W Kaer Marter byłam i wiedźminów szkoliłam… – wrażenia z The Witcher School

Minął tydzień odkąd wróciłam z The Witcher School, larpowej superprodukcji i cóż, prawdopodobnie jednej z najlepszych przygód mojego życia. Minął tydzień, a ja wciąż przeżywam, emocjonuję się, wciąż myślę tylko o tym, co działo się na zamku Grodziec… przepraszam w wiedźmińskiej twierdzy Kaer Marter.

Kiedy okazało się, że pojadę na TWS ogarnęła mnie straszliwa euforia. Im bliżej było terminu rozpoczęcia larpa, tym więcej pojawiało się innych emocji. Strach i niepewność – czy wpasuję się między nich? Czy sobie poradzę? Czy sprostam oczekiwaniom organizatorów[1]? Potem pojawiły się inne: czy się tam odnajdę? Czy wejście w fabułę w jej piątej odsłonie nie sprawi, że poczuję się nie na miejscu? Aż w przeddzień wyjazdu zaczęłam bać się wyobcowania, bo przecież byłam kimś z zewnątrz, osobą, która dołączała do w miarę zgranego teamu. Właściwie poza jednym ze scenarzystów nie znałam tam nikogo.

Teraz kiedy piszę tę notkę, jest zupełnie inaczej. Już tęsknię do tej przygody, już tęsknię za braćmi wiedźminami i siostrami wiedźminkami. I tęsknię za wspaniałą atmosferą, ciepłym przyjęciem, niezwykle immersyjną grą i wszystkim, co tworzyło The Witcher School. I mimo, że spotkałam tych ludzi pierwszy raz w życiu, mam wrażenie, że są już dla mnie trochę jak rodzina. Magia, prawda?

Bawiłam się znakomicie, mimo że nie znałam dokładnie fabuły poprzednich epizodów. Ale dzięki temu ja i moja postać miałyśmy szansę na to, żeby odkrywać to wspólnie z nowymi uczestnikami The Witcher School. W ten sposób ani ja nie czułam się obca, ani oni nie czuli, że nowa postać wie wszystko, mimo że jej przy tym nie było.

Scenarzyści TWS zrobili niesamowitą robotę, pisząc przebogatą fabułę. Śmiem twierdzić, że poznałam jej zaledwie niewielki procent – i mam wrażenie, że podobny procent poznał każdy uczestnik (a ileż oni mieli do roboty! Nie tylko zajęcia z łucznictwa, szermierki, alchemii, rzucania wiedźmińskich znaków, wiedzy o potworach czy przetrwania; ale i również questy personalne – nie sposób się nudzić, ale i nie sposób, by byli świadkami wszystkiego i byli świadomi wszystkiego). Wątki główne i wątki graczy splatały się w nieskończoną sieć zależności, splątaną, skomplikowaną. I taką w której często nie ma dobrych wyborów – są złe i jeszcze gorsze. Sama miałam niewielką rolę do odegrania – nauczyć adeptów strzelać z łuku, jednak zupełnie niespodziewanie losy Muire z Cidaris (tak bowiem nazywa się moja postać) splotły się z losami graczy, tworząc kolejne nitki w ogromnej sieci zależności.

Nie myślcie, że ten larp to tylko chodzenie i odhaczanie kolejnych questów i obserwowanie kolejnych wydarzeń. Nie, to autentyczne emocje. Nigdzie indziej nie doświadczyłam takiej immersji, takiego poziomu zlania się gracza i postaci w jedno. Nigdzie nie widziałam takich emocji, tak prawdziwej wściekłości, łez, szczęścia czy wreszcie strachu. Uwierzcie mi – było coś niesamowitego w tym, kiedy w trakcie jednego ze śniadań jedna z graczek, ze łzami w oczach nie zgodziła się na poświęcenie się jednej z postaci NPC. Albo kiedy gracze opłakiwali innego, ważnego dla fabuły i całego Witcher School mistrza. Co więcej – niesamowitym jest obserwować teraz, że ta fabuła, to co się stało tydzień temu, w nieprawdziwym świecie, nadal siedzi gdzieś w tych osobach, nadal ją przeżywają. I ja ją przeżywam.

Nie byłoby The Witcher School bez wspaniałego zaplecza technicznego, które sprawia, że wiedźmińskie znaki działają, a potwory rzeczywiście są realne, namacalne i bardzo groźne.  I nawet jeśli zdarzają się jakieś niedogodności techniczne, drobne wpadki – to tylko dodają prawdziwości temu wykreowanemu światu. A jeśli dodamy do tego malowniczo położony zamek Grodziec, to już po prostu nie ma mowy, byście nie poczuli się jak w świecie Wiedźmina.

Cóż więcej powiedzieć? Chyba tylko tyle, że już tęsknię za moją wiedźmińską rodziną. I że jeśli jeszcze nie byliście, to polecam się wybrać, bo warto to przeżyć. I powiem wam szczerze – zazdroszczę osobom, które na The Witcher School pojawiły się jako uczestnicy: zazdroszczę wam Próby Traw, która podobno jest przeżyciem jedynym w swoim rodzaju, zazdroszczę całej tej drogi jaką przechodzicie od momentu wejścia w mury wiedźmińskiego siedliszcza.

Do zobaczenia na szlaku, wiedźmini!

© Zdjęcie w miniaturce autorstwa Piotr Müller Fotografia dla Agencji Artystyczno-Eventowej 5 Żywiołów

[1] Dla wyjaśnienia – na TWS jechałam jako NPC, postać nie-gracza, stąd obawy o to, czy sprostam oczekiwaniom organizatorów.

PS. Z tego miejsca chciałabym podziękować ekipie 5 Żywiołów, za wsparcie, za każdą chwilę wyjaśniania, podpowiadania czy ustalania i dopinania szczegółów. I za możliwość współtworzenia tego widowiska razem z wami. Graczom i współNPCom za wspólną grę, momenty grozy, śmiechu, smutku i każdą najmniejszą emocję, która zamieniła Grodziec w Kaer Marter.

Sharing is caring!

2 thoughts on “W Kaer Marter byłam i wiedźminów szkoliłam… – wrażenia z The Witcher School

  • 19 kwietnia 2018 at 14:55
    Permalink

    Nie jestem przekonany, czy byłbym w stanie wczuć się aż tak w rolę, ale w sumie to ciekaw jestem, jakbym się odnalazł w takiej grze.

    Reply
    • 19 kwietnia 2018 at 16:38
      Permalink

      Uwierz mi, na tej edycji było sporo larpowych świeżaków i mam wrażenie, że poradzili sobie świetnie. Bardzo pomaga kwestia otoczenia, dopieszczenia szczegółów i współgracze.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *