Twórcy serialu chyba nie są z tych, co znają Józefa – „Ania, nie Anna”

Niesamowicie cieszyłam się na „Anię, nie Annę”[1], czyli Netflixową adaptację przygód „Ani z Zielonego Wzgórza”. Kiedy jednak już się pojawiła, niespieszno było mi do oglądania – zwłaszcza, że zdania recenzentów na jej temat były bardzo podzielone. I po prostu bałam się, że się zawiodę, bo „Ania” ma wiele adaptacji, ale żadna w pełni nie oddaje ducha i treści powieści Lucy Maud Montgommery.

W końcu jednak się odważyłam i zaczęłam „Anię” oglądać. Pierwsze wrażenie było dobre, a może wręcz niesamowite – w narrację ładnie wpleciono wspomnienia Ani, wymuszono na widzu otarcie jednej czy drugiej łezki. I właściwie nie wiedziałam, czy płaczę z przejęcia losami głównej bohaterki czy może ze względu na podróż sentymentalną do czasów młodości. Nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy.

A tą okazały się… niepotrzebne zmiany w adaptacji. Wiem, że nie da się da zrobić dobrego serialu czy filmu, który będzie w stu procentach wierny oryginałowi. Wszakże książka i film/serial to dwa różne media i przekładanie języka powieści na język filmu wiąże się z nieuniknionymi zmianami. Jednak mam wrażenie, że zmiany w przypadku „Ani, nie Anny” poszły o jeden, dwa, trzy czy nawet sto kroków za daleko. I jak mogłam się pogodzić z jednymi, tak trudno mi jakoś wytłumaczyć inne, nawet biorąc pod uwagę kwestię dostosowania materiału powieściowego do filmowego. Problem stanowi również fakt, że ciężko jest mi w ogóle wywnioskować dokąd serial zmierza i co chce nam pokazać.

Od tego momentu zaczynają się spoilery, więc osoby, które serialu jeszcze nie widziały, powinny czuć się ostrzeżone.

Warto zacząć może wrażenia z „Ani” od samej Ani. Mam wrażenie, że podobnie jak z całym serialem w przypadku postaci głównej bohaterki twórcy nie wiedzieli, w jakim kierunku chcą pójść. Czy inteligentnej, choć wyobcowanej i niepotrafiącej znaleźć z rówieśnikami wspólnego języka; czy może w stronę doświadczonej przez los i uciekającej w marzenia dziewczynki; czy wreszcie w stronę zaradnej i wyemancypowanej dziewczynki, która wyprzedza swoją epokę? Te trzy oblicza Ani nie dają spójnego obrazu, a przy oglądaniu miałam wrażenie, że widzę trzy zupełnie różne bohaterki. W niektórych odcinkach zachowuje się jak osoba cierpiąca na PTSD – flashbacki z traumatycznych zdarzeń zaburzają jej kontakt z rzeczywistością. W innym odcinkach jest normalną dziewczynką, o bogatej wyobraźni, która miała w swojej przeszłości dość trudne przeżycia, jednak nie wykazuje objawów traumy, ba jest również w stanie wykorzystać swoje doświadczenia z przeszłości w swoim obecnym życiu. Twórcy nie wiedzą, czy chcą uczynić „Anię, nie Annę” mroczną i pełną angstu, czy raczej zachować jej pozytywny wydźwięk, pokazujący, że nawet najgorsze doświadczenia można wykorzystać, a to co złe nie będzie trwać wiecznie.

Gorzej jeszcze sprawa przedstawia się ze szkolnymi przyjaciółkami Ani. Diana została zmarginalizowana, siłą niemalże wepchnięta w rolę „pójdę z nimi porozmawiać” i sprowadzona w zasadzie do dziewczynki bez charakteru, która niby jest Ani przyjaciółką, ale pod presją szkolnych koleżanek częściej leci do nich, niż zostaje z Anią. Biedna Ruby Gillis nigdy nie była silnym charakterem (w porównaniu do Janki Andrews), ale tutaj zrobiono z niej takie słabowite dziewczątko, że aż strach.

Najdziwniejszą zagrywką jest wpychanie Ani w towarzystwo francuskiego parobka Cuthbertów. Zupełnie nie przystaje to do lat 70. XIX wieku, kiedy rozgrywa się cała akcja. Przede wszystkim chodzi o „przyzwoitość” – przecież w owym czasie nie przystałoby, żeby dziewczynka w wieku Ani przyjaźniła się z chłopcem. No i na dodatek jeszcze spała z nim w jednym łóżku! Kto by o tym pomyślał?! Zupełnie nie rozumiem też stawiania go jako rywala Gilbertowi (do którego Ania nota bene zaczyna czuć już coś teraz). O właśnie, relacje z Gilbertem też są dziwne. Bo o ile ucieszyło mnie, że G. stanął w obronie Ani i potrafił przyznać się do błędu, kiedy zaczepił ją na lekcji, o tyle późniejsze jego zachowanie są dziwnie nachalne, jak na takiego inteligentnego chłopca. No i forsowanie na siłę wątku uczuciowego pomiędzy Anią i Gilbertem jest po prostu złe, zwłaszcza że przeczy charakterom obu postaci. Wszak główna bohaterka serialu jest na etapie myślenia „jestem taka brzydka, zostanę zakonnicą albo żoną misjonarza” a potem nagle zupełnie ni z tego, ni z owego iskrzy pomiędzy nią i Gilbertem, czego oboje są chyba świadomi.

Ogólnie nie rozumiem zamysłu, którym twórcy kierowali się czyniąc z Gilberta sierotę. Czy miało to na celu pokazać, że Ania nie jest jedyną osobą z takim problemem, co w końcu zmieniłoby stosunek szkolnych kolegów i koleżanek do niej? Trochę za późno to wprowadzili, zwłaszcza, że szkoły jest jak na lekarstwo w tych ostatnich odcinkach, więc wątpię. Chcieli pokazać, że Ania jest kiepska w kontaktach z innymi albo że nie jest „taktowna”? Albo jest mało empatyczna? No przecież przeczą temu w innych scenach i odcinkach. Chcieli Gilberta doświadczyć? No tak, najlepiej zabić mu ojca i kazać mu przerwać edukację po to, żeby się sam utrzymywał. Serio trzynastolatek sam pracujący na swoje utrzymanie[2], trochę to nielogiczne – każdego innego odesłano by do dalszej rodziny lub do sierocińca.

Przerażające jest to jak bardzo niekiedy twórcy odrzucają materiał źródłowy i realia epoki. I nie mówię już o paniach emancypantkach (ale zalecających Maryli, żeby ta myślała o „dziewczęcym” zawodzie dla Ani) na kanadyjskiej prowincji (czy matce Diany, która chce wysłać ją do Francji, żeby tam kończyła edukację), czy o odcinku całemu poświęconemu miesiączce – to są w sumie dwa tematy, o których warto poruszyć w serialu o dorastającej dziewczynce. Wszak miesiączka nadal jest tematem tabu w wielu mediach, to dobrze że ją ukazano, nawet wbrew duchowi epoki i realiom. Mniej prawdopodobna była jednak rozmowa dziewczynek w szkole. Ale od tego bardziej poraża inna kwestia – ostatni odcinek. Cuthbertowie przyjmują pod dach „lokatorów”. Do domu, w którym mieszka jedenastoletnia czy dwunastoletnia dziewczynka, przyjmują dwóch dorosłych mężczyzn! I teraz zostawię wam do przemyślenia każdy możliwy scenariusz, jaki mogą zaproponować w przyszłości twórcy.

I wiecie co? „Ania, nie Anna” sporo rzeczy robi fajnie, ale co z tego, skoro twórcy tak pięknie potem wszystko niszczą. Może komuś się netflixowa Ania podoba, ja jednak po dwóch odcinkach przestałam czuć ducha oryginału, a zaczęłam czuć zmęczenie. I zażenowanie.

[1] Gwoli wierności wersji książkowej powinno być „Ania, nie Andzia”.

[2] Owszem, są w „Ani” pracujące dzieci – jak chociażby Jerry, francuski parobek Cuthbertów, jednak nie jest to sierota, a członek wieloosobowej rodziny.

One thought on “Twórcy serialu chyba nie są z tych, co znają Józefa – „Ania, nie Anna”

  • 21 czerwca 2017 at 21:41
    Permalink

    Ano właśnie, mnie w ogóle wątek z Jerrym zadziwia, bo raz, że bohaterowie LMM często rzucają aluzje co do swojej niskiej oceny francuskojęzycznych Kanadyjczyków (a serial tego nie podejmuje, choć to ciekawy i dopiero mroczny wątek!), a dwa, że twórcy zdają się mieć dla niego jakąś większą rolę do odegrania (w powieści znika dość szybko). Moje zdanie co do lokatorów znasz, jestem tak samo przerażona.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *