierwszym odcinku siódmego sezonu.

Walder Frey (zaraz, zaraz jaki Walder Frey? Przecież Arya… a, ok, już rozumiem) zaprasza wszystkich Freyów na ucztę. Dwa tygodnie po poprzedniej, czyżby skąpy staruch wreszcie stał się nieco rozrzutny? Częstuje ich winem i wygłasza najbardziej nietypowe przemówienie, jakie mógłby wygłosić Walder Frey. Gdyby żył. A wiemy, że nie żyje. Jak i wkrótce cała jego progenitura. Arya Stark zdejmuje twarz Waldera Freya i wychodzi rzucając na odchodnym „Północ pamięta”. Dobra scena na otwarcie, mocna i prosta w swoim przekazie.

Potem mamy krótką scenkę z Nocnym Królem, która ma bardziej przypomnieć nam o tym, na czym powinni się skupić bohaterowie. Oczywiście, żeby nie było to wyrwane z kontekstu okazuje się to być widziane oczami Brana. Armia umarłych robi ciekawe wrażenie, zwłaszcza martwe olbrzymy są dość ciekawą opcją.

Pozostaniemy jeszcze chwilę na północy, żeby zobaczyć, jak radzi sobie Król na Północy Jon Snow. A radzi sobie całkiem nieźle jak na człowieka, który nic nie wie i którego próbuje pouczać własna młodsza siostra. Całe szczęście, że ma poparcie małej Mormontówny, bo sam by sobie chyba nie poradził. Podoba mi się jednak bardzo jego postawa wobec Karstarków i Umberów, choć pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą. Przyjęcie ponownej przysięgi wierności to całkiem fajna polityczna zagrywka. I choć rozumiem, że Sansa ma w pewnym sensie rację – jak ufać rodom, które już raz zdradziły – to i Jon ma jej sporo, wszak nie warto karać dzieci za grzechy ojców. Z tej sytuacji nie było dobrego wyjścia. W całej tej rozmowie pomiędzy Sansą a Jonem ważne są dwie rzeczy: po pierwsze zadowolenie Baelisha (z niezgody pomiędzy rodzeństwem? Prawdopodobnie sądzi, że uda mu się ugrać coś na osłabionej i podzielonej Północy), po drugie – to, że Jon zaczął umieć w politykę.

Równie ważna jest rozmowa, która jest kontynuacją tej sceny – Snow zaznacza w niej swoją nadrzędną pozycję wobec Sansy oraz co ważniejsze, prosi ją aby publicznie nie podważała jego decyzji. Jednocześnie nie zabrania jej mieć własnego zdania, co w przyszłości poskutkuje tym, że prawdopodobnie będzie przyjmował od niej rady, choć pewnie nie będzie się do nich stosował. To, że Jon dał taką a nie inną deklarację jest bardzo ważne w kontekście Sansy, mam wrażenie, że to może wygrać jej lojalność dla Jona.

Wprost z mroźnego Winterfell trafiamy do Królewskiej Przystani, gdzie widzimy Cersei nadzorującą powstawanie mapy taktycznej. Z rozmowy z Jaimem wynika, że sytuacja nie jest różowa – Lannisterowie otoczeni są niemal ze wszystkich stron wrogami: na północy Starkowie, na południu i wschodzie połączone siły Tyrellów, Martellów i Targaryenów (choć Cersei liczy ich pojedynczo, co może być sporym błędem). Sytuacja nie jest różowa, bo przyszła zima (ej, ale czy na razie nie jest tak, że zima zagościła na północy, a dalej na południe mamy taki rodzaj późnej jesieni?), armia Jaime’a może mieć problemy z aprowizacją – cała nadzieja w Tyrellach, którzy jak wiemy zawarli trudny sojusz z Daenerys i choćby Lannisterowie wyglądali na wygrywających to nie ma szans, by Olenna dopuściła do sojuszu z morderczynią jej praktycznie całego rodu (w tym ukochanej wnusi). Cersei zwariowała – owładnięta rządzą władzy stwierdza, że wygrany zapoczątkuje dynastię trwającą tysiąc lat (może mieć w tym sporo racji), a kiedy Jaime zwraca jej uwagę na to, że oni nie mają już dziedzica, ona odpowiada, że wtedy porządzą sobie do końca życia. Całość tego pokazuje, jak kiepską mają teraz sytuacje wielkie rody w Siedmiu Królestwach – albo w ogóle przestały istnieć (jak Baratheonowie), albo są na granicy wymarcia (Tyrellowie z Olenną jako jedyną przedstawicielką; Lannisterowie bez większych szans na potomka; Martellowie de facto wymarli, bo nie ma kto przenieść nazwiska, nawet jeśli Wężyce są córkami Oberyna, to nie noszą jego nazwiska).

Chwilę później dowiadujemy się, że sprzymierzeńcami Lannisterów zostaną prawdopodobnie Greyjoyowie, którzy przybywają z flotą (skąd ją mają, skoro u nich nie ma już drzew?!) i propozycją mariażu pomiędzy Cersei a Euronem. Scena, w której Król Żelaznych Wysp podejmowany jest na audiencji pokazuje tylko wyrachowanie Lannisterskiej królowej – Cersei dokładnie wie, że mimo swoich czterdziestu kilku lat na karku wciąż wygląda dobrze, nie dając Euronowi żadnej nadziei, ale skutecznie wykorzystując jego zapał i pożądanie. Oraz brak okrzesania.

Następnie mamy scenę z Samem w Cytadeli, w sumie dość mało istotną poza tym, że okres nowicjatu jest ciężki i upokarzający. Ostatecznie ta długa sekwencja kończy się rozmową o Białych oraz o całej idei bycia Maestrem („Jesteśmy po to, by wątpić. Ale jesteśmy też po to, by gromadzić wiedzę”). Ostatecznie Sam nie uzyskawszy zgody na dostęp do Działu Ksiąg Zakazanych, kradnie któremuś z Maestrów klucze. A potem książki.

Krótka wizyta w Winterfell służy chyba tylko temu, żeby podgrzać oczekiwania ludzi shipujących Brienne z Tormundem (sprawdźcie memy!) oraz pokazać, że Sansa nie ufa już Littlefingerowi. Potem przechodzimy do najbardziej dyskusyjnego cameo w całym tym serialu, czyli do sceny, w której Arya spotyka lannisterskich żołnierzy, a wśród nich także Eda Sheerana. Scena może wydawać się fillerem, ale pięknie pokazuje, jak nam najmłodsza Starkówna wydoroślała przez ten pobyt za morzem. Kiedyś, jeszcze dwa sezony temu, myślałaby tylko o tym, jak pozabijać tych żołnierzy, teraz wydaje mi się, że dostrzega w nich również ludzi, którzy mają rodziny, oczekujące na ich powrót. Plus w scenie, którą możemy obserwować Sheeran śpiewa piosenkę występującą na kartach powieści.

Potem następuje kolejna dość ważna scena w tym serialu. Thoros, Beric i Ogar znajdują schronienie przed zimnem w wyglądającą na opuszczona chacie. Jeśli uważnie oglądacie serial, to zapewne już przy oglądaniu odcinka zauważyliście, że Sandor trafił do tej samej chaty, w której gościł w czwartym sezonie wraz z Aryą. I tu następuje chyba najważniejsza lekcja – the choices has consequences. Gdyby Clegane nie zabrał im pieniędzy, być może ci ludzie by żyli. I to jak się zachowuje wobec nich teraz pokazuje ogromną zmianę, jaka zaszła w Ogarze – czuje się w pewien sposób odpowiedzialny za ich śmierć, więc… ich pochowa, zdobywając sobie tym samym sympatię Thorosa z Myr. W tak zwanym międzyczasie dostaniemy scenę z wizją z płomieni, którą zsyła na Clegana R’hllor. Sceny z Bractwem bez Chorągwi to również jedne z najdowcipniejszych w tym odcinku – jest między tymi panami chemia, a ostry język i docinki sprawiają, że nie można powstrzymać chichotu.

W kolejnej krótkiej scenie Sam odkrywa, że w Westeros jest kopalnia smoczego szkła. W Smoczej Skale. Możemy zatem przewidywać, że wyśle wiadomość do Jona na Północ, sam poniesie konsekwencje kradzieży, ale stanie się zaczątkiem sojuszu między Snowem a Danny, bo wszyscy wiedzą, że Mother of Dragons właśnie tam płynie. W krótkiej migawce pojawia się również Lord of the Friendzone, by zapytać, czy Daenerys już przypłynęła.

I tak, dopływa. Na zakończenie odcinka, jego zwieńczeniem jest scena wkroczenia Daenerys do Smoczej Skały. To też kolejna scena-symbol. Królowa wraca do domu. Targareynowie wracają do Westeros, a Daenerys niemalże powtarza schemat inwazji Aegona Zdobywcy – ląduje w Smoczej Skale, by tam się przegrupować, założyć pierwszy obóz na ziemi wroga i by ruszyć dalej na podbój Siedmiu Królestw. Scena ładna, choć można było spodziewać się po niej nieco więcej.

Odcinek spokojny, bez fajerwerków, ale bardzo fajnie rozrysowuje sytuację pozostałych przy życiu bohaterów, no i jest dobrym wstępem do kolejnych, prawdopodobnie już bardziej dynamicznych epizodów. W poniedziałek kolejny, a żeby wam się nie nudziło sprawdźcie teorię dotyczącą Azor Ahai.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *